Oddech ewolucji

Wszystkie ruchy tożsamościowe koncentrują się wyłącznie na kwestiach identyfikacji i przynależności (przez takie czynniki jak rasa, płeć, orientacja seksualna, kultura czy religia) do pewnych grup społecznych. Bez względu na to, co oficjalnie głoszą, jedynym ich celem jest walka z nierównościami (prawdziwymi oraz urojonymi), które dotyczą tych grup, ale przede wszystkim promowanie swoich własnych, zwykle partykularnych praw i interesów. Ruchy te nie proponują nowych idei, nie wnoszą żadnego nowego konceptu, niczego, co mogłoby zelektryzować i porwać za sobą tłumy – są charakterystyczną cechą epok schyłkowych, epok wykastrowanych z wyobraźni. Nie lansują uniwersalnych projektów. Ich projektami są one same. Pobrzmiewa w nich jedynie zawistne nawoływanie do zdobywania czegoś, co inni już mają. Są płaczliwe. Domagają się litości i współczucia. I nigdy nie mają tego dość. Żyjemy właśnie w takich czasach. To prawda, że nie są to czasy ani interesujące ani choćby zabawne, ale ewolucja również potrzebuje „złapać oddech”.

Mądrość

Mądrość nie może być zasadą życia. Mądrość jest bezsilna. Życiem rządzi siła, bezrozumna, ślepa i przypadkowa. I to wystarczy, to sprawia dobro i zło. Zaś ich proporcje, nieustannie ulegające zmianie, nie mają żadnego znaczenia.

Bullenhuser Damm

Szkoła Bullenhuser Damm znajduje się przy Bullenhuser Damm 92–94 w Hamburgu w Niemczech. Jest to miejsce ohydnej zbrodni dokonanej przez Niemców na 20 dzieciach pod sam koniec II wojny światowej – celem było ukrycie dowodów, iż były one wykorzystywane w nieludzkich eksperymentach medycznych. 

Podczas alianckich nalotów pod koniec wojny wiele obszarów Hamburga uległo zniszczeniu, a odcinek Rothenburgsort został poważnie uszkodzony.  Szkoła została jednak uszkodzona tylko nieznacznie. Budynek został ewakuowany 11 kwietnia 1945 roku. Do pilnowania szkoły pozostawiono dwóch esesmanów, Johanna Frahma i Ewalda Jaucha. W październiku 1944 r. utworzono z niej podobóz obozu koncentracyjnego Neuengamme. W nocy 20 kwietnia 1945 r. przywieziono tam z Neuengamme 20 dzieci, które były wykorzystywane jako ludzkie obiekty w eksperymentach medycznych w Neuengamme. Operacją kierował lekarz SS Kurt Heissmeyer. Towarzyszyli mu trzej strażnicy SS (Wilhelm Dreimann, Adolf Speck i Heinrich Wiehagen), a także kierowca Hans Friedrich Petersen i lekarz SS Alfred Trzebiński. Po przybyciu do szkoły dzieci zaprowadzono do piwnicy. Według jednego z obecnych tam esesmanów, dzieci „usiadły na ławkach dookoła i były wesołe i szczęśliwe, że choć raz pozwolono im opuścić Neuengamme. Niczego nie podejrzewały. Nakazano im  rozebrać się i wstrzyknięto morfinę. Następnie prowadzono je do sąsiedniego pokoju i powieszono na hakach wbitych w ścianę. Egzekucję nadzorował SS Obersturmführer Arnold Strippel. Pierwsze powieszone dziecko było tak lekkie, że pętla nie chciała się zacisnąć. SS man Frahm chwycił je w niedźwiedzi uścisk i użył własnego ciężaru, aby pociągnąć w dół i zacisnąć pętlę”.

Dzieci miały od 5 (Mania Altmann z Radomia) do 12 lat. Tylko jedno z nich, Walter Jungleib, chłopiec ze Słowacji, miał lat 16. Frahm dopilnował, aby wszystkie dzieci zostały powieszone. Zadbano również, aby pozbyć się wszelkich dowodów zbrodni. Spalono ubrania i rzeczy należące do dzieci, po czym lekarz SS Trzebinski wrócił do obozu w Neuengamme i zgłosił komendantowi obozu Maxowi Pauly’emu, że zadanie zostało wykonane.

Zbrodnia ta znana jest jako Masakra Bullenhuser Damm. Po kapitulacji Niemiec w maju 1945 r. zabójstwo dzieci w dawnym budynku szkolnym przy Bullenhuser Damm wyszło na jaw i wywołało – przynajmniej  wśród cywilizowanej części ludzkości – przerażenie aż nadto zrozumiałe. Trzebiński, komendant Neuengamme Max Pauly, Dreimann, Speck, Jauch i Frahm zostali schwytani, uznani za winnych, i skazani na karę śmierci. Powieszono ich  w więzieniu w Hameln 8 października 1946 roku. Kurt Heissmeyer, który przeprowadzał eksperymenty na dzieciach, długo uniknął zdemaskowania. Spokojnie wrócił do swojego domu w Magdeburgu i z powodzeniem rozpoczął praktykę lekarską jako specjalista (a jakże!) od chorób płuc i gruźlicy. Ostatecznie został zidentyfikowany w 1959 roku, ale aresztowany dopiero w 1963 roku. Trzy lata później skazano go na dożywocie. Podczas procesu stwierdził: „Nie uważam, że więźniowie mieli pełną wartość jako istoty ludzkie”. Zapytany, dlaczego nie używał w swoich eksperymentach świnek morskich, odpowiedział: „Dla mnie nie ma podstawowej różnicy między ludźmi a świnkami morskimi”.

Są granice po przekroczeniu których nie ma już powrotu do człowieczeństwa i to bez względu na to, co byśmy nie czynili. Niemcy tę granicę przekroczyli, przekroczyli ją wielokrotnie – obcując z nimi, powinniśmy o tym zawsze pamiętać.

Europejczyk

Przedstawianie się „jestem Europejczykiem” jest zdaje się wyłącznie polską specjalnością. Jeżeli gdziekolwiek w Europie przedstawiasz się jako Europejczyk, jesteś traktowany jak ktoś, kto nie ma żadnego rodowodu i chciałby przywłaszczyć sobie tożsamość do której nie ma prawa.  

Nasi chłopcy hitlerowcy

Nasz szwedzki znajomy, gdy w dyskusji potępiamy Niemców i bezmiar ich zbrodni w czasie 2 wojny światowej, broni ich przywołując niemieckie osiągnięcia w kulturze, a więc Bacha, Beethovena, Goethego, Wagnera, Manna. Najwyraźniej uznaje, że V Symfonia oraz Toccata i Fuga d-moll Bacha są w stanie usprawiedliwić bez mała 7 i pół miliona ludzi pomordowanych przez Niemców w obozach koncentracyjnych. Veritas numquam perit, mawiali Rzymianie, ale i to już nieaktualne – z czasem ginie i Prawda. Dzisiaj czytam w Necie, że Muzeum Gdańska w porozumieniu z Muzeum II Wojny Światowej zorganizowało wystawę „Nasi chłopcy” – jest to wystawa o żołnierzach III Rzeszy rodem z Pomorza. Jeżeli „nasi chłopcy z Wehrmachtu i SS” mają także stać się bohaterami naszej historii, to gdzie umieścimy naszych prawdziwych chłopców, tych, którzy oddali życie za naszą wolność? Vae victis – nie mają prawa nawet do swojej pamięci.  

Słoń Trąbalski i inni

J. Tuwim w „Przekroju” o śmierci Stalina: Długie są dzieje nasze – dzieje rodu człowieczego na ziemi – a nie było jeszcze żałoby tak powszechnej, tak boleśnie w zbiorowym sercu ludzkości wezbranej, jak po Nim – pierwszym tej ludzkości obywatelu.

I natychmiast powiędły wszystkie „kwiaty polskie” – przynajmniej dla mnie. Czasem jedno zdanie wystarczy, by ktoś z Dyzia Marzyciela przekształcił się w słonia Trąbalskiego. Okazuje się, że można stworzyć tysiąc doskonałych wierszy i potem jedno zdanie – jak to powyższe – aby unieważnić je wszystkie. Może to dziwne, ale godność uwierzytelnia także i poezję. Szkoda, że tak niewielu poetów wie o tym.