Impedimenta

Cursus publicus, czyli poczta rzymska, założona w czasach cesarza Augusta, zajmowała się, poza przekazywaniem informacji, również transportem uprawnionych do tego obywateli. Dokumentem upoważniającym do korzystania z usług przedsiębiorstwa państwowego były listy, spełniające rolę biletów, wydawane w Officium de facere evectionem, czyli starorzymskim Biurze Podróży. Istniały listy różnej rangi. Diploma uprawniały jedynie do przejazdu natomiast tractoria, przeznaczone dla wyższych urzędników, zapewniały także pobyt i wyżywienie na stacjach. Całkiem osobny dokument wystawiano na przekaz bagażu, a nazywano go, nie bez poczucia humoru, impedimenta, czyli coś, co przeszkadza. Nazwa ta, niezależnie od ironicznego wydźwięku, zawiera bardzo rzeczową obserwację – bagaż nie ułatwia podróży. Podróż bez bagażu jest lżejsza, przyjemniejsza i szybsza.  W tej materii, mimo wielu ułatwień, niewiele zmieniło się przez ostatnie dwa tysiące lat. Bagaż jest wciąż impedimenta.

Tylko Màrai

Sàndor Màrai, „Dziennik”: Demokracja, powiadają, i wolność. Ale masy potrzebują ochrony i niczego więcej. Od wszelkich Wielkich Systemów nie wolności oczekują, lecz ochrony. Dlatego zawsze są skłonne poświęcić wolność dla czegoś innego. Tylko jednostka, tylko heretyk potrzebują wolności. Tylko oni są skłonni – każdego dnia od nowa – za nią zapłacić. A cena jest niezwykle wysoka.

Systemy oparte na ucisku – przeżyłem kilka z nich – zwalniają człowieka z myślenia i formułowania opinii, co zawsze wymaga wysiłku umysłu i charakteru. Społeczna euforia, którą zamiast tego oferują, nie jest w rzeczywistości niczym innym, jak tylko ucieczką od osobistej odpowiedzialności za własny sąd. I to jest ich wielka zaleta w oczach tłumów.

Nie można tego celniej i precyzyjniej wyrazić. Wolność jest jak dziecko, którym chętnie chwalimy się przed znajomymi, bo ładnie recytuje patriotyczne wiersze, ale w domu ma trzymać mordę w kubeł i nie zawracać nam głowy głupotami.

Flow czy flop

Mihály Csíkszentmihályi, amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia, cenne prace o osobowości twórczej, ale to nie nimi zyskał sławę i popularność, lecz koncepcją flow, czyli przepływu. Flow to według niego stan oscylujący między satysfakcją a euforią, spowodowany przez akt całkowitego zaangażowania się w jakąś czynność, stan głębokiej koncentracji, uskrzydlenia, stan, który potrafi unieobecnić takie czynniki jak chłód, czas, głód czy zmęczenie.

Być może słowo flow brzmi ciekawie, ale obawiam się, że Csíkszentmihályi odkrył Amerykę na nowo, bo określa ono dokładnie ten sam stan, który zwykliśmy od wieków wyrażać pojęciami wena lub – bardzo po polsku – natchnienie i odpowiednik tego słowa istnieje zarówno w języku węgierskim, ihlet, jak i w języku angielskim, vein albo afflatus. Jakie to proste: wymyśl ciekawie brzmiącą nazwę na jabłko, a wymyślisz nowy owoc.

Przewodnik

Krótki acz precyzyjny przewodnik po rodzajach i zasadach funkcjonowania tzw. ustrojów politycznych:
Maoizm: mam trzy krowy; rząd zabiera wszystkie, zabija i mięso dzieli po równo.
Komunizm: mam trzy krowy; rząd zabiera je do kołchozu, gdzie zdychają.
Narodowy socjalizm: mam trzy krowy; rząd zabiera dwie i zamienia je na armaty.
Socjalizm: mam trzy krowy; rząd odbiera mi pod przymusem mleko, które potem mogę kupić w państwowym sklepie na kartki.
Socjaldemokracja: mam trzy krowy; rząd skupuje ode mnie mleko i rozdaje za darmo w szkołach, gdzie dzieci wylewają je do zlewu.
Państwo opiekuńcze: mam trzy krowy; muszę sprzedać jedną, by starczyło na badania weterynaryjne i podatki od dwóch pozostałych.
Eurosocjalizm: mam trzy krowy; rząd każe mi zabić jedną, bo krów jest za dużo – i drugą, bo krowa sąsiada jest chora na pryszczycę.
Kapitalizm: mam trzy krowy; sprzedaję jedną i kupuję byka.

Oko żaby

Pod koniec ubiegłego roku National Geographic opublikowało zdjęcie autorstwa Cristiny Mittermeier. Przedstawia ono skrajnie wygłodzonego, wycieńczonego niedźwiedzia polarnego. National Geographic dodało do tego podpis This is what climate change looks like” („tak wyglądają zmiany klimatyczne”). Zdjęcie natychmiast zyskało ogromną popularność. Autorka fotografii, Cristina Mittermeier uważa jednak, że „National Geographic posunęło się za daleko z napisem”, bowiem ani ona ani jej zespół nigdy nie utrzymywali, że powodem głodu niedźwiedzia jest ocieplenie klimatu. Fotografie wygłodzonego niedźwiedzia z napisem sugerującym związek między jego stanem a zmiany klimatycznymi powielano długo i uparcie na czołowych stronach gazet, zaś wyjaśnienie Cristiny Mittermeier pojawiło się tylko raz i nie było drukowane ani na pierwszej stronie ani dużą czcionką.

Funkcjonowanie mediów do złudzenia przypomina sposób w jaki funkcjonuje oko żaby – informacja jest pożyteczna,  gdy odnotowuje zmianę, a najlepiej wydarzenie odbiegające od normy. Nie jest żadną nowiną, newsem, gdy żmija ukąsi człowieka – wiadomość jest wtedy, gdy człowiek zagryzie żmiję. Nie jest żadną wiadomością głodujący, wychudzony niedźwiedź polarny, ale już sugestia, że powodem jego stanu są zmiany klimatyczne daje się sprzedać znakomicie. Ten przykład doskonale ilustruje mechanizm kształtowania obrazu świata w naszej globalnej, medialnej wiosce.

La bicicleta

W języku hiszpańskim słowo rower, la bicicleta, jest rodzaju żeńskiego. Być może w języku hiszpańskim brzmi to dopuszczalnie, ale w języku polskim już nie  – mogę sobie wyobrazić, że jeżdżę na tym rowerze i niekiedy rzeczywiście to czynię, ale podejrzewam, że jeżdżenie na tej rowerze uznałbym za zajęcie prawie nieprzyzwoite.  

Klimat

Widziałem dzisiaj w centrum Malmö manifestację kobiet w sprawie klimatu. W pierwszej chwili skłonny byłem sądzić, że mam przed oczyma kondukt pogrzebowy. Szło być może 200 – 300 kobiet, wszystkie wyglądały niemal identycznie, wszystkie ubrane były w workowate, szare, ciemne, bezbarwne płaszcze i kurtki, a na nogach miały toporne, grube obuwie jak do ciężkich prac w oborze. Niosły jakieś transparenty domagające się, żeby ktoś/coś zrobił nie wiadomo co dla poprawy klimatu. Pochód cieni był równie bezosobowy jak ich hasła i ich twarze były także bezosobowe – wszystkie wyglądały podobnie i nędznie, jak z kiepskiego surrealistycznego filmu o apokaliptycznym społeczeństwie. Wyjąłem telefon, zapytałem googlowskiego asystenta o jakość powietrza, natychmiast podał mi cyfrę 1, najniższy stopień zanieczyszczeń – stałem w środku miasta. Milczący pochód minął mnie i zniknął za zakrętem ulicy. Za nim żółwim tempem podążył  policyjny samochód z dwójką znudzonych policjantów.

Cogito ergo

Ostatnie badania prowadzone w krajach Zachodu wykazują, że myślenie przychodzi nam z coraz większym trudem. Stajemy się mniej inteligentni i mniej zdolni do myślenia abstrakcyjnego i analitycznego. Badania pozostają politycznie poprawne i nie rozstrzygają, czy jest to związane z kwestią dziedziczna, a więc z faktem, że wykształcone kobiety rodzą średnio mniej dzieci, czy też ze skutkami wszystkich zachodzących obecnie zmian kulturowych, ideologicznych i politycznych – wpływ Internetu, coraz węższe specjalizacje, postępująca infantylizacja życia i ułatwienia związane z rozwojem techniki. Wiadomo więc, że stajemy się głupsi, jednak informacja o powodach naszego zgłupienia zostanie dyskretnie przemilczana. Głupcom przecież mogłoby być bardzo przykro i kto wie, czy nie wpadliby w jeszcze większą depresję. Czy nie przypomina to sytuacji w której lekarz, konstatując u pacjenta raka płuc, informuje go jedynie o tym, że powinien częściej myć zęby?

El Graeco

„Public Library of Science” donosi, że rozdzielenie się linii ewolucyjnej przodków człowieka i przodków szympansów mogło nastąpić na obszarze południowej Europy, a nie – jak uważano dotychczas – w Afryce. Okazuje się bowiem, że przodkowie człowieka mogli pojawić się najpierw w Europie, nie zaś w Afryce, i że stało się to kilkaset tysięcy lat wcześniej niż sądzono. Takie wnioski oparte zostały na analizie fragmentów uzębienia Graecopithecus freybergi, zwanego też „El Graeco”. Po dokładnych badaniach ustalono, że kości szczęki liczą sobie 7,175 miliona lat – w tym czasie basen Morza Śródziemnego wyglądał jak afrykańska sawanna. Gatunek znany był dotąd z zaledwie jednego fragmentu kostnego, odkrytego w 1944 r. w Grecji, stąd Graecopithecus. Najnowszy okaz został znaleziony w 2012 r. w Bułgarii. Analizując za pomocą tomografii komputerowej wewnętrzną budowę zęba, naukowcy doszli do wniosku, że posiada ona cechy typowe dla ludzi współczesnych oraz naszych przodków. Może to oznaczać, że jest to najstarszy znany ludzki przodek, który nie należy już do linii ewolucyjnej małp. Wszyscy pochodzimy z Grecji, jak zwykła mawiać moja żona.

Powściągliwy kat

E. Cioran „Zarys rozkładu”:  W każdym z nas mieszka powściągliwy kat, niezrealizowany kryminalista. Ci, którzy nie mają śmiałości przyznać się przed sobą do tych morderczych skłonności, zabijają w snach, zapełniając trupami swoje nocne koszmary. Przed ostatnim trybunałem jedynie aniołowie zostaną uniewinnieni. Nigdy bowiem nie było człowieka, który nie życzyłby – choćby nieświadomie – śmierci komuś innemu. Każdy z nas ciągnie za sobą cmentarz pełen pogrzebanych przyjaciół i wrogów, i mało istotne jest, czy zepchnie go gdzieś w otchłanie serca, czy umieści pośród najbardziej jawnych pożądań.

Kowal zawinił

Zachodnie agencje prasowe informują z dumą, że około 30 osób i dwa obozy karne zostaną umieszczone na unijnej liście sankcyjnej obejmującej globalne naruszenia praw człowieka w związku ze śmiercią rosyjskiego polityka opozycji Aleksieja Nawalnego. Według agencji Bloomberg są to m.in. funkcjonariusze więzienni i rządowi, a także rosyjskie obozy IK-6 we Włodzimierzu i IK-3 w Charp, gdzie więziony był Nawalny.

Przyznajcie, że to rozkoszne! Naukowcy potrafią już odczytać całą sekwencję genomu każdego człowieka, ChatGPT pomaga pisać artykuły dziennikarzom z bożej łaski, Elon Musk planuje kolonizację Marsa, areopag w Brukseli zgromadził najtęższe i najsprawniejsze mózgi Europy, a prastare powiedzenie „kowal zawinił, Cygana powiesili” jak było aktualne, tak wciąż jest.

Weganie i inni – aneks

Wegeterianizm czy weganizm to kwestia przekonań. Ktoś, kto wymaga ode mnie, abym ja również jak on jadł trawę żąda, abym dzielił jego przekonania. Nie jest to więc sprawa stylu życia czy upodobań, bowiem tych nie narzuca się innym. Wegeterianizm czy weganizm to ideologie, a te – dokładnie jak komunizm czy faszyzm – nie spoczną dopóki wszyscy nie staną się ich wyznawcami. Nie zapominajmy, że wegetarianin Hitler planował wprowadzenie wegeterianizmu w całej podbitej Europie.

Weganie i inni

Nie zawieram już znajomości, a tym bardziej przyjaźni z ludźmi, którzy nie jedzą mięsa. Wcale nie z racji ich przekonań czy upodobań, lecz dlatego, że są źle wychowani. Gdy ja przewiduję, że wśród moich gości na obiedzie będą weganie czy wegeterianie, zawsze przygotowuję dania pod kątem ich upodobań kulinarnych. Tymczasem nie zdarzyło się nigdy, abym na obiedzie u wegetarian czy weganów, został poczęstowany daniem mięsnym, przygotowanym z myślą o mnie i moich preferencjach. Oni jedzą jedynie rośliny, a więc i ja mam jeść rośliny – szczerze mówiąc jest to nawet więcej niż brak wychowania. To po prostu chamstwo. Należy unikać przystawania z chamami.   

Teleportacja

Daniel C. Dennett w pracy  Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia, w rozdziale Teleklonowy upadek z Marsa na Ziemię, stawia bardzo interesujące pytanie. Teleportacja jest bardzo popularnym motywem fantastyki naukowej, a seriale typu Star Trek już dawno temu wprowadziły ten termin do swego repertuaru. Słowo przyjęło się, nikomu nie trzeba go  tłumaczyć i dzisiaj nawet dzieci wiedzą, co znaczy, wszystko jest jasne, a przy tym pojęcie teleportacji wydaje się być czymś znacznie prostszym niż na przykład napęd typu warp. Po prostu wchodzisz do teleportera, który bezboleśnie i błyskawicznie zdezintegruje twoje ciało, tworząc jego wierną do ostatniej cząsteczki kopię, a następnie pozostaje już tylko uruchomić mechanizm i przenieść się z prędkością światła do wskazanego celu. Doskonała metoda ratunku w sytuacjach, gdy statek, którym wędrujesz po kosmosie, ulegnie awarii, gdy zostanie zaatakowany przez jakieś Imperium Galaktyczne albo galaktyczne potwory. Po prostu wystrzelasz się tam, gdzie sobie życzysz, odliczanie, rozbłysk i za moment jesteś po drugiej stronie, lądujesz w ramionach ukochanej, ukochanego lub w ramionach całej, stęsknionej za tobą rodziny.  

Teleportacja należy do tej kategorii rozwiązań technicznych, które obecnie są niemożliwe do osiągnięcia, ale nie stoją w sprzeczności z żadnymi znanymi prawami fizyki, podobnie jak silniki na antymaterię, pewne odmiany telepatii, psychokineza czy niewidzialność. Dennett nie neguje, że kiedyś, w przyszłości, może to okazać się realne. Pyta jedynie o to, czy ty, który wejdziesz do teleportera i ty, który z niego wyjdziesz w innym miejscu, będziecie wciąż jedną i tą samą osobą. Czy przeżyjesz to teleportowanie, zachowując siebie dokładnie takim, jakim jesteś czy może po prostu zostaniesz sklonowany, co oznacza, że ty umrzesz, a przeżyje tylko twój klon? Sprawa bowiem nie jest taka prosta. Byłaby prosta, gdyby chodziło powiedzmy o książkę, filiżankę, sztucer Winchester M70, czy jakikolwiek inny przedmiot, gdyby chodziło o  zwykłe fizyczne obiekty, wiązki atomów, którym po nocach nie śnią się koszmary, które nie miewają wyrzutów sumienia, moralnych dylematów ani kompleksów z powodu odstających uszu czy krzywego zgryzu. Te idealnie nadają się do teleportacji, ale czy ty również możesz być teleportowany bez straty? Co z twoją jaźnią? Co z twoją duszą? Czy twoje myśli, wspomnienia i najskrytsze marzenia również dadzą się skopiować i teleportować? Czy na pewno po operacji teleportowania będziesz tym, kim byłeś przed teleportacją?                                      

Tożsamość

Christian Norberg-Schulz, znany norweski architekt i teoretyk architektury, definiuje genius loci słowem „tożsamość”. To wyjątkowo trafne i mądre spostrzeżenie. Każdy krajobraz jest rodzajem palimpsestu w którym nakładają się na siebie dziesiątki wcześniejszych „tekstów” i choć większość z nich może pozostawać ukryta i niewidoczna pod zapisem aktualnym, to jednak są tam i to one razem decydują o jego przestrzennej odrębności od innych miejsc, stanowią duch tego miejsca, jego tożsamość właśnie. W naszym krajobrazie nie ma już terra nullius, a każde dziedzictwo – bez względu na jego wartość – a więc i wtedy, gdy pozornie jest obciążeniem, powinno zostać nieusuwalnym obciążeniem, bo tradycji nie da się napisać od nowa. Próby konstruowania tożsamości w oderwaniu od historii nigdy nie kończyły się sukcesem.

Dla mnie Delfy są takim palimpsestem. Wszystkie budowle, które kiedyś tam istniały i ruiny tych, które jeszcze trwają, odbijają się wciąż na wygładzonych, oświetlonych wieczornym słońcem stokach Parnasu, tak samo żywe i tak samo realne. Nawet nietaktowna obecność w tym miejscu nowoczesnego gmachu muzeum, który prowokuje wzrok i podważa harmonię krajobrazu, nie jest w stanie zniszczyć autentyczności i piękna tego „zapisu”. Tożsamość Delf wydaje się być wieczna.