Męski ideał

Obły, żółtawy robal, nieszczególnie wybredny, w zasadzie zjada wszystko, co pojawia się na jego drodze, porusza się bardzo wolno i bez żadnego celu, robi wrażenie, jakby nie zmierzał w żadnym konkretnym kierunku, czyli zachowuje się jak przeciętny mężczyzna, ale jest zdeklarowanym obojnakiem. Ariolimax dolichophallus, ślimak bananowy, to marzenie wszystkich zakompleksionych mężczyzn, bowiem jego penis może podwoić długość jego ciała – jest to stworzenie, które ma najdłuższego penisa w porównaniu z długością swego ciała. Nie dorównują mu ani słynne pąkle ani oxyura vittata czyli sterniczka argentyńska, która przy długości ciała do 40 cm posiada prącie o długości ponad 42 cm. Każdy medal ma jednak, jak wiadomo, dwie strony – wadą tak przerośniętego penisa u ślimaka bananowego jest to, że czasem po kryciu nie może go już uwolnić. Wtedy pozostaje mu tylko odgryźć swego penisa, czasem czyni to jego partner, a ponieważ penis nie odrasta, ariolimax dolichophallus zostaje odtąd sprowadzony do odgrywania ról żeńskich. Zjawisko to określa się terminem apofalacja lub apophallacja. Swoją drogą, jaki spektakularny upadek! Od monstrualnej męskości do pełnej niebinarności. Natura jest zabawna.

Miłość i mózg

Podczas jednego z eksperymentów zbadano mózgi uczestników za pomocą rezonansu magnetycznego i okazało się, że kiedy zakochujemy się kora czołowa, czyli część mózgu odpowiedzialna między innymi za logiczne myślenie i ocenianie innych, pozostaje nieaktywna. Potwierdza to znane powiedzenie o tym, że miłość jest ślepa – wobec ukochanej osoby jesteśmy mniej surowi i krytyczni. Inne badania wykazały, że stan zakochania deaktywuje również te obszary w mózgu, które odpowiadają za kontrolowanie negatywnych emocji, takich jak choćby strach, co powoduje, że zakochani potrafią odważni do szaleństwa. Wbrew pogłoskom mózg nie jest więc chłodnym racjonalistą.

Błąd konfirmacji

Właściwie każda dyskusja, której celem jest konfrontacja poglądów czy przekonań, a już szczególnie dyskurs polityczny, są pozbawione sensu. Pojawiające się argumenty, choćby najbardziej rzeczowe, czy przedstawiane nam fakty, choćby niezaprzeczalne, i tak z uporem maniaków interpretujemy w sposób, który tylko potwierdza nasze istniejące już przekonania. Tak zwany błąd konfirmacji nie powinien być określany błędem – to nasza naturalna cecha, coś jak węch lub kolor oczu.

Po co

Wśród porannych wiadomości informacja, że w dalekim Wietnamie za oszustwa finansowe została skazana na śmierć potentatka nieruchomości Truong My Lan. Filippides, ateński posłaniec, po wygranej bitwie pod Maratonem pobiegł do Aten, by obwieścić zwycięstwo i poinformować Ateńczyków o płynącej ku nim flocie perskiej. Miał do pokonania dystans 38 – 40 kilometrów. Nie wiemy w jakim czasie pokonał tę trasę, ale współcześni maratończycy potrzebują nieco ponad 2 godzin. Filippides po przekazaniu tej wiadomości padł martwy. Wieść o zwycięstwie nad Persami dotarła więc do Ateńczyków w tempie błyskawicznym, choć bez detali i szczegółów. Była to ważna wiadomość, dotyczyła ich życia.

Po jakim czasie dotarła do Rzymu wieść o zwycięstwie Cezara nad Ariowistem u stóp Wogezów czy o wyniku bitwy pod Alezją? Ile czasu zabierało przekazanie wiadomości o bitwach rozgrywanych przez legiony gdzieś na rubieżach ówczesnego świata, w Brytanii czy w królestwie Partów? Zapewne trwało to tygodnie, choć niejednokrotnie były to wiadomości, które decydowały o losach ówczesnego świata. Do mnie wiadomości z jakiegoś atolu Kiribati, mikroskopijnej kropki zagubionej w bezmiarze Pacyfiku, czy z procesu jakiejś Wietnamki, choć beznadziejnie bezwartościowe i pozbawione jakiegokolwiek odniesienia do mojej rzeczywiści, docierają w ciągu kilku minut. Po co?   

Pisarz

Latami przerabiał swoje powieści, poprawiał, wprowadzał nowe wątki i nowe postacie, wprowadzał nowe zdarzenia, rozwijał i uzupełniał już istniejące. Tym, którzy znali jego powieści chętnie opowiadał o wszystkich zmianach i poprawkach, jakich dokonał. Hojnie też dzielił się nowymi powieściami i opowiadaniami, ale niczego nie przenosił na papier, niczego nie zapisywał, niczego nie utrwalał i nigdy nie zabiegał o druk – sam był swoimi własnymi powieściami. Odeszły razem z nim. Być może właśnie tak powinny żyć i umierać książki.  

Acedia

Acedia. Jeszcze jedno pojęcie z czysto greckim rodowodem, jak zresztą niemal wszystkie pojęcia, które odnoszą się do naszej psychiki, łącznie z samym pojęciem ψυχή. Grecy nas wymyślili. Akēdíaakedeía to brak troski o własny byt, o swoje istnienie, obojętność, od słowa kēdía (troska) lub według Galena aciditas, a więc melancholia. Acedia to choroba duszy objawiająca się apatią, niemożnością zaznania spokoju i dekoncentracją, znana w tradycji chrześcijańskiej od czasów ojców pustyni, wśród których była zjawiskiem dość powszechnym. Jeden z nich, Jan Kasjan, określa acedię słowem taedium, przesyt, co wydaje się być wyjątkowo celnym spostrzeżeniem.

Acedia to przygnębienie, smutek, brak motywacji do działania, brak zaangażowania i nadziei, zniechęcenie, wyczerpanie, zobojętnienie, wrażenie duchowej pustki. Jest to paraliżująca niezdolność do bycia tu i teraz i zajmowania się swoim aktualnym życiem. Kasjan dodaje, że charakterystyczną cechą acedii jest tzw. horror loci, czyli niechęć do miejsca, w którym się obecnie znajdujemy oraz czynności, którym musimy się oddawać – kiedy się pracuje, najchętniej nic by się nie robiło; kiedy się nie pracuje, odczuwa się bezbrzeżną nudę. Dante ludzi obciążonych grzechem acedii, bo Kościół uznawał ją za grzech, skazał na cierpienia w piątym kręgu piekieł, smolistym, nudnym i pogrążonym w chaosie. Dzisiaj, gdy wielu ludzi zmaga się z poczuciem pustki, niespełnienia, niechęci, odczuwa smutek, przygnębienie, niezadowolenie z wykonywanej pracy, rozczarowanie i brak motywacji do działania, acedia zaczyna powoli awansować do jednej z wielu chorób cywilizacyjnych. I tak oto historia raz jeszcze zatacza krąg – od choroby pierwszych pustelników do pospolitej przypadłości dekadentów.

My i świat

Spróbujmy to zobaczyć. Na 1 cm² naszej skóry przypadają tylko 2 receptory ciepła, 12 receptorów zimna, jedynie 25 receptorów dotyku i aż 150 receptorów bólu. Jesteśmy pokryci receptorami wykrywania bólu jak jeż kolcami. To mówi wszystko o charakterze naszego kontaktu ze światem.

Dżinsy i barbarzyńcy

Alberto Angela, „Imperium”: Barbarzyńcom życie w imperium musiało wydawać się najprawdziwszym rajem. I dlatego najeżdżali granice: nie po to, by zniszczyć cesarstwo, lecz by stać się jego częścią! Podobnie dzisiejsi przybysze z Trzeciego Świata nie chcą unicestwić Nowego Jorku czy Zachodu, lecz chcą nosić dżinsy, modne buty i należeć do „systemu” z wszystkimi jego przywilejami.

Doskonale wszyscy wiemy, czym skończyła się w przypadku Imperium Rzymskiego słabość barbarzyńców do dżinsów i modnych butów – barbarzyńcy mimo modnych butów i dżinsów nie stali się Rzymianami, natomiast Rzym stał się barbarzyński i w efekcie zakończył swoje istnienie. Naturalnie, od tamtego czasu upłynęły dwa tysiące lat, historia jest jak wiadomo dobrą nauczycielką, a i my jesteśmy nieporównywalnie mądrzejsi niż Rzymianie, nie mówiąc o dzisiejszych przybyszach z Trzeciego Świata, którzy zadowolą się dżinsami, modnymi butami i przynależnością do systemu, chociaż głównie w tej części, która dotyczy przywilejów. Zastanawiam się wyrazem czego są wyżej cytowane słowa A. Angela – świętej naiwności, programowym i wyjątkowo durnym prezentyzmem czy może kpiną, tak chytrze ukrytą, że tylko jakiś intelektualny Sherlock Holmes zdoła ją rozszyfrować?

Zofia Anhalt-Zelbs

Caryca Katarzyna II to Zofia Anhalt-Zelbst, zruszczona Niemka, urodzona 2 maja 1729 w Szczecinie. 16 listopada 1796 roku doznała w toalecie udaru mózgu. W chwili śmierci była tak gruba, że potrzeba było kilku silnych mężczyzn, aby wydostać ją z toalety. Podobno nie byli jednak w stanie podnieść jej, by położyć na łóżku, wiec ułożono ją na materacu na podłodze. Chorowała na cukrzycę drugiego stopnia, miała otwarte wrzody na nogach, jej zakończenia nerwowe straciły ukrwienie, nie miała w nich czucia, ale nie była leczona – przeciwnie, jej nadworny medyk ordynował jej codziennie kieliszek słodkiego czerwonego wina. Pomoc lekarska okazała się nieskuteczna. Po kilkunastu godzinach śpiączki Zofia Anhalt-Zelbst, która wymazała Polskę z mapy Europy, spełniając stare marzenie swego ziomka, Fryderyka Wielkiego, zmarła 17 listopada 1796 roku mając 67 lat. Finis coronat opus, jak mawiał Owidiusz, chociaż w tym wypadku i dzieło i koniec były równie nędzne. Nawiasem mówiąc, Stanisław August Poniatowski, jej były kochanek oraz były król polski, przeżył ją o 2 lata, zmarł bowiem 12 lutego 1798.