Epitafium dla tanga

Widziałem tango w wykonaniu pary młodych mężczyzn. Była w tym tańcu proporcja, miara i dynamika, ale nie było w tym tanga. Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn przypomina to, co w językoznawstwie określa się słowem pleonazm, to masło maślane. Tango bowiem to coś nieporównywalnie więcej niż tylko myśl, którą się tańczy. Tango to spotkanie dwóch różnych płci, dwóch odmiennych światów, dwóch obcych kosmosów, to spotkanie in i jang, dnia i nocy, ciepła i chłodu, bieli i czerni, które – godząc sprzeczności, ale nigdy ich nie zacierając – pragną uwięzić ogień i wodę w jednym geście. I musi to być miłosny gest. Tango to próba pochwycenia cienia, tragiczna opowieść o nieosiągalnym. Tango jest tragiczne, tak jak i życie jest tragiczne. I tak samo jak życie składa się z przeciwieństw.  

W tangu zawsze prowadzi tylko jedna osoba. Tango wymaga więc, by bezgranicznie zaufać i podporządkować się partnerowi. Mężczyzna – silny, wyprostowany, pewny siebie – inicjuje gest, otwierając przed kobietą przestrzeń, którą ona dopełnia i przyozdabia. I nie potrzebuje ona otwierać oczu, bowiem jej ciało bezbłędnie słyszy, dokąd zdążają. Tango zachwyca nie tylko pięknem i harmonią, ale i jawną, prowokującą zmysłowością, tą nieodpartą, pierwotną siłą, której nie mogą oprzeć się tańczący i która więzi i zachwyca widzów. Maria Nieves Rego, jedna z najsłynniejszych tancerek tanga, powiedziała kiedyś, że w tangu do mężczyzny należy myślenie o każdym kroku, a ona może – pewna siebie i swobodna – „roztopić się w zmysłach i marzeniu.” Tancerze tanga to kochankowie, którzy pochodzą z różnych światów.

Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn może być tańcem, ale nigdy nie uzyska żarliwości i siły, które rodzi jedynie niestała jedność przeciwieństw.

Angielska wersja baśni o Popielu

G. Network to nazwa dostawcy szybkiego internetu światłowodowego, który działał głównie w Londynie, oferując usługi dla domów i firm z prędkościami sięgającymi 10 Gbps. Kilka tygodni temu firma ogłosiła upadłość, a przyczyna upadłości ucieszy zapewne wszystkich entuzjastów ekologii. Potwierdziło się bowiem raz jeszcze, że ekologiczne produkty są szalenie atrakcyjne i smaczne – firma G. Network używała kabli biodegradowalnych z ekologiczną osłoną z soi i kukurydzy, co tak nieodparcie przypadło do gustu londyńskim szczurom, że pożerały je masowo, totalnie niszcząc całą sieć. Ekologiczny produkt stał się ich ulubionym przysmakiem, czymś w rodzaju gryzonich sushi, a ponieważ większość tych łakoci leży pod ulicami, a nie pod chodnikami, więc jakakolwiek interwencja wymagałaby zamykania ruchu w całym mieście. Perfekcyjna robota. Szach i mat.

Najwyraźniej, mimo tak licznej reprezentacji Polaków w Londynie, nikt tam nigdy nie słyszał o przypadku Popiela z Kruszwicy, którego nie uratowała nawet ucieczka do baszty na jeziorze Gopło. Myszy przepłynęły tę polską Tamizę, przegryzły grube mury i pożarły durnego władcę. Morał? Bez morału, ale drobna przestroga: podobno apetyt rośnie w miarę (ekologicznego!) jedzenia.