Lokalna zbrodnia na Ukrainie

Edward Prus, „Legenda Kresów”, Wrocław 1995: „Bojówka czoty UPA otoczyła dom, w którym znajdowała się rodzina składająca się z 18-letniej córki, jej matki i dziadka. Dziewczyna skłoniła dziadka, by ukrył się w kuchni, w piecu chlebowym, sama zaś z matką ukryła się na strychu. Mołojcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii dopadli je na strychu, zwlekli do kuchni, zdarli z nich odzienie, przybili dłonie matki do futryny drzwi i na jej oczach kolejno gwałcili jej córkę. Następnie obcinali członki ciała dziewczyny i rozwieszali je na ścianach, na świętych obrazach. Krwią z ofiary napisali na ścianie „śmierć Lachom”. Po zamordowaniu dziewczyny zabrali się do umęczenia jej matki, zadali jej, jak później stwierdzono 66 pchnięć nożem, tak aby długo cierpiała. Obecności dziadka w piecu chlebowym nie odkryli, stąd ta szczegółowa relacja.”

Ołeksandr Ałfiorow, szef ukraińskiego IPN, wydał w tym miesiącu oświadczenie w którym nazywa tragedię wołyńską „jedną z państwotwórczych narracji Polski”. Dodał też, że „dla większości Ukraińców zbrodnia wołyńska to tylko lokalny epizod historii, ponieważ miała miejsce wyłącznie na Wołyniu”. Ten „lokalny epizod historii” w najokrutniejszy sposób pozbawił życia ponad 100 tys. ludzi. Czy „lokalna” zbrodnia przestaje być zbrodnią? Czy posługując się tego typu rozumowaniem mamy też uznać, że rosyjska zbrodnia w Buczy z polskiego punktu widzenia jest jedynie pozbawionym znaczenia „lokalnym epizodem historii”?

Panoptikon

Sir Samuel Bentham, konstruktor jednostek pływających, od roku 1780 zatrudniony przez Katarzynę Wielką do budowy dla Rosji okrętów wojennych, autor wielu nowatorskich wynalazków, w tym statku amfibijnego i barki przegubowej. Jego najsłynniejszym pomysłem był Panoptikon (greckie pan równa się wszystko, optikos to widzieć), projekt budynku fabrycznego, w którym świeżo osadzeni w Petersburgu mużycy mieli wydajniej pracować. Sir Samuel zrobił w Rosji prawdziwą karierę, walczył przeciwko Turkom, dowodził batalionem żołnierzy w operacjach na Syberii, był odpowiedzialnym za fabryki i warsztaty Potiomkina i właśnie wówczas, usiłując rozwiązać problemy związane z nadzorowaniem dużej siły roboczej, opracował zasadę centralnej inspekcji i zaprojektował Panoptikon. W sumie jednak projekt ten nigdy nie doczekał się realizacji, ani w Rosji ani w Anglii. W zapomnienie  jednak nie popadł.

Wydobył go z lamusa i próbował spopularyzować brat Samuela, Jeremy Bentham, filozof, słynny twórca utylitaryzmu, prawnik, ekonomista, reformator prawa i więziennictwa. I właśnie w ostatnim kontekście, reformy systemu penitencjarnego, projekt pojawia się ponownie, tym razem jako wizja więzienia w którym centralna wieża strażnicza umożliwia nieustanną i dyskretną obserwację osadzonych w nim osób. Budynek więzienia – w kształcie pierścienia podzielonego na cele skazańców, z wieżyczką strażniczą w środku – pomyślany był tak, by więźniowie nie mogli odgadnąć, czy i w którą stronę patrzą strażnicy, aby czuli się permanentnie obserwowani. W ten sposób byliby zmuszeni do ciągłej dyscypliny, stając się nijako strażnikami samych siebie. Ekonomiczny aspekt tej koncepcji był także nie bez znaczenia – stosunkowo niewielka liczba strażników mogła kontrolować dużą grupę więźniów. Bentham spędził około szesnastu lat życia na rozwijaniu i dopracowywaniu pomysłów dotyczących Panoptikonu, mając nadzieję, że rząd w końcu zaakceptuje jego plan utworzenia Narodowego Więzienia, a on zostanie mianowany wykonawcą-gubernatorem. Nigdy do tego nie doszło.

Jednak idea panoptikonu nie umarła razem z braćmi Bentham. Odżyła ponownie w naszym wieku i zyskała swoją absolutnie doskonałą formę. W dzisiejszym świecie panoptikum nie posiada murów, nie potrzebuje strażniczej wieży, obywa się bez skomplikowanych systemów żaluzji i weneckich luster. Panoptikum jest obecnie wszechogarniającym systemem kamer monitoringu, algorytmów, urządzeń mobilnych, kart lojalnościowych i milionami profili w mediach społecznościowych. Żyjemy w świecie „cyfrowego panoptykonu” – sieci nadzoru, która nie podlega żadnym fizycznym ograniczeniom, która działa globalnie, nieprzerwanie i bezbłędnie przez okrągłą dobę, dzień po dniu, przez całe nasze życie, już od momentu, gdy zostaniemy w niej zarejestrowani i do chwili naszego zgonu. Byung-Chul Han, pochodzący z Korei Południowej filozof i kulturoznawca uważa, że współczesny panoptikon spowodował, iż każdy z nas stał się jednocześnie obserwatorem i obserwowanym, strażnikiem i więźniem. Granica zatarła się, nie ma już podziału na to, co wewnątrz i na zewnątrz, żyjemy pod ciągłym nadzorem i tracimy wolność nie tylko za murami więzienia. Co więcej, obecnie my sami z własnej woli, niczym nie przymuszeni, z entuzjazmem podłączamy się do wciąż pęczniejącej sieci inwigilacji i kontroli, prosimy o takie podłączenia i ich więcej ich posiadamy tym bardziej jesteśmy z tego dumni.

Jose Lezama Lima pisał w „Wazach orfickich” o tym, że „przeróżne ciągi przyczynowe, łączone więzami ukrytymi, podskórnymi, mogą się zbliżać do siebie powodowane żądzą dotarcia do jednego celu”. Strumienie metafor nigdy nie wysychają, bo to „co zbieżne jest w marszu, zbiega się potem we wspólnym celu”: Samuel Bentham, panoptikum, projekt budynku fabrycznego, jego brat Jeremy Bentham, filozof, reformator więziennictwa, projekt więzienia, globalna sieć elektroniczna, Wide Area Network, raz wypuszczona strzała zawsze zmierza do celu, jakikolwiek on jest, a wszystko, co wyśnimy, prędzej czy później zaczyna żyć swoim własnym życiem i zdąża na spotkanie celów, które zawsze wykraczają poza nasze sny, jak pisałem kiedyś we wpisie Taoiści i proch.

Mackiewicz o Katyniu

Józef Mackiewicz, znakomity emigracyjny pisarz i publicysta, wraz z grupą polskich robotników i dziennikarzami z krajów neutralnych i okupowanych przybył na miejsce sowieckiej zbrodni w Katyniu, nad otwarte już mogiły polskich oficerów, 21 maja 1943 roku. Niniejszy cytat pochodzi z wywiadu, którego po powrocie z Katynia udzielił pismu „Goniec Codzienny”, wydawanemu podówczas w Wilnie: Jeden, dwa, trzy trupy ludzkie robią już ciężkie i przygniatające wrażenie. Proszę sobie wyobrazić ich tysiące, tysiące, i wszystkie w mundurach oficerów polskich… Kwiat inteligencji, rycerstwo Narodu! Tworzą warstwy w głąb, warstwy ciał ludzkich jedne na drugich. W tej okropnej chwili przychodzi mi straszliwe porównanie ich do wielkiej skrzyni sardynek. Ułożone są jak sardynki, przekładane nawzajem to nogami, to głową, sprasowane, spłaszczone w trupim soku, który na dnie niektórych dołów ustaje się nieraz w postaci zielonej, martwej cieczy, nie odbijającej ani wierzchołków drzew, ani obłoków na niebie. Obnażyliśmy głowy i stali nieruchomo, jakieś ptaszki ćwierkały na sośnie. Deszcz akurat przestał padać, błogosławiony wiatr odegnał na przeciwną stronę grobu odurzający swąd. I nawet na chwilę wyjrzało słońce. Był to moment, którego nie zapomnę nigdy, bo promienie tego słońca padły i zabłysły nagle na złotym zębie czyichś tam, w głębi, na wpół otwartych ust. Odchyliłem głowę, by zmienić kąt odbicia i nie patrzeć na te słoneczne igraszki. W takich chwilach samo życie wydaje się cynizmem. Wiosna nad dołem splątanych nawzajem rąk, nóg, wykrzywionych twarzy, zlepionych włosów, oficerskich butów, strupieszałych mundurów, pasów. Pomyśleć sobie, że każda z tych pozycji leżących, skrzywienie kolana, odrzut głowy był ostatnim odruchem najwyższej męki, rozpaczy, strachu, bólu… czy ja wiem zresztą, jakich najgorszych odczuć ludzkich. Znaczna część skrępowana była sznurami, niektórzy pokłuci bagnetami. Tego dnia, gdy opuszczałem Katyń, wydobyto zwłoki, które tym się różniły od innych, że nie były strzelane tym stereotypowym strzałem w potylicę czaszki, jak to już powszechnie wiadomo, a wykazywały postrzał z tyłu między łopatki, przebite poza tym prawie na wylot bagnetem i kilkakrotnie jeszcze pokłute w różnych miejscach. Właśnie stawiających opór, jak to wykazały badania, krępowano. Widziałem ten charakterystyczny węzeł. Nie potrafię go powtórzyć, ale chodzi w nim głównie o to, że którąkolwiek bądź rękę poruszy delikwent, zaciska wszystkie więzy. Niektórym sznury założone były na szyi, w takim wypadku szarpnięcie skrępowaną ręką zaciskało jednocześnie pętlę na szyi i dusiło. Ostatni raport dr. Mariana Wodzińskiego, przesłany do centrali Polskiego Czerwonego Krzyża mówi, że 0,4 procent zwłok wykazało podwójny postrzał w potylicę, zaś 1,5 procent podwójny postrzał szyi. Kaliber jak wiadomo był zawsze ten sam 7,63, nie dający zresztą dużej detonacji. Również na kilka dni przed moim przybyciem dokonano wstrząsającego odkrycia, o którym doprawdy mówić można tylko przez zaciśnięte zęby: oto w jednym z dołów znaleziono warstwy oficerów, których kładziono żywcem twarzami na dół na poprzednio już zabite warstwy albo jeszcze drgające w konwulsjach przedśmiertnych, i strzelano ich w pozycji leżącej.

Rosyjski wirus

Któż znał lepiej psychikę swoich rodaków niż Dostojewski? Choćby taka uwaga na ten temat, tyleż banalna co prawdziwa, pochodząca z jego „Dziennika pisarza”: Myślę, że najpoważniejszą, najbardziej rdzenną potrzebą duchową ludu rosyjskiego jest potrzeba cierpienia – stałego, nieukojonego cierpienia zawsze i we wszystkim. Tą żądzą cierpienia lud zarażony jest chyba od wieków. To trafne spostrzeżenie, ale przekłamaniem w niej jest to, że ogranicza się jedynie do „ludu rosyjskiego”. Tą chorobą wydają się być zarażeni w Rosji wszyscy i w równym stopniu dotyczy ona również rosyjskich intelektualistów jak Achmatowa, Mandelsztam, Bunin, Cwietajewa, Jesienin, Bułhakow, Babel, Majakowski, Pasternak i dziesiątki, dziesiątki innych. Jedynym rosyjskim pisarzem całkowicie uodpornionym na tego szczególnie złośliwego wirusa był Nabokov.

Kanibalizm

Aleksander Niewzorow, pochodzący z Rosji dziennikarz i intelektualista, w wywiadzie z Tatianą Kolesnychenko niesłychanie celnie wyjaśnił, dlaczego Rosja jest niereformowalna. Uważa on, że głównym powodem jest to, że Rosja uformowała się jako kanibal: Ten kanibalizm zawsze był jej główną rolą i misją historyczną. Rosja pożerała dookoła siebie państwa i narody – te małe i te nie bardzo małe. Pożerała ziemie i rzeki, ale nie była w stanie ich przetrawić. Bo gdyby umiała przetrawić i zarządzać tym całym szalonym bogactwem, które w ciągu wieków narabowała, Rosja mogłaby być arcypotężnym krajem świata. Ale każdy jej nabytek, każdy jej podbój sprawiał, że stawała się jeszcze straszniejsza, krwawsza. Jeszcze bardziej kanibalistyczna.

Polskie łzy

Polki walczyły nie tylko na polach bitew. Jeszcze przed Powstaniem Styczniowym zdołały wyjątkowo skutecznie doprowadzić Rosjan do wściekłości. A pomysł był genialnie prosty: po tzw. „pogrzebie pięciu”, pięciu manifestantów, zabitych przez Rosjan 27 stycznia 1861 r. w Warszawie, kobiety zaczęły powszechnie nosić tylko czarne żałobne suknie i żadnej biżuterii. A jeżeli pojawiała się przy ich strojach biżuteria, to była ona wyłącznie w kolorze czarnym, a jej motywy musiały przypominać kajdany lub łańcuchy. Dziś wydawać się to może nieistotne, ale wtedy było to genialne posunięcie. Zwróciło oczy całej Europy na Polskę. I bardzo szybko już nie tylko Polki ubierały się na czarno – czarne suknie lub chociaż czarne kapelusze, na znak solidarności lub po prostu, bo stało się to modne, zaczęły nosić kobiety w wielu krajach Europy. Ozdoby z czarnych dżetów zyskały nawet w Hiszpanii nazwę „polskie łzy”. Nawiasem mówiąc, taki polski krzyżyk nosiła również córka Karola Marksa.

Dwa cytaty

Witold Jurasz „Demony Rosji”: Przy okazji zaś myślę, że nie ma nic gorszego niż idealiści zajmujący się Rosją. Uważam teorię, że Rosja z wyższym poziomem życia mogłaby się stać mniej agresywna i mniej neoimperialna, za pozbawioną podstaw. Nacjonalizm przyjmujący formę skrajnego szowinizmu jest do tego stopnia składową rosyjskiej duszy, że zamożna Rosja, w której udałoby się zbudować efektywne państwo, byłaby tak samo imperialistyczna i agresywna jak ta obecna, z tą różnicą, że byłaby znacznie silniejsza.

Jedno nie ulega wątpliwości. Ktokolwiek twierdzi, że Rosja jest w jakimkolwiek stopniu bardziej moralna od Zachodu, nie myli się ani nie błądzi. Ktokolwiek tak twierdzi, jest po prostu skończonym idiotą.

Scott Kelly

Amerykański astronauta Scott Kelly. Człowiek, który spędził na orbicie prawie rok czasu. Analizę jego zdrowia opublikowano ostatnio w piśmie naukowym Circulation. Konkluzje są jednoznaczne – najbardziej nawet wymagający program ćwiczeń nie jest w stanie zatrzymać wpływu stanu nieważkości na ludzkie serce. Brak grawitacji sprawia, że nasze serce kurczy się. Dotychczas sądzono, że można temu przeciwdziałać między innymi przez odpowiednio dobrane ćwiczenia, ale ich efekt okazuje się być znikomy. Scott Kelly ćwiczył przez sześć dni tygodnia, biegał na bieżni, ćwiczył na rowerku, wykonywał ćwiczenia oporowe, co w tych warunkach musiało być sporym wysiłkiem dla organizmu. I nie pomogło to w niczym. W kosmosie nie ma grawitacji, serce nie musi pracować z tak dużą siłą jak na Ziemi, a to powoduje, że w efekcie zmniejsza się i słabnie.

Scott Kelly to ciekawa postać. Federacja Rosyjska przyznała mu medal „Za zasługi w eksploracji kosmosu„. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Kelly zwrócił go, wysyłając go do rosyjskiej ambasady w Waszyngtonie z propozycją, by przekazano go „rosyjskiej matce, której syn zginął w tej niesprawiedliwej wojnie”. W jakiś czas potem pospołu z generałem broni Markiem Hertlingiem z armii Stanów Zjednoczonych opublikował na Twitterze instrukcje dla rosyjskich żołnierzy, jak należy sabotować używane przez nich czołgi T-72.

Tożsamość

Nie mogę współczuć Achmatowej, Mandelsztamowi, Cwietajowej, wszystkim Majakowskim i innym rosyjskim intelektualistom, których Rosja upodliła, zgnoiła i zniszczyła. Inteligentnym cudzoziemcom, a było takich sporo, wystarczył nawet stosunkowo krótki pobyt w Rosji, by na wylot przejrzeć potworności tego systemu i społeczeństwa, pisać o tym, wskazywać przyczyny i proponować środki zaradcze. Natomiast żaden Rosjanin nigdy nie dokonał bezpardonowej wiwisekcji rzeczywistości w której przyszło mu żyć. Nie ma wśród nich takiego twórcy, który zdobyłby się na to, by szeroko otworzyć oczy i zasiać choćby ziarno wątpliwości w umysłach i duszach swoich pobratymców czy choćby tylko w swojej własnej. Żaden rosyjski twórca nigdy nie odważył się powiedzieć prawdy o swoim świecie. Nie można im współczuć. Przekleństwo jakim jest Rosja jest ich tożsamością. Kochają to.

Janusowe oblicze

Jutro, czyli dokładnie rok po napaści Rosji na Ukrainę, do szwedzkiego portu w Nynäshamn wpłynie kolejna dostawa ruskiego gazu LNG. Według raportu organizacji Greenpeace od początku wojny dokonano co najmniej ośmiu dużych dostaw rosyjskiego gazu do Szwecji. Obrazowo mówiąc szwedzki import gazu z Rosji za miliard koron finansuje około 15 rakiet Kalibr albo kilka tysięcy dronów z Iranu, używanych przez Rosję do atakowania Ukrainy. Szwecja po wybuchu wojny wstrzymała import węgla, ale dostawy gazu utrzymują się na tym samym poziomie co wcześniej, chociaż to właśnie gaz jest jednym z głównych źródeł rosyjskiego dochodu. W tym czasie Szwecja złożyła akces o przystąpieniu do NATO i podobno regularnie wysyła dostawy broni na Ukrainę. Pomówmy o czymś beznadziejnym.   

Dwa języki

Fragment z raportu niemieckiego generała SS Jűrgena Stroopa o zniszczeniu warszawskiego getta: Tylko dzięki bezustannej i niestrudzonej pracy wszystkich zaangażowanych odnieśliśmy sukces, chwytając ogółem pięćdziesiąt sześć tysięcy pięciu Żydów, których zniszczenie może być zapewnione. Do tych należy dodać liczbę Żydów, którzy stracili życie w eksplozjach i płomieniach.

Kiedy zastanawiam się, kto jeszcze – poza generałem niemieckim – mógłby sformułować swój raport w podobnie nieludzki, zwyrodniały i odrażający sposób, przychodzi mi na myśl jedynie generał rosyjski. Tylko w tych językach można użyć słowa „sukces” w kontekście zgładzenia  pięćdziesięciu sześciu tysięcy pięciu ludzi w warszawskim getcie lub zamordowania 22 tysięcy jeńców w Katyniu i nie pojawia się w nich jakikolwiek dysonans, i ich gramatyka nie krzyczy z przerażenia.  Na naszym kontynencie tylko te dwie nacje bezczelnie i bezkarnie posługują się taką stylistyką. Współczesna nauka utrzymuje, że słownictwo, narracja, oraz sposób wyrażania pojęć, kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości i z całą pewnością sprawdza się to większości europejskich języków – poza niemieckim i rosyjskim. Do nich można zastosować raczej twierdzenie Wilhelma von Humboldta, zmarłego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku niemieckiego polityka i filozofa, który uważał, że sposób postrzegania świata jest wynikiem emanacji ducha narodu (Volksgeist), który najpełniej przejawia się właśnie w języku. W ponurej językowej rzeczywistości niemieckiego i rosyjskiego zamordowanie dziesiątków tysięcy ludzi da się określić słowem „sukces” i w ich odczuciu nie brzmi to ani przerażająco ani nawet fałszywie. Co Rosjanie udowodniają obecnie na Ukrainie.

1920

Dziennik Ludowy, 18.08.1920, Lwów: Dyplomatyczna konferencya w Belgradzie, w której wzięli udział Take Jonescu (Rumunia), serbski minister spraw zagr., jako też reprezentanci Czechosłowacyi i Bułgaryi, uchwaliła nie dopuścić do żadnej militarnej interwencyi przeciw Rosyi sowieckiej. Reprezentowane na konferencyi państwa zobowiązały wspierać się wzajem w przestrzeganiu neutralności w wojnie polsko-rosyjskiej. Konferencya odnośnie do ewentualnej interwencyi Węgier postanowiła odrzucić wszelką prośbę o przemarsz wojsk węgierskich na front polski.

Europejska solidarność

Europejska solidarność w kwestii sankcji wobec Rosji? Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy i Belgia domagają się, aby na szczeblu krajowym była możliwość odmrożenia zamrożonych aktywów osób z list sankcyjnych, jeżeli te osoby mają udziały w branży rolniczej, czyli proponują wykreślenie z list sankcyjnych ponad 1,5 tys. osób i podmiotów, oligarchów i zbrodniarzy. Część krajów zaprotestowała przeciwko tej jawnej zdradzie, ale Grecja, Szwecja i Węgry jednoznacznie stoją po stronie sowieckich bandytów. Z listy objętych sankcjami surowców energetycznych, na prośbę Grecji, wykreślony został sprężony gaz ziemny, gaz powstający w procesie przetwórstwa ropy naftowej, który odpowiada on za jedną czwartą wolumenu gazu, który jest objęty zakazem importu z Rosji. Węgrzy wnieśli na ostatnim unijnym spotkaniu o wykreślenie z listy sankcyjnej trzech członków rosyjskiego rządu, w tym ministra energii Rosji. Tradycyjnie dwulicowa Szwecja, powołując się na konieczność ochrony wolności mediów (sic!), jakby w Szwecji istniała jakakolwiek wolność mediów, wykreśliła z listy sankcyjnej Federalną Służbę ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej, tzw. Roskomnadzor. Żeby wszystko było jasne – jest to rosyjski federalny organ wykonawczy odpowiedzialny za monitorowanie, kontrolowanie i … uwaga, cenzurowanie rosyjskich środków masowego przekazu. „Ukraińska Prawda” ujawniła dziś, że wielu osób z rosyjskich elit oficjalnie pomieszkuje w Wiedniu, w żywe oczy kpiąc z zachodnich sankcji. Wśród spacerowiczów po wiedeńskich ulicach, w obstawie goryli, jest między innymi Wiktor Zubkow, były premier Rosji, a na otwarcie sezonu w mediolańskiej La Scali wystawiono dzieło Musorgskiego „Borys Godunow” z Ildarem Abdrazakovem w roli głównej, odznaczonym przez Putina tytułem „Czczony Artysta Federacji Rosyjskiej”. Europejska solidarność umacnia się z dnia na dzień.

Alter Fritz

Podczas pobytu w Polsce zakupiłem, a potem heroicznie przebrnąłem przez prusko ciężkie i nastroszone „Pamiętniki margrabiny Bayreuth”, siostry Fryderyka Wielkiego, obejmujące także i te czasy, gdy jej brat nie był jeszcze szczególnie wielki, a wręcz przeciwnie, gdy był mały i wielce bojaźliwy. Wychowany w absolutnie patologicznym środowisku, łamany psychicznie i upokarzany przez maniakalnego ojca, podejrzliwy i przewrotny, rysuje się w tych, życzliwych mu przecież pamiętnikach, blado jednak i nędznie. Mnie interesował jednak nie jako zlękniony braciszek margrabiny, lecz podstępny i bezwzględny Alter Fritz. To on bowiem był głównym inicjatorem rozbiorów Rzeczypospolitej i to on starał się pozyskać i nakłonić carycę Katarzynę do podziału Polski. Już w 1769 roku przedstawił w Petersburgu tzw. plan hrabiego Lynara, w którym proponował zabór części terytorium Rzeczypospolitej. Plan ten najogólniej rzecz biorąc przewidywał, że Rosja „wielkodusznie” ofiaruje Austrii miasta Lwów i Spisz, Prusy otrzymają Prusy Polskie z Warmią i prawo opieki nad Gdańskiem, a Rosja zabierze taką część Polski, jaka będzie dla niej najdogodniejsza. To miało tę bandę imperialnych złodziei zjednać do pomocy Rosji w wojnie przeciwko Turkom. Co nie udało się w roku 1769, udało się trzy lata później – głównym wnioskodawcą podpisania traktatu rozbiorowego Polski był właśnie brat margrabiny z Bayreuth, Fryderyk II Wielki. Traktat przyznawał Prusom Pomorze polskie, Warmię i Prusy Królewskie. Poza tym Prusy zagarnęły także, pod różnymi pretekstami, 52 miasta i 1300 wsi. W książce „Historia mojego czasu”, wydanej w 1779 roku Fryderyk Wielki bezczelnie przyznawał, że „Prusy nie posiadały tytułu do zaboru polskiego Pomorza. Nie chciałbym udowadniać tęgości praw do tej ziemi”. Nie musiał. Nikt tego nie wymagał.

Troskliwi sąsiedzi

W lutym 1772 roku został zawarty układ rozbiorczy prusko – rosyjski. Rokowania trzech zaborców sfinalizowano traktatami podpisanymi 5 sierpnia 1772 r. w Petersburgu, które we wstępie zawierały następujące uzasadnienie pierwszego rozbioru Polski: W imię Trójcy Przenajświętszej, Duch stronniczy podtrzymujący anarchię w Polsce, każe obawiać się zupełnego rozkładu tego państwa, co mogłoby zaszkodzić interesom sąsiadów tej Rzeczypospolitej, naruszyć dobre stosunki między nimi i wzniecić ogólną wojnę. Więc Austria, Prusy i Rosja, mając zresztą względem Polski pretensje o prawa równie dawne jak słuszne, postanowiły wystąpić z nimi, przywrócić porządek wewnątrz Polski i nadać temu państwu stan polityczny więcej zgodny z interesami jego sąsiadów… 

Historia to recykling, jak pisałem wcześniej. Także i dzisiaj nasi, ci sami zresztą sąsiedzi, są tak samo zatroskani naszym rozkładem i chętnie nadaliby Polsce „stan polityczny więcej zgodny” z ich interesami.

Albert Speer

„Dziennik norymberski” G. M. Gilbert. Albert Speer w rozmowie z Gilbertem: Człowiek osądza jednostki i ruchy społeczne wedle ich ostatnich chwil. Byłoby lepiej pozwolić, by nazizm zakończył swą historię w aurze klęski, zepsucia, gruntownej zgnilizny i sromoty, tak jak stało się to pod koniec wojny, zamiast tego dodano inny ostatni rozdział, który oferuje kilku przywódcom szansę wygłaszania wspaniałych mów i dobrego zaprezentowania się w historii oraz sprawia, że ludzie pomyślą sobie: mimo wszystko było w tym coś dobrego”. Niesłychanie celne i trafne spostrzeżenie. Autorów największej i najohydniejszej zbrodni w dziejach ludzkości traktowano w czasie procesu norymberskiego z niesłychaną atencją i życzliwością. Nie rozstrzelano ich na miejscu, nie powieszono na rzeźniczym haku, nie spalono żywcem w piecu, nie zagazowano, nie zagłodzono na śmierć. Przeciwnie, cieszyli się warunkami, których nigdy, nawet w przybliżonej formie, nie przyznali swoim ofiarom. Im tymczasem zapewniono nie tylko najlepszych adwokatów i doskonałą opiekę lekarską, ale i dziesiątki innych przywilejów. Otrzymali też, co gorsza, szansę odegrania roli mężów stanu, co skrupulatnie wykorzystywali strojąc fochy, jak to określa Gilbert. Należałoby zapytać, komu ten medialny cyrk był potrzebny i w jakim celu. Może Rosjanom, namaszczonym już przez Zachód na sojuszników i sprzymierzeńców? Może tym, którzy już wówczas planowali i przewidywali odrodzenie wielkich Niemiec?

Caryca Unia

Obrzydliwa postawa polskich lewicowych parlamentarzystów w Brukseli. Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie praworządności w Polsce oraz na Węgrzech stwierdzającą, że sytuacja w obu państwach pogarsza się i dlatego Komisja Europejska i Rada UE powinny wykorzystać wszystkie dostępne środki, aby wyeliminować ryzyko „naruszania wartości unijnych”. Za rezolucją głosowało 446 posłów, przeciw było 178, od głosu wstrzymało się 41. Dzisiejsi targowiczanie, którzy głosowali przeciwko własnemu krajowi, a po przyjęciu rezolucji nagrodzili ją owacją na stojąco, nie nazywają się już Potocki, Branicki, Rzewuski czy Kossakowski. Nazwiska nie powtarzają się, ale historia powtarza się, jak zawsze. Nowa kasta targowiczan to boleściwa wdowa Adamowicz, Belka, Arłukowicz, Frankowski, Halicki, Hetman, Hübner, Jarubas, Kalinowski, Kopacz, Spurek, Lewandowski, Łukacijewska, Sikorski, Thun und Hohenstein, Biedroń, Miller i Cimoszewicz. Pewną odmianą jest może tylko to, że tym razem nie caryca Katarzyna wspiera „prawdziwych polskich patriotów” walczących z prawowitym i demokratycznie wybranym rządem, lecz Unia Europejska. Jeżeli pewnego dnia Rosja i Niemcy, może właśnie na zlecenie Unii, znów zdecydują się na dokonanie kolejnego rozbioru Polski, nie zabraknie więc wśród Polaków kreatur, które nie tylko to usprawiedliwią, ale i nagrodzą owacją na stojąco.

Sankcje

Sankcje. Embargo na broń. Zamrożenie aktywów. Obostrzenia gospodarcze. Sankcje wobec Kuby. Sankcje wobec Rosji, wobec Iranu. Sankcje wobec Korei Północnej. A mimo tego i Iran, i Korea sprowadzają potrzebne im towary, technologię i broń. Sankcje nie są niczym nowym. Nie zostały wymyślone przez nasz wiek. Mają bardzo stary rodowód. Już w XIV wieku handel bronią i materiałami wojennymi, które wykorzystywano potem do walki z chrześcijanami, stał się problemem tak poważnym, że w 1372 roku papież Grzegorz XI dodał do bulli „In Coena Domini” zakaz dostarczania ich „Saracenom i innym wrogom chrześcijaństwa”. Świat islamu zapoznał się z działaniem prochu mniej więcej w tym samym czasie co Europa, jednak to Europejczycy zdobyli zdecydowaną przewagę zarówno w produkcji, jak i umiejętności korzystania z broni palnej. Rycerzom zakonnym z Rodos, joannitom, przypadł obowiązek egzekwowania papieskich sankcji, lecz mimo ich starań zyskowna kontrabanda kwitła w najlepsze. Tak jak dzisiaj. Turcy ponadto płacili hojnie i nie tylko złotem. Nagradzali także korzystnymi koncesjami i przywilejami handlowymi. To przyniosło pożądane przez nich rezultaty: już w XVI wieku żadna armia nie mogła mierzyć się z nimi w ilości dział i poziomie wyszkolenia kanonierów. Było to smutną „zasługą” chrześcijańskich renegatów oraz (przede wszystkim) włoskich kupców, wyznających jedynie kult pełnej sakiewki.

Łamanie papieskich sankcji miało zresztą różne formy. Ewidentnym tego przykładem była, znana także z naszej historii, bitwa pod Warną, w której zginął Władysław III. W tamtym przypadku problemem Turków była kwestia przerzucenia wojsk na europejski brzeg cieśniny. Z rozkazu papieża cieśnina była skutecznie blokowana przez Wenecjan. Turcy łatwo poradzili sobie z tą drobną przeszkodą – zapłacili za przetransponowanie swojej armii na europejski brzeg … Genueńczykom i 10 listopada 1444 roku pokonali sprzymierzone wojska węgiersko-polskie.

Warna przypieczętowała los Konstantynopola. 9 lat później Turcy stanęli pod potężnymi murami stolicy Bizancjum. Siły obrońców były bardzo skromne – 5000 Greków, około 200 łacinników i mieszkańcy oblężonego miasta. Kontyngent zachodnioeuropejskich żołnierzy tworzył oddział złożony z 700 Genueńczyków. Strona turecka miała przewagę co najmniej dziesięciokrotną. Atutem obrońców było tylko wyjątkowe położenie miasta i jego potężne mury. Brzegi trójkątnego półwyspu obmywają od południa fale Morza Marmara, a od północy głębokie wody zatoki Złoty Róg. Oba wybrzeża nie wymagały wznoszenia szczególnie silnych obwarowań – lądowanie od strony morza praktycznie uniemożliwiał bardzo silny prąd, zaś wody zatoki zablokowano potężnym łańcuchem, pływającym na drewnianych tratwach i zawieszonym pomiędzy murami a wieżą w Galacie – ufortyfikowanym mieście po drugiej stronie zatoki. Wejście od strony lądu zamykał natomiast Mur Teodozjusza. Liczył on 6,5 kilometra długości, jego grubość u podstawy wynosiła około 4,5 metra, wysokość 12 metrów. Co 50 – 60 metrów wzniesiono dwukondygnacyjne wieże, wystające przed czoło muru na 5 do 10 metrów. Mur składał się z trzech linii – szerokiej na 20 i głębokiej na 10 metrów murowanej, częściowo zalanej wodą fosy, stojącego za nią przedmurza wysokiego na 7,5 metra, również wzmocnionego wieżami i linii głównej. Bizantyjscy budowniczowie, spadkobiercy greckiej i rzymskiej myśli wojskowej, stworzyli fortyfikacje, które nie miały sobie równych w całym ówczesnym świecie.

Turcy byli jednak tym razem doskonale przygotowani, a to, między innymi, „dzięki” życzliwej pomocy zachodnich puszkarzy, z których jeden miał odegrać szczególnie doniosłą i haniebną rolę w tym dramacie. Był nim ludwisarz i artylerzysta o imieniu Urban, opętany ideą budowy ogromnej bombardy. Przybył do Konstantynopola w 1451 roku, prawdopodobnie pochodził z Węgier, choć kronikarze nie są do końca zgodni, co do jego narodowości. Cesarz Konstantyn XI wyraził zainteresowanie jego usługami, ofiarował mu nawet skromna pensję, choć nie miał wystarczających środków, by zrealizować marzenie Urbana. Zniechęcony ludwisarz opuścił więc dwór Konstantyna i udał się do Edirne, ówczesnej tureckiej stolicy, i tam zaoferował swoje usługi. Przyjęto go z otwartymi ramionami, hojnie obdarowano, dostał też polecenie odlania dział, które byłyby zdolne zburzyć mury Konstantynopola. Urban ochoczo zabrał się do pracy. Największe z odlanych przez niego dział ważyło 19 ton, miało 8 metrów długości, kaliber 750 milimetrów i strzelało na odległość do 1,5 kilometra kamiennymi kulami o wadze ponad pół tony. Sześćdziesiąt wołów, dwustu ludzi oraz oddział specjalny, który wyrównywał drogę – tyle było potrzeba, by przetransportować kolosa pod mury miasta. To monstrualne działo nie było jedynym w sułtańskiej artylerii. W czasie przygotowań do oblężenia Urban odlał kilkadziesiąt innych bombard o różnych kalibrach – następna co do wielkości strzelała pociskami o wadze 360 kilogramów, reszta miotała kule ważące od 23 do 90 kilogramów. Cała artyleria turecka, zgromadzona pod Konstantynopolem, liczyła łącznie 69 dział, podzielonych w czasie oblężenia na 14 lub 15 baterii. Po siedmiu tygodniach oblężenia, nocą 29 maja 1453 roku, sułtan Mehmed II posłał swoich żołnierzy do szturmu ostatecznego właśnie tam, gdzie działa Urbana spowodowały największe spustoszenia. Przez kilka godzin obrońcy odpierali jeszcze kolejne fale atakujących, ale była to już agonia.

Po zdobyciu Konstantynopola potomkom koczowniczych plemion z głębi azjatyckich stepów Europa wyraźnie przypadła do gustu. Wielokrotnie jeszcze starali się powiększyć swoje włości, a ich państwo nadal znajduje się na jej terytorium.