Oddech Leonarda

Sformuowane niegdyś przez Lavoisiera prawo zachowania masy stwierdza, że atomy we wszechświecie podlegają nieustannemu przetwarzaniu, czyli innymi słowy „w przyrodzie nic nie ginie”. Grawitacja gwarantuje, że większość z tych atomów, które znajdują się na Ziemi, na niej pozostaje. Oddychamy więc tymi samymi atomami, którymi oddychali Salomon, Cezar, Aleksander Macedoński, Leonardo da Vinci, i miliony innych ludzi żyjących przed nami. Cofnijmy się jednak jeszcze bardziej –  uwzględniając długość czasu przez który dinozaury zamieszkiwały nasz glob, należy uznać za pewne, że oddychamy też dinozaurami, że każdy owoc, jaki zjadamy, zawiera sporo atomów, które przed milionami lat były cząsteczką jakiegoś zwierzęcia czy człowieka, a każdy łyk wody, który bierzemy do ust, zawiera atomy czyjegoś moczu. Policzmy. Ja, matematyk wyjątkowo kiepski, uczyniłem to i wygląda na to, że po raz pierwszy udało mi się uzyskać właściwy wynik. Równanie jest proste:

całkowita masa ziemskiej atmosfery wynosi 5 x 1021 gramów

powietrze jest mieszaniną molekuł azotu i tlenu w stosunku 4 do 1

masa jednego mola powietrza wynosi około 28,8 grama

jeden mol każdej substancji zawiera około 6 x 1023 molekuł

w całej ziemskiej atmosferze jest więc ca. 1,04 x 1044 molekuł

jeden mol gazu w temperaturze ciała i pod ciśnieniem atmosferycznym ma objętość około 25,4 litra

objętość powietrza wdychanego i wydychanego podczas jednego oddechu wynosi u człowieka średnio jeden litr

można założyć, że Leonardo da Vinci podczas jednego oddechu wdychał około 2,4 x 1022 molekuł

przeciętnie wykonujemy około 25 wdechów na minutę, więc podczas 67 lat życia (podobno tyle żył) we wszystkich jego wydechach znalazło się 2,1 x 1031 molekuł

w takim razie w atmosferze jedna molekuła na każde 5 x 1012 znajdowała się niegdyś w jego płucach.

z każdym oddechem wdychamy około 2,4 x 1022 molekuł

jest więc spora szansa, że wprowadzamy do naszych płuc około 4,9 x 109 molekuł, którymi oddychał Leonardo.

Podobnie można policzyć, że wdychamy około pięciu molekuł, jakie znajdowały się w jego ostatnim tchnieniu. Naturalnie, są to założenia „z grubsza”: przyjmujemy, że molekuły z oddechów mistrza da Vinci dobrze wymieszały się z resztą atmosfery, że nie oddychał ponownie tymi samymi molekułami i że w atmosferze nie ma strat związanych z późniejszymi użytkownikami, spalaniem czy wiązaniem azotu cząsteczkowego. Ale jakkolwiek by nie było mamy do dyspozycji spory zapas molekuł, tak że ich ewentualne straty nie powinny wpływać na główny wniosek płynący z obliczeń.

Podobny rachunek można też przeprowadzić dla wody, jeżeli wiemy, że liczba molekuł w hydrosferze wynosi 5,7 x 1046. Pokaże on, że łyk płynu zawiera około 18 x 106 molekuł, które podczas życia Leonarda da Vinci przeszły przez jego ciało. Jest więc niemal pewne, że oprócz oddychania jego oddechem, w każdej szklance wypijanej przez nas wody wypijamy nieco jego moczu. Na zdrowie.

 

Piękni stuletni

W prestiżowym periodyku naukowym „Nature” opublikowane zostały rezultaty badań przeprowadzonych przez doktora Rolanda DePinho z Uniwesytetu Harwarda. Jest on podobno pierwszym, któremu udało się odwrócić proces starzenia u zwierząt, a dokładnie u myszy. Z artykułu wynika, że przed rozpoczęciem tej terapii skóra, mózg i pozostałe organy myszy były w podobnym stanie jak u osoby 80-letniej. Po zaaplikowaniu specyfiku aktywującego kluczowy enzym, ich organizm wytworzył taką ilość nowych komórek, że odmłodniały. Doktor DePinho uważa, że również proces odmłodzenia ludzkiego organizmu jest możliwy. Główną rolę w tej terapii odgrywają telomery, które znajdują się na końcu chromosomów i zabezpieczają je przed uszkodzeniem. Z upływem czasu stają się one coraz krótsze, aż w końcu zanikają, w rezultacie czego komórka obumiera. Twierdzi się, że jeden z enzymów, telomeraza, posiada właściwości, które pozwalają odbudować te struktury. DePinho przekonuje, że podany w odpowiednim momencie enzym może zatrzymać groźne dla naszego organizmu choroby i odwrócić proces starzenia. Amerykańscy naukowcy zapewniają, że już wkrótce możliwe będzie stworzenie tabletki, która uczyni nas na powrót młodymi, przedłużając życie i uwalniając od takich przykrości jak choroba Alzheimera, Parkinsona czy banalne zawały serca.

Prasa z lubością podchwyciła ten temat. Pełno w niej spekulacji o odmłodzonych stulatkach, którzy mkną na deskorolkach przez Sunset Boulevard, naturalnie w podkoszulkach, aby można było podziwiać młodzieńczą jedwabistość ich skóry i, koniecznie, z bujnymi czuprynami połyskujących w słońcu, odzyskanych włosów.

To przyjemne. Tylko po co? Czyżby wśród  bodaj 7 miliardów mieszkańców naszej planety brakowało ludzi młodych? Czyżby ten brak był tak katastrofalny, że musimy odmładzać starych? I komu będziemy podawać te odmładzające tabletki? Każdej przygłupawej ciotce, każdemu półdebilowi, każdemu kryminaliście czy też będą one zarezerwowane tylko i wyłącznie dla wszelkiego rodzaju politycznych zbrodniarzy typu Mugabe, Castro, Kim Dzong, Kadafi i im podobni? A może stetryczałym laureatom Nagrody Nobla, zwłaszcza w dziedzinie chemii i medycyny, by – odmłodzeni – mogli dokonywać kolejnych, równie absurdalnych odkryć? Wyobrażam to sobie: sztokholmski ratusz, ceremonia wręczenia Nobli, stara, lecz odmłodzona szwedzka śmietanka towarzyska i szwedzki król, też naturalnie odmłodzony, choć tak samo tępy, gdy wręcza jakiemuś nobliście eleganckie opakowanie tabletek odmładzających zamiast nagrody pieniężnej.

„W każdym razie wydaje mi się absurdalny i dość odrażający cały ten kosmetyczny i medyczny przemysł, oparty na żądzy młodości, lęku przed starością i grozie śmierci. Kto, u diabła, chce żyć wiecznie? Najwidoczniej większość z nas, ale to idiotyczne. Ostatecznie istnieje taka rzecz, jak nasycenie życiem – punkt, w którym wszystko staje się tylko wysiłkiem i całkowitym powtarzaniem” –  napisał kiedyś Truman Capote, ale najwyraźniej miał on na myśli ludzi.

Niebezpieczne dania

Blighia sapida, czyli tzw. ackee uprawiane są głównie na Jamajce i uważane są za narodowy owoc tej wyspy. Ackee to nazwa angielska zapożyczona z afrykańskiego języka twi. Dojrzałe owoce ackee mają kolor czerwony. Kształtem przypominają gruszkę, konsystencją awokado, a smakiem podobno orzech włoski. Ackee można zbierać tylko, gdy w pełni dojrzeją – niedojrzałe są bardzo trujące. Spożycie niedojrzałego ackee może wywoływać hipoglikemię i tzw. jamajską chorobę wymiotną, co jest śmiertelnie niebezpieczne. Dojrzałe owoce otwierają się samoistnie, ukazując trzy błyszczące czarne nasiona, otoczone białym lub żółtawym miąższem. Miąższ ackee jest podawany jako przysmak na śniadanie. Dojrzałe owoce ackee ze względu na zawartość wielu składników odżywczych, zwłaszcza kwasów tłuszczowych, kwasu stearynowego, witaminy A i białka, znajdują powszechne zastosowanie w kuchni jamajskiej. Popularna potrawa z ackee w roli głównej to ackee i saltfish, czyli owoce z dodatkiem suszonej ryby, pomidorów, cebuli i bammy (chleb jamajski). Mniej odważni mogą spróbować gotowe, zapuszkowane owoce ackee. Suszone nasiona i łupina owocu są też wykorzystywane do celów medycznych. Kraje w których jada się ackee to poza Jamajką także Kuba, Haiti, Dominikana i zachodnia Afryka. W niektórych krajach afrykańskich owoce te używane są do produkcji mydła.

Fugu to ryba, której charakterystyczną cechą jest to, że w momencie zagrożenia nadyma się jak piłka i wystawia dziesiątki kolców. W Japonii uchodzi za rarytas, choć jej jedzenie to przyjemność ekstremalna. Ryba zawiera w swoich wnętrznościach zabójczą dla człowieka substancje – tetrodotoksynę. Spożywanie jej najbardziej trujących organów czyli – wątroby i jajników – jest całkowicie zakazane. Tylko dobrze wykwalifikowany szef kuchni potrafi przyrządzić fugu tak, że pozostaje w niej jedynie minimalna ilość trucizny wywołująca jedynie uczucie kłucia i drętwienia języka. Zamówienie fugu jako przystawki to spory wydatek, ale im jest droższa, tym większa pewność, że dobrze przyrządzona. Fugu uśmierciła już wielu swoich koneserów, ale mimo to nadal kusi niepowtarzalnie delikatnym smakiem. Po zjedzeniu trującej części fugu następuje paraliż wszystkich mięśni, ale ofiara zatrucia jest w pełni świadoma tego, co się dzieje. W końcu umiera wskutek uduszenia. Naukowcy odkryli, że trujące właściwości ryby wynikają z jej diety w naturalnym środowisku, dlatego fugu hodowlana nie jest już trująca i można jeść wszystkie jej części.

Lobelius eucaryota, nazywany kariotem, to mały, niemal okrągły, zielony grzybek. Wygląda uroczo, niemal radośnie, mała, intensywnie zielona kulka. Gdy występują w grupie, choć niezmiernie rzadko, przypominają rozsypane okrągłe szmaragdy. Wbrew mitom i potocznym przekonaniom, że trujące grzyby są niesmaczne, gorzkie i mają nieprzyjemny zapach, kariot – podobnie jak muchomor sromotnikowy – ma bardzo łagodny smak i zapach, nie ciemnieje po ucisku, a ślimaki i owady jedzą go bez jakiejkolwiek dla siebie szkody. Występuje w Górach Pontyjskich i górach Taurusu, niekiedy też w regionach, gdzie oba te łańcuchy górskie zbiegają się i przechodzą w Wyżynę Armeńską. Ten mały, twardy jak kasztan grzybek, zawiera cały rejestr silnych trucizn (amatoksyny, fallotoksyny, muskaryna, muscymol, kwas ibotenowy, by wymienić tylko kilka). Jego jedyną jadalną częścią jest obły korzonek, a dokładniej ta jego część, która znajdowała się w ziemi. Karmelizowany w miodzie, z dodatkiem przypraw, jest podobno przysmakiem za którym wzdychają smakosze z całego świata. Za sto gram tego rarytasu płaci się astronomiczne ceny, a mimo tego chętnych nie brakuje. Jednak prawdziwa cena za spożycie tego „niebiańskiego” grzybka może być znacznie wyższa. Może nią być natychmiastowa śmierć – wystarczy, że korzonek zostanie przycięty o setne milimetra za wysoko. Nie ma żadnych odtrutek, kariot jest naładowany truciznami niczym bomba kasetowa, zgon następuje w ciągu kilku sekund.

Dzięki popularności sushi i sashimi, nikt już nie uważa jedzenia surowych owoców morza za wyzwanie. Jednak koreańskie danie sannakij różni się nieco do sushi, gdyż w tym przypadku owoce morza nie są wcale martwe. Małe, żywe ośmiornice w języku koreańskim nazywane nakji, są krojone i polewane olejem sezamowym. Kiedy potrawa ląduje na talerzu, macki nadal się wiją i za pomocą wciąż aktywnych przyssawek danie delikatnie migruje po talerzu. Można sobie wyobrazić, co się dzieje w buzi smakosza. Jeśli przyssawki przyczepią się do przełyku, mogą powodować uduszenie, dlatego sannakji trzeba zjeść szybko. Potrawa podawana jest wyłącznie na odpowiedzialność klienta. Wprawieni w jedzeniu sannakji Koreańczycy podkreślają, że uczucie, jakie powodują przesuwające się w przełyku macki, to ciekawe doświadczenie.

Żaba rycząca (nazywana też żabą byk) uchodzi za przysmak w Namibii. Mieszkańcy Namibii jedzą ją w całości, usuwając jedynie przewód pokarmowy. W innych krajach afrykańskich je się często tylko jej poszczególne części – na przykład udka. Skóra i organy wewnętrzne żaby zawierają trujące toksyny, które powodują niewydolność wątroby. Śmiertelne może być spożycie kilku takich żab. W restauracjach w Namibii nie spotyka się raczej potraw z tej żaby. Jedzą ją mieszkańcy w swoich domach. Żaba ta zamieszkuje m.in. tereny Angoli, Botswany, Kenii, Malawi, Mozambiku, Namibii, RPA , Tanzanii, Zambii, Zimbabwe. Jej waga może dochodzić aż do dwóch kilogramów.

Cassava, czyli bogaty w węglowodany maniok, jest podstawą żywienia w wielu krajach Afryki. Jego długie bulwy o brązowej, chropowatej skórce są suszone i przerabiane na mąkę lub granulki. Gotowany maniok może zastąpić ziemniaki, a mąka z manioku jest używana do zagęszczania potraw. Ma mnóstwo witamin, jest pożywny i smaczny. Niestety jest też trujący. Niektóre odmiany manioku zawierają duże ilości trującego cyjanku i w wypadku niewłaściwego przygotowania mogą wywołać zatrucie pokarmowe, a nawet doprowadzić do choroby zwanej w Afryce konzo albo mantakassa, powodującej paraliż. W jednym kilogramie świeżych korzeni manioku znajduje się (w zależności od jego odmiany) od 20 do 100 mg cyjanku. Śmiertelna dawka dla człowieka to 50 mg. Zarówno liście, jak i bulwy manioku nie mogą być więc spożywane na surowo i bez odpowiedniego przygotowania.

Hakarl to tradycyjna potrawa z rekina grenlandzkiego. Świeże mięso rekina ma toksyczne właściwości. Jest trujące ze względu na wysoką zawartość kwasu moczowego, dlatego mięso nadaje się do spożycia dopiero po procesie fermentacji. Rekin, zaraz po złapaniu, zakopywany jest pod ziemią na okres od 2 do 6 miesięcy. Islandczycy czekają, aż mięso się rozłoży, po czym wykopują je, kroją na kawałki i tak podają do jedzenia. Hakarl ma silny zapach amoniaku i bardzo intensywny smak. Pocięte kawałki rekina podaje się z islandzką wódką z ziemniaków o kminkowym aromacie. Można je kupić w islandzkich sklepach. Anthony Bourdain, znany z jedzenia najdziwniejszej żywności na świecie, twierdzi, że hakarl jest najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką kiedykolwiek jadł.

Meduzy z Echizen, największe spośród gatunków meduz żyjących u wschodnich wybrzeży Azji, są kolejnym japońskim przysmakiem mającym właściwości trujące. Gigantyczne meduzy, które ważą nawet 200 kilogramów, są sporym utrapieniem rybaków – rozrywają im sieci i wyjadają tuńczyki. Do tego rozmnażają się bardzo szybko i ciężko zapanować nad ich populacją. Japończycy wymyślili więc, że potężny jamochłon może stać się przysmakiem. Tak też się stało, mimo jego trujących właściwości. Oddzielenie parzydełek zawierających śmiertelnie groźny jad to prawdziwa kucharska sztuka, ale im większe ryzyko, tym większa przyjemność z jedzenia.

Nic o polityce

Zawsze obiecuję sobie, że nie będę pisał o polityce. Polityka jest nudna, powtarzalna, wulgarna, a politycy – jak słusznie zauważył generał George S. Patton – są najniższą i najohydniejszą formą istnienia na naszej planecie. W ciągu tysięcy lat naszej historii zmieniliśmy wiele. Inaczej mieszkamy i żyjemy, inaczej poruszamy się w przestrzeni, inaczej zapisujemy nasze dzieje, spacerujemy nie tylko po Polach Elizejskich, ale i po Księżycu, zanurzamy się w głębinach oceanach, polujemy na wampiry świata cząstek elementarnych, neutrina, rozszyfrowaliśmy nasz kod genetyczny, dokonaliśmy wiele, i tylko politykę uprawiamy wciąż dokładnie tak samo jak wówczas, gdy naszym schronieniem była grota. Polityka nie zmieniła się, nie zmieniły się jej zasady ani metody. I politycy pozostali tym, czym zawsze byli – bandą tryglodytów, którzy chętnie rozdają swoim wyznawcom przegniłe marchewki, a przede wszystkim maczugi.

Obiecuję sobie więc nie pisać o polityce. Ale może nie będzie to o polityce, bo będzie o tryglodytach i mordercach. Właśnie umarł jeden z nich. Castro. Nie ma potrzeby ani go przedstawiać ani o nim wspominać. Jest martwy i tylko to jest istotne. Nota bene, polityczne upiory jego pokroju wyraźnie nie należą do wybrańców bogów, niestety. Zwykle żyją paskudnie za długo. Warto natomiast zwrócić uwagę na reakcje żywych. Te mogą nam podpowiedzieć, gdzie my właściwie żyjemy. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker uważa, że wraz ze śmiercią Fidela Castro świat stracił człowieka, który dla wielu był bohaterem. Federika Mogherini, szefowa unijnej dyplomacji, jest podobnego zdania. Fidel był dla niej „ważną postacią historyczną”. Niedorzeczny Franciszek Papież bardzo współczuje narodowi kubańskiemu i obiecuje modlić się za szanowną ekscelencję Fidela Alejandro. Może warto w tym miejscu nadmienić, że są to ludzie, którzy decydują o naszej rzeczywistości. Albo może warto chociaż zdziwić się, jak to uczyniła europejska komisarz do spraw handlu, Cecilia Malmström, która na jednym z portali społecznościowych napisała, że „Fidel Castro był dyktatorem, który uciskał swój naród przez 50 lat. Dziwne uczucie, kiedy słyszy się w dzisiejszych doniesieniach o składanych mu hołdach”.

W drodze do absurdu

W starych, zabawnych czasach, gdy obowiązywała jeszcze zasada panton chrematon metron anthropos, czyli człowiek był miarą wszechrzeczy, nawet zwierzęta miały ściśle ustalone miejsca w powszechnym porządku. Henry Moore uważał jeszcze w roku 1653, że bydło domowe zostało obdarowane życiem przede wszystkim po to, by ich mięso było świeże, „dopóki nie zechcemy go zjeść”. Nawet wszy i gzy spełniały ważną funkcję – według wielebnego Williama Kirby te pierwsze były wręcz niezastąpioną zachętą do utrzymywania czystości, zaś te drugie stworzone zostały po to, by człowiek rozwijał swoją przemyślność starając się przed nimi ochronić.  Naturalnie, zwierzęta podlegały również, jak wszystkie stworzenia żywe, ogólnej jurysdykcji i za „huligańskie” czy „zbrodnicze” czyny bywały surowo karane. Jeden z pierwszych znanych procesów tego typu miał miejsce we Francji w roku 1266.

Na ławie oskarżonych zasiadła … stara maciora, podejrzana o zabójstwo i pożarcie prosiaka-niemowlęcia, powierzonego jej do wykarmienia. Fakt ujawniono, sprawa została skierowana do sądu w Chevreuse, maciorę  doprowadzono na przesłuchanie. Niestety, głupie zwierzę zamiast bronić się milczało uparcie i niedorzecznie, co zostało uznane za przyznanie się do winy. Sędziowie tamtych czasów byli jednak skrupulatni i absolutnie nie zamierzali skazywać maciory tylko i wyłącznie na podstawie poszlak, jak to ma często miejsce obecnie. Konieczne było przyznanie się oskarżonej. Zadanie to otrzymał oficer śledczy tamtej epoki, czyli kat, i z zapisków wiemy, że uczynił to w sposób wielce profesjonalny. Najpierw zademonstrował oskarżonej swoje narzędzia pracy, a kiedy i to nie zrobiło na niej większego wrażenia zmuszony był pokazać ich praktyczne zastosowanie – nastąpiło więc przypalanie, miażdżenie kości i rozciąganie. Maciora z początku znosiła to dzielnie i dopiero, gdy przyszła pora na właściwe tortury zaczęła rozpaczliwie kwiczeć. Uznano to za formalne przyznanie się do winy, zapadł wyrok i została powieszona na szubienicy. Średniowieczny wymiar sprawiedliwości nie bawił się w dzielenie włosa na czworo – oko za oko, śmierć za śmierć. Okoliczności łagodzące nie istniały i nikt nie był nimi  szczególnie zainteresowany. Chodziło jedynie o ustalenie winy. Trzeba w tym miejscu oddać sprawiedliwość tamtej jurysdykcji – te same prawa dotyczyły zarówno zwierząt jak i ludzi.

Proces maciory-zbrodniarki nie był, zresztą, odosobionym przypadkiem. Było ich sporo. Atrakcją małej szwajcarskiej miejscowości Ugine jest do dziś murowana szubienica, przeznaczona do wieszania dużych zwierząt, takich jak byki czy konie. Ma to związek z tragicznymi wypadkami z roku 1480, kiedy to ogromny buhaj, zraniony strzałą przez nudzących się pasterzy, dostał szału i zaatakował ludzi. Dwie osoby zginęły, kilka odniosło ciężkie obrażenia. Buhajowi wytoczono proces o zabójstwo,a że świadków było sporo, winę uznano za udowodnioną i wydano wyrok – powieszenie.  Na widowisko przybyły tłumy ludzi. Niestety, pech chciał, że drewniany pomost szubiennicy załamał się pod ciężarem skazańca, który – uwolniwszy się – najpierw wziął na rogi pomocnika kata, a potem rzucił się na publiczność tego rockowego koncertu. W chwilę potem kilkanaście osób leżało już na ziemi, tratowane kopytami rozjuszonego buhaja. Rozegrało się tam coś na podobieństwo encierros z Pampeluny, któremu kres położyli dopiero łucznicy i kusznicy, strzałami powalając szalejące zwierzę. Po tym traumatycznym przeżyciu radni Ugine, by uniknąć na przyszłość podobnych przykrych niespodzianek, uchwalili wzniesienie solidnej, murowanej szubiennicy, która stoi tam do dziś.

Obecnie Szwajcarzy nie wieszają już byków. Przeciwnie, ucywilizowali się tak dalece, że ich prawa ochrony zwierząt uchodzą za najbardziej restrykcyjne prawa tego typu na świecie. Nawet rybki akwariowej nie można tam pozbyć się dyskretnie przez spuszczenie wody w toalecie – należy ją najpierw uśpić najłagodniejszą z możliwych i dostępnych metod. Chomiki, stworzenia wybitnie socjalne, mogą skarżyć swoich właścicieli, jeżeli pozostawiane są nazbyt często same sobie, a w  kantonie Zurichu odbył się niedawno proces wędkarza oskarżonego o zamordowanie szczupaka. W tym kantonie zwierzęta mają prawo do adwokata już od roku 1992 i tego samego, ale w skali całego kraju domagała się  przed kilkoma tygodniami Schweizer Tierschutz (STS), paramilitarne towarzystwo obrońców zwierząt. By przeprowadzić powszechne wybory w królestwie bezpośredniej demokracji, czyli w Szwajcarii, wymagane jest minimum sto tysięcy podpisów. STS uzyskało niezbędne minimum i według wstępnych prognoz za przyjęciem takiej ustawy miało głosować dwie trzecie wyborców. Niestety, ryby, koty, psy i inne krzywdzone i prześladowane lub niewystarczająco kochane stworzenia, pechowo zamieszkałe poza kantonem Zurichu, nie dostaną pomocy adwokata – dwie trzecie wyborców, a dokładnie 72% głosowało przeciwko. Szwajcarscy adwokaci też podobno odetchnęli z ulgą – bardzo ciężko dogadać się z rybami, a wyegzekwować płatności od chomików i kotów trudniej niż od mafii.

Komar i my

Jesteśmy zabójcami. Rocznie w wszelkiego rodzaju wojnach, morderstwach i gwałtach, które uprawiamy w ramach naszych mrocznych zabaw, ginie około 500 tys. ludzi. Tylko komar, który zabija ponad 800 tys. osób rocznie, jest większym terminatorem niż my. Były jednak i wciąż zdarzają się takie okresy w naszej historii, kiedy komar nie ma żadnych szans, by prześcignąć nas w tym szaleństwie.

Sting czyli Gordon Matthew Thomas Sumner

Sting wydaje się być nieśmiertelny. Znów wszędzie go pełno, od Warszawy po Paryż, gdzie wystąpił niedawno na inauguracyjnym koncercie w odnowionej sali Bataclan. Przyzwoity, zacny facet, który robi zacną i przyzwoitą muzykę, a na dodatek współpracuje z Amnesty International, bo bardzo leżą mu na sercu prawa człowieka i nie może przejść obojętnie wobec ewidentnych przykładów ich łamania. Tak samo zaangażowany jest w problemy ekologii, ze „specjalizacją” dżungla nad Amazonką, którą próbuje ratować jak tylko potrafi. Sting to żadna tuzinkowa postać. To prawdziwy ambasador kultury, który podpisuje się pod każdą imprezą, jeżeli tylko jest politycznie poprawna. Facet ponadto od wielu lat stosuje dietę makrobiotyczną, uprawia jogę oraz tantryczny seks, jak zwierzył się ostatnio w magazynie „Harper`s Bazaar”, piśmie tak błyszczącym od gwiazd i gwiazdeczek, że można oślepnąć czytając bez okularów do spawania. „Cały sekret seksu tantrycznego polega na maksymalnym zbliżeniu żołądka do kręgosłupa przy jednoczesnym zachowaniu oddechu. Dzięki temu nigdy nie tracisz kontroli nad tym, co w danym momencie robisz. Kończysz wedle własnej woli. Seks może trwać i pięć godzin”. Piękne i proste – zbliż żołądek do kręgosłupa przy jednoczesnym zachowaniu oddechu i jesteś erotyczny heros, seksualny tytan jak Sting. Muzyk i jego żona Trudie spędzają więc wiele czasu w sypialni, na maksymalnym zbliżaniu żołądka do kręgosłupa, tudzież erotycznych przebierankach, bo to też oboje bardzo lubią, a Sting szczególnie. Występując w duecie z Shirley Bassey przebrał się za kobietę. „Zrobiłem to po raz pierwszy. Dzięki temu nabrałem nowego szacunku do kobiet.” Metoda gorąco polecana wszystkim mizoginom. I jakże prosta.

Kiedy Sting nie uprawia maratońskich sesji w seksie tantrycznym i nie ratuje dżunglii w Amazonii, wtedy występuje. Wystąpił między innymi na koncercie u córki uzbeckiego dyktatora Islama Karimowa. Karimow jest znany z wtrącania do więzień przeciwników politycznych oraz ewidentnych przykładów łamania praw człowieka. Mufazar Avazov, opozycyjny uzbecki dziennikarz, został zamordowany starą, wypróbowaną mongolską metodą – czyli przez … ugotowanie. Sting nie uważa jednak występu w Uzbekistanie za błąd. Oświadczył, że jest „świadom okropnej reputacji uzbeckiego prezydenta na polu praw człowieka i środowiska”, a mimo to zdecydował się na występ. „Przekonałem się, że bojkoty w sferze kultury są nie tylko nieskuteczne, ale także przynoszą efekty odwrotne do zamierzonych. Bojkotowane kraje dalej są pozbawiane otwartej wymiany myśli i sztuki; w efekcie stają się jeszcze bardziej zamknięte, paranoiczne, zaściankowe”. To wyjaśnia, dlaczego Sting nigdy nie wystąpił z żadnym koncertem w RPA, kiedy była to jeszcze RPA. Sting nie miał nic przeciwko temu, by Południowa Afryka stała się jeszcze bardziej zamknięta, paranoiczna i zaściankowa. Z tego samego powodu nigdy nie zaszczycił swoim koncertem Izraela. Ale może tajemnica leży gdzieś indziej? Może ani RPA ani Izrael nie były w stanie zaoferować mu za występ sumy 2 mln funtów, jak uczynił to Karimow?

Może bojkoty w sferze kultury są nieskuteczne, jak głosi zacny Sting, ale jestem ciekaw, czy uważałby tak dalej, gdyby ktoś wpadł na pomysł, by zbojkotować jego?

Tolerancja

Najwyraźniej zapomnieliśmy już, że jednym z warunków tolerancji powinno być dobitne i jednoznaczne określenie tego, czego nie wolno tolerować. Czy można tolerować wrogów tolerancji? Czy można tolerować gwałt, przemoc i ludobójstwo? Czy każdy ma prawo do swobodnego wygłaszania, propagowania lub – tym bardziej – egzekwowania swoich poglądów? Już sam fakt, że bierzemy pod uwagę abberacyjne hipotezy czy idee oznacza, że torujemy im drogę, propagujemy je w ten sposób, pozwalamy im zaistnieć. Imię Herostratesa, pierwszego terrorysty w dziejach ludzkości, skazanego na śmierć za podpalenie efeskiego Artemizjonu, miało być słusznie wymazane ze wszystkich pisanych dokumentów, by nigdy nie przetrwała o nim żadna pamięć. Niestety, głupota Teopompa z Chios, greckiego historyka niskich lotów, utrwaliła jego imię, zgodnie z jego nędznym zamiarem. I to jest to, co uprawiamy dzisiaj – jesteśmy żywą tubą wszelkiej maści terrorystów i zbrodniarzy.

DISNEYIZACJA

W naszej zdzieciniałej i infantylnej epoce disneyizacja (pokuśmy się o taki neologizm) stała się zabiegiem tak powszechnym, że nikt już nie tylko nie odważa się tego kwestionować, ale nawet nie postrzega. Znakomitym tego przykładem jest  Phascolarctos cinereus, czyli koala, który z wyglądu przypomina pluszowego misia, ale w istocie jest to gatunek torbacza, jak kangury. Żyje we wschodniej Australii i żywi się jedynie liścmi i pędami eukaliptusów. Nie wszystkich zresztą, wybiera zaledwie kilkanaście wśród 400 odmian, które tam rosną, ale jego absolutnie największym przysmakiem są liście i pędy pięciu gatunków, gatunków, które zawierają substancje eteryczne i toksyczne, trujące dla innych zwierząt. Zjada więc to, czego nie może nikt inny. Jego dzienna porcja to około 1,5 kg liści i pędów eukaliptusa, co jest równoznaczne z taką dawką trucizny, która podobno byłaby w stanie zabić 50 ludzi. Eukaliptus zawiera pewne ilości cyjanku potasu – koale nauczyły się jednak „odtruwać” je w swoim przewodzie pokarmowym. Pożywiając się trucizną, nie musiały „martwić” się o pożywienie, lecz obecnie, gdy lasy eukaliptusowe są wycinane i niszczone, koale mogą pewnego dnia umrzeć z głodu. Stare i sprawdzone prawo – gatunki najlepiej przystosowane giną najszybciej. Wąska specjalizacja jest często bronią obosieczną. Koala bywa zwykle przedstawiany jako misiaczek-przytulaczek, podczas gdy w rzeczywistości jest to ostatni gbur i skończone chamidło, który siedzi samotnie na drzewie i nigdy nie nawiązuje żadnych przyjaznych więzi. Czułość nie występuje wśród tych „przytulaczków”. Ich miłosne zaloty zaczynają się od ochrypłego gulgotu samca, który potem maltretuje swoją wybrankę niewybrednymi pieszczotami w postaci wściekłego gryzienia i drapania. Do tego dochodzi jego odrażający oddech wegana-truciznojada, a całość kończy się brutalnym seksem przypominającym gwałt.

Koala jest dobrym przykładem disneyizacji, ale żadnym wyjątkiem. Ten sam płaczliwy i skondensowany sentymentalizm przejawia się w przedstawianiu całego świata zwierzęcego. Myszki, kotki, chomiki, świnki, pieski, tygryski i wszystkie inne błazeństwa podlegają tej samej obróbce – mają rodziny, jedzą na śniadanie corn flakes, najchętniej Kellogga, czytają komiksy, chodzą do szkoły, grają w piłkę nożną i gry komputerowe, a nawet zakochują się i przeżywają ciężkie zawody miłosne. Nic dziwnego, że jakaś nastoletnia idiotka zostaje ciężko pogryziona i traci rękę, bo w czasie wizyty w ogrodzie zoologicznym przedostaje się do klatki z polarnymi niedźwiedziami, chcąc je tylko pogłaskać. Przecież misie są takie „słodkie” … czyż nie? I nic dziwnego, że produkujemy już kolejne pokolenie anemicznych weganów i wegetarianów ziejących na odległość źle strawionym chlorofilem – jak można zjadać świnkę, skoro ta nosi dżinsy Armaniego, adidasy i chodzi na lekcje religii?!

Czynimy zresztą postępy. Disneyizacja obejmuje coraz szersze kręgi. Temu samemu zabiegowi poddajemy także nasze uczucia i politykę. Jeszcze kilka lub – w najlepszym razie – kilkanaście lat i cała nasza europejska kultura w naszej zjednoczonej Europie będzie do złudzenia przypominać Disneyland z przewodniczącym Super Goofym zamiast Tuska.

Kiedy warto pisać

Kiedyś chciałem być dziennikarzem. I przez pewien czas byłem nim. Dzisiaj rozumiem, że nie było to zajęcie dla mnie. To zawsze mniej czy bardziej jałowe komentowanie wydarzeń czy zjawisk, ta nieustanna pogoń za szarobrudną codziennością czy za jeszcze brudniejszą sensacją … I ta regularność, regularność zniechęcająca i zabójcza. A co wtedy, jeśli właśnie masz dzień czy nawet dnie i tygodnie, kiedy wcale nie chce ci się pisać, kiedy pisanie ciąży i męczy, wydaje się być czynnością absurdalną, zbyteczną i ponad twoje siły? Pisać, pisać. Przymus pisania, gdy się jest dziennikarzem. Nie, słowami warto zajmować się tylko wówczas, gdy rozsadzają nas od środka, gdy domagają się istnienia, gdy czujemy, że możemy nie spać i nie jeść, ale musimy pisać. W żadnym innym razie.

Miasto 2

W języku włoskim nosi nazwę città, w łacinie urbs, w języku hiszpańskim ciudad, עִיר w hebrajskim, مدينة po arabsku, ville po francusku. W każdym z tych języków jest to rodzaj żeński. Słusznie. Miasto jest kobietą, kapryśną, z tysiącem cudownych obietnic, których rzadko dotrzymuje. Po polsku słowo miasto ma rodzaj nijaki. My nigdy nie rozumieliśmy, czym jest miasto i nasz język dobrze to odzwierciedla.

Miasto

W XII wieku miał miejsce jeden z najbardziej doniosłych – i najmniej znanych – aktów w naszej historii. W tym czasie powstają bowiem miasta i jest to pierwszy krok na drodze do uwolnienia się z absolutnej władzy cesarza, feudałów i Kościoła. Wieś nigdy nie była w wystarczającym stopniu silna, by przeciwstawić się despotom, a chłop nigdy nie był tak odważny, by domagać się czegokolwiek. Mury obronne miasta były potrzebne, by człowiek uzmysłowił sobie wreszcie swoje prawa i zaczął się ich domagać, by poczuł, że nie jest bezbronny i bezsilny. Wbrew pozorom więc nasza wolność wcale nie narodziła się wśród lasów i pól, w dzikich kniejach czy na stepach – prawdziwą kolebką naszej wolności jest Miasto. Miasto jest wolnością i nigdzie poza miastem nie ma wolności.

Owoc umiarkowanej strefy

Zastanawiałem się w czasie moich tegorocznych greckich wakacji, czy dałbym radę tam pisać. Mimo połowy września temperatura ani jednego dnia nie spadła poniżej trzydziestu stopni. Było słonecznie, w pochmurniejsze dni szalenie parno. Dało się leżeć na plaży, prowadzić samochód, pić zimne Mythos albo raki melo w nadbrzeżnej knajpie, zdobyliśmy się nawet na wędrowkę po górach, wyczyn tyleż heroiczny, co głupi, owszem, przychodziły mi do głowy jakieś frazy, które mogły przeistoczyć się w wiersze, choć nie stały się nimi nigdy … Ale czy mogłem pisać? Nie, nie byłem w stanie spłodzić choćby kilku linijek tekstu, poprzestawałem na krótkich, stenograficznych zapiskach, daty, nazwy, jakaś myśl, nic ponadto. Możliwe, że miał rację ten, kto powiedział, że literatura jest owocem, który w miarę dobrze rośnie jedynie w umiarkowanej strefie klimatycznej.

Taki świat

Spróbuj wyobrazić sobie świat, taki świat w którym nie ma żadnego Leonardo da Vinci, żadnego Homera czy Szekspira, Darwina, Edisona, Einsteina, Pasteura, Mendelejewa czy Bohra, żadnego Prousta czy Nabokova, żadnego Ovidiusza czy Balzaca, żadnego Chopina czy Mozarta, a są jedynie wszelkiej maści Zlatany, Beckhamowie, Madonny i Lady Gaga, Justin Bieber i Ellen DeGeneres, Elton John i Lady Diana, Ricky Martin i James Paterson, Cristiano Ronaldo, Kim Kardashian i Pamela Anderson, Victoria Silvstedt, Jessica Simpson, Ozzy Osbourne i  Britney Spears. Czy chciałbyś żyć w takim świecie?

Właśnie w nim żyjesz.

Język francuski

Sàndor Màrai: Język francuski jest rzeczywiście jednym z największych cudów ludzkości. Wprost nie sposób bardziej zachwycająco, pociągająco, fascynująco opowiadać o własnej potworności, niż to czyni Rousseau po francusku, relacjonując, jakim to odrażającym łajdakiem był przez całe życie.