Edward Prus, „Legenda Kresów”, Wrocław 1995: „Bojówka czoty UPA otoczyła dom, w którym znajdowała się rodzina składająca się z 18-letniej córki, jej matki i dziadka. Dziewczyna skłoniła dziadka, by ukrył się w kuchni, w piecu chlebowym, sama zaś z matką ukryła się na strychu. Mołojcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii dopadli je na strychu, zwlekli do kuchni, zdarli z nich odzienie, przybili dłonie matki do futryny drzwi i na jej oczach kolejno gwałcili jej córkę. Następnie obcinali członki ciała dziewczyny i rozwieszali je na ścianach, na świętych obrazach. Krwią z ofiary napisali na ścianie „śmierć Lachom”. Po zamordowaniu dziewczyny zabrali się do umęczenia jej matki, zadali jej, jak później stwierdzono 66 pchnięć nożem, tak aby długo cierpiała. Obecności dziadka w piecu chlebowym nie odkryli, stąd ta szczegółowa relacja.”
Ołeksandr Ałfiorow, szef ukraińskiego IPN, wydał w tym miesiącu oświadczenie w którym nazywa tragedię wołyńską „jedną z państwotwórczych narracji Polski”. Dodał też, że „dla większości Ukraińców zbrodnia wołyńska to tylko lokalny epizod historii, ponieważ miała miejsce wyłącznie na Wołyniu”. Ten „lokalny epizod historii” w najokrutniejszy sposób pozbawił życia ponad 100 tys. ludzi. Czy „lokalna” zbrodnia przestaje być zbrodnią? Czy posługując się tego typu rozumowaniem mamy też uznać, że rosyjska zbrodnia w Buczy z polskiego punktu widzenia jest jedynie pozbawionym znaczenia „lokalnym epizodem historii”?