Widziałem tango w wykonaniu pary młodych mężczyzn. Była w tym tańcu proporcja, miara i dynamika, ale nie było w tym tanga. Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn przypomina to, co w językoznawstwie określa się słowem pleonazm, to masło maślane. Tango bowiem to coś nieporównywalnie więcej niż tylko myśl, którą się tańczy. Tango to spotkanie dwóch różnych płci, dwóch odmiennych światów, dwóch obcych kosmosów, to spotkanie in i jang, dnia i nocy, ciepła i chłodu, bieli i czerni, które – godząc sprzeczności, ale nigdy ich nie zacierając – pragną uwięzić ogień i wodę w jednym geście. I musi to być miłosny gest. Tango to próba pochwycenia cienia, tragiczna opowieść o nieosiągalnym. Tango jest tragiczne, tak jak i życie jest tragiczne. I tak samo jak życie składa się z przeciwieństw.
W tangu zawsze prowadzi tylko jedna osoba. Tango wymaga więc, by bezgranicznie zaufać i podporządkować się partnerowi. Mężczyzna – silny, wyprostowany, pewny siebie – inicjuje gest, otwierając przed kobietą przestrzeń, którą ona dopełnia i przyozdabia. I nie potrzebuje ona otwierać oczu, bowiem jej ciało bezbłędnie słyszy, dokąd zdążają. Tango zachwyca nie tylko pięknem i harmonią, ale i jawną, prowokującą zmysłowością, tą nieodpartą, pierwotną siłą, której nie mogą oprzeć się tańczący i która więzi i zachwyca widzów. Maria Nieves Rego, jedna z najsłynniejszych tancerek tanga, powiedziała kiedyś, że w tangu do mężczyzny należy myślenie o każdym kroku, a ona może – pewna siebie i swobodna – „roztopić się w zmysłach i marzeniu.” Tancerze tanga to kochankowie, którzy pochodzą z różnych światów.
Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn może być tańcem, ale nigdy nie uzyska żarliwości i siły, które rodzi jedynie niestała jedność przeciwieństw.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.