Tolerancja

Najwyraźniej zapomnieliśmy już, że jednym z warunków tolerancji powinno być dobitne i jednoznaczne określenie tego, czego nie wolno tolerować. Czy można tolerować wrogów tolerancji? Czy można tolerować gwałt, przemoc i ludobójstwo? Czy każdy ma prawo do swobodnego wygłaszania, propagowania lub – tym bardziej – egzekwowania swoich poglądów? Już sam fakt, że bierzemy pod uwagę abberacyjne hipotezy czy idee oznacza, że torujemy im drogę, propagujemy je w ten sposób, pozwalamy im zaistnieć. Imię Herostratesa, pierwszego terrorysty w dziejach ludzkości, skazanego na śmierć za podpalenie efeskiego Artemizjonu, miało być słusznie wymazane ze wszystkich pisanych dokumentów, by nigdy nie przetrwała o nim żadna pamięć. Niestety, głupota Teopompa z Chios, greckiego historyka niskich lotów, utrwaliła jego imię, zgodnie z jego nędznym zamiarem. I to jest to, co uprawiamy dzisiaj – jesteśmy żywą tubą wszelkiej maści terrorystów i zbrodniarzy.

DISNEYIZACJA

W naszej zdzieciniałej i infantylnej epoce disneyizacja (pokuśmy się o taki neologizm) stała się zabiegiem tak powszechnym, że nikt już nie tylko nie odważa się tego kwestionować, ale nawet nie postrzega. Znakomitym tego przykładem jest  Phascolarctos cinereus, czyli koala, który z wyglądu przypomina pluszowego misia, ale w istocie jest to gatunek torbacza, jak kangury. Żyje we wschodniej Australii i żywi się jedynie liścmi i pędami eukaliptusów. Nie wszystkich zresztą, wybiera zaledwie kilkanaście wśród 400 odmian, które tam rosną, ale jego absolutnie największym przysmakiem są liście i pędy pięciu gatunków, gatunków, które zawierają substancje eteryczne i toksyczne, trujące dla innych zwierząt. Zjada więc to, czego nie może nikt inny. Jego dzienna porcja to około 1,5 kg liści i pędów eukaliptusa, co jest równoznaczne z taką dawką trucizny, która podobno byłaby w stanie zabić 50 ludzi. Eukaliptus zawiera pewne ilości cyjanku potasu – koale nauczyły się jednak „odtruwać” je w swoim przewodzie pokarmowym. Pożywiając się trucizną, nie musiały „martwić” się o pożywienie, lecz obecnie, gdy lasy eukaliptusowe są wycinane i niszczone, koale mogą pewnego dnia umrzeć z głodu. Stare i sprawdzone prawo – gatunki najlepiej przystosowane giną najszybciej. Wąska specjalizacja jest często bronią obosieczną. Koala bywa zwykle przedstawiany jako misiaczek-przytulaczek, podczas gdy w rzeczywistości jest to ostatni gbur i skończone chamidło, który siedzi samotnie na drzewie i nigdy nie nawiązuje żadnych przyjaznych więzi. Czułość nie występuje wśród tych „przytulaczków”. Ich miłosne zaloty zaczynają się od ochrypłego gulgotu samca, który potem maltretuje swoją wybrankę niewybrednymi pieszczotami w postaci wściekłego gryzienia i drapania. Do tego dochodzi jego odrażający oddech wegana-truciznojada, a całość kończy się brutalnym seksem przypominającym gwałt.

Koala jest dobrym przykładem disneyizacji, ale żadnym wyjątkiem. Ten sam płaczliwy i skondensowany sentymentalizm przejawia się w przedstawianiu całego świata zwierzęcego. Myszki, kotki, chomiki, świnki, pieski, tygryski i wszystkie inne błazeństwa podlegają tej samej obróbce – mają rodziny, jedzą na śniadanie corn flakes, najchętniej Kellogga, czytają komiksy, chodzą do szkoły, grają w piłkę nożną i gry komputerowe, a nawet zakochują się i przeżywają ciężkie zawody miłosne. Nic dziwnego, że jakaś nastoletnia idiotka zostaje ciężko pogryziona i traci rękę, bo w czasie wizyty w ogrodzie zoologicznym przedostaje się do klatki z polarnymi niedźwiedziami, chcąc je tylko pogłaskać. Przecież misie są takie „słodkie” … czyż nie? I nic dziwnego, że produkujemy już kolejne pokolenie anemicznych weganów i wegetarianów ziejących na odległość źle strawionym chlorofilem – jak można zjadać świnkę, skoro ta nosi dżinsy Armaniego, adidasy i chodzi na lekcje religii?!

Czynimy zresztą postępy. Disneyizacja obejmuje coraz szersze kręgi. Temu samemu zabiegowi poddajemy także nasze uczucia i politykę. Jeszcze kilka lub – w najlepszym razie – kilkanaście lat i cała nasza europejska kultura w naszej zjednoczonej Europie będzie do złudzenia przypominać Disneyland z przewodniczącym Super Goofym zamiast Tuska.

Kiedy warto pisać

Kiedyś chciałem być dziennikarzem. I przez pewien czas byłem nim. Dzisiaj rozumiem, że nie było to zajęcie dla mnie. To zawsze mniej czy bardziej jałowe komentowanie wydarzeń czy zjawisk, ta nieustanna pogoń za szarobrudną codziennością czy za jeszcze brudniejszą sensacją … I ta regularność, regularność zniechęcająca i zabójcza. A co wtedy, jeśli właśnie masz dzień czy nawet dnie i tygodnie, kiedy wcale nie chce ci się pisać, kiedy pisanie ciąży i męczy, wydaje się być czynnością absurdalną, zbyteczną i ponad twoje siły? Pisać, pisać. Przymus pisania, gdy się jest dziennikarzem. Nie, słowami warto zajmować się tylko wówczas, gdy rozsadzają nas od środka, gdy domagają się istnienia, gdy czujemy, że możemy nie spać i nie jeść, ale musimy pisać. W żadnym innym razie.