Polska dziennikarka?

Roksana Matelska to podobno dziennikarka, polska dziennikarka. Swoje pierwsze kroki w mediach miała stawiać prowadząc audycje radiowe w Poznaniu, a potem współpracowała z „Gazetą Wyborczą” i serwisem Co Jest Grane.

Rzeczywiście należałoby zapytać: co jest właściwie grane? R. Matelska opublikowała bowiem w którymś z serwisów internetowych tekst w którym łaskawie przypomina nam, że Czesław Miłosz został nagrodzony za swoją twórczość Noblem i, że choć zmarł 21 lat temu to jego twórczość cieszy się wciąż „niesłabnącą popularnością”. I w tym miejscu polska dziennikarka odkrywczo informuje nas, że „Czesław Miłosz wcale się nie urodził w Polsce”. Dalej wyjaśnia, że przyszedł na świat 30 czerwca 1911 roku w Szetejniach, a więc na terenach Wielkiego Księstwa Litewskiego, w wielokulturowym i tolerancyjnym miejscu, i że to ważne, by wiedzieć, skąd pochodził Czesław Miłosz, bowiem – jak pisze – Dziś i wtedy nie była to Polska”.

Dziś i wtedy nie była to Polska … Podejrzewam, że ta „polska dziennikarka” albo wcale nie jest polską dziennikarką albo luki w jej edukacji są większe niż leje, powstające po bombach typu GBU-57 MOP. W miejscach, które dziś i wtedy nie były już Polską, urodzili się także Mickiewicz, Słowacki, Orzeszkowa, Wańkowicz, Konwicki, Herbert, Lem, Fredro i setki innych polskich twórców i wszyscy oni, jakimś dziwnym trafem, pisali w języku polskim i o Polsce. Zastanawiam się, czy ta „polska dziennikarka” będzie w stanie kiedykolwiek zrozumieć ten paradoks.

Lokalna zbrodnia na Ukrainie

Edward Prus, „Legenda Kresów”, Wrocław 1995: „Bojówka czoty UPA otoczyła dom, w którym znajdowała się rodzina składająca się z 18-letniej córki, jej matki i dziadka. Dziewczyna skłoniła dziadka, by ukrył się w kuchni, w piecu chlebowym, sama zaś z matką ukryła się na strychu. Mołojcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii dopadli je na strychu, zwlekli do kuchni, zdarli z nich odzienie, przybili dłonie matki do futryny drzwi i na jej oczach kolejno gwałcili jej córkę. Następnie obcinali członki ciała dziewczyny i rozwieszali je na ścianach, na świętych obrazach. Krwią z ofiary napisali na ścianie „śmierć Lachom”. Po zamordowaniu dziewczyny zabrali się do umęczenia jej matki, zadali jej, jak później stwierdzono 66 pchnięć nożem, tak aby długo cierpiała. Obecności dziadka w piecu chlebowym nie odkryli, stąd ta szczegółowa relacja.”

Ołeksandr Ałfiorow, szef ukraińskiego IPN, wydał w tym miesiącu oświadczenie w którym nazywa tragedię wołyńską „jedną z państwotwórczych narracji Polski”. Dodał też, że „dla większości Ukraińców zbrodnia wołyńska to tylko lokalny epizod historii, ponieważ miała miejsce wyłącznie na Wołyniu”. Ten „lokalny epizod historii” w najokrutniejszy sposób pozbawił życia ponad 100 tys. ludzi. Czy „lokalna” zbrodnia przestaje być zbrodnią? Czy posługując się tego typu rozumowaniem mamy też uznać, że rosyjska zbrodnia w Buczy z polskiego punktu widzenia jest jedynie pozbawionym znaczenia „lokalnym epizodem historii”?

Fryderyk Złowrogi w Kostrzyniu

Polskie władze (czy istotnie polskie?) Kostrzyna nad Odrą, czyli burmistrz Andrzej Kunt i dyrektor Muzeum Twierdzy Kostrzyń Ryszard Skałba, postanowili uczcić 314 rocznicę urodzin króla Prus Fryderyka II Wielkiego – a więc świętują pamięć osobnika, który z pogardą określał Polaków mianem „Irokezów” Europy, był głównym architektem I rozbioru Polski, złodziejem naszych dóbr narodowych i nieprzejednanym wrogiem polskości. Aby stosownie uhonorować tę pruską kreaturę zaszczycili go mianem „Jego Wysokości” i uroczystymi salwami artyleryjskimi.

Czy ktoś poinformował władców Kostrzynia, że mają jeszcze dwie ważne dla Polski i Polaków okazje do hucznych obchodów? Mianowicie, 1 kwietnia przypada 211 rocznica urodzin Bismarcka, a zaraz potem, bo 20 kwietnia 137 rocznica urodzin Hitlera? Zostało już mało czasu, zachodzi obawa, że mogą nie zdążyć.

Ochlokracja

Arystoteles uważał, że w demokracji zawarty jest pewien właściwy arystokracji elitaryzm (w najlepszym tego słowa znaczeniu), który przejawia się etyką i transparentnością w życiu publicznym. Warunkiem jest oparcie demokracji o silną klasę średnią. Nie był jednak zwolennikiem prawa głosu dla każdego obywatela. Uważał, że o prawie posiadania głosu powinien decydować pewien, choćby niewielki nawet cenzus majątkowy. W przeciwnym wypadku, jego zdaniem, demokracja mogła bardzo łatwo przerodzić się w tzw. ochlokrację, w rządy plebsu i motłochu, kierowanego najniższymi pobudkami, a więc dokładnie w to, co obecnie obserwujemy w Polsce.   

Nie tylko o żołnierzu

Nie chciałbym być żołnierzem na polskiej granicy. Z jednej strony obcy atakują cię nożami, z drugiej swoi plują ci w twarz. I, co gorsza, i jedni i drudzy mogą czynić to bezkarnie. Wygląda na to, że i Polska, bezmyślnie naśladując Zachód, zajmuje się przede wszystkim szukaniem sposobów podważenia swoich fundamentów. I to może się, niestety, udać. Prawo Murphy’ego głosi co prawda, że „jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno”, ale inne z jego praw mówi, że jeżeli coś jest wystarczająco niedorzeczne lub głupie, uda się na pewno. A tak jest właśnie w tym przypadku.

Radziwiłł

Albrycht S. Radziwiłł „Pamiętnik”: Biegli w dziejach zauważyli, że rzadko albo nigdy w Polsce nie dochodzą sejmy w czasie panowania pokoju, że gorliwość we wspieraniu ojczyzny jest wymuszona tylko koniecznością, a wyraźny lęk przed wrogiem staje się doradcą do zgody. Gdy tego nie ma, górują prywatna niechęć i zawiści, pod których rządem czegoż pomyślnego można oczekiwać?

Kosmopolityzm

W Polsce w rozmowach z ludźmi często zdarza się usłyszeć, że są kosmopolitami. „Jestem kosmopolitą”, cały świat jest moją ojczyzną, te wszystkie banały i frazesy, bezmyślnie i chętnie klepane podczas towarzyskich spotkań. Nie wierzę nikomu,  kto twierdzi, że uważa się za obywatela świata i nie jestem w stanie takiego człowieka potraktować poważnie. Deklaracja jestem kosmopolitą, pyszałkowata i bezczelna, podpowiada mi, że taka osoba nie ma najmniejszego pojęcia o tym, jak złożona jest nasza rzeczywistość. Wyobrażam sobie, jak bardzo taki osobnik dalej byłby dumnym bezpaństwowcem, gdyby zdarzyło mu się znaleźć gdziekolwiek indziej niż w jego spokojnym i bezpiecznym otoczeniu, choćby w slumsach jakiegoś meksykańskiego miasta opanowanego przez gangi czy na terytoriach kalifatu rządzonego przez Isis. Kosmopolityzm to luksus na który stać jedynie bogatych i sytych. Bieda, a tym bardziej nędza, nie mają szans na kosmopolityzm. Nasz świat nie jest i nigdy nie będzie kosmopolityczny. Poza wąską grupą ludzi absolutnie najbogatszych kosmopolityzm nie jest niczym innym jak tylko bezmyślnym kalaniem swego gniazda. Patria mea totus hic mundus est, napisał Seneka, słynny stoik, w „Liście do Lucyliusza”, ale przeżył traumę, gdy cesarz Klaudiusz zesłał go na Korsykę, tylko na Korsykę, a nie na przykład do barbarzyńskiej Scytii, który to świat na pewno nie byłby jego ojczyzną. Stoicy zresztą nie twierdzili, że bycie obywatelem świata wymaga dystansowania się od swoich poleis. Diogenes Laertios pisze, że wierzyli oni, iż dobroć wymaga od ludzi służenia i poświęcenia się dla innych osób najlepiej jak się potrafi, ale służenie wszystkim ludziom na równi jest niemożliwe, zatem najlepsza forma poświęcenia wymaga politycznego zaangażowania – czyli działania w polis, we własnym mieście. To prawda, że obecnie technika niemal z dnia na dzień przekracza nowe granice, ale przekonanie, że ludzie stali się przez to sobie bliżsi, jest niebezpieczną iluzją. Zwodnicza i krucha e-bliskość nie ma wiele wspólnego z fizyczną i tradycyjną zażyłością międzyludzką, a świat z każdego miejsca na Ziemi wygląda całkiem inaczej.

Dziennik Gilberta

„Dziennik norymberski”. G. M. Gilbert pyta Rudolfa Hössa, komendanta obozu koncentracyjnego w Auschwitz, jak zabicie dwóch i pół miliona ludzi było możliwe pod względem technicznym. Höss wyjaśnia rzeczowo, że eksterminacja nawet wielkich liczb ludzi nie była trudna, że za podstawę obliczeń przyjmowali dobę, bowiem obliczyli, że w tym czasie można było zlikwidować ponad dziesięć tysięcy ludzi. Było to możliwe za sprawą sześciu komór gazowych – dwie większe mieściły po dwa tysiące ludzi każda, a cztery mniejsze powyżej tysiąca pięciuset, w sumie osiągając dobową wydolność dziesięciu tysięcy. „Samo zabijanie zabierało najmniej czasu. Można było pozbyć się dwóch tysięcy ludzi w ciągu pół godziny, ale palenie zwłok zabierało cały pozostały czas. Zabijanie było proste; nie potrzeba było nawet strażników, aby skierować ich do komór; po prostu wchodzili, spodziewając się, że idą po prysznic, ale zamiast wody puszczaliśmy gaz. Cała sprawa posuwała się bardzo szybko”. Höss opowiadał to wszystko spokojnym, apatycznym, rzeczowym głosem. Opisał też w późniejszym oficjalnym przesłuchaniu, że „dzieci ukryte przez matki po ubraniami, aby uszły uwagi, wyrywano matkom i odsyłano do komór gazowych. Złote zęby i złote obrączki były usuwane ze zwłok po zagazowaniu, a przetopione złoto wysyłano do Ministerstwa Gospodarki. Włosy kobiet pakowano w bele z przeznaczeniem na cele handlowe”.

                                                                 ***

Nikt nie chciał i nie zamierzał walczyć, gdy Niemcy napadli na Polskę. Francuzi ani na krok nie ruszyli się ze swoich okopów, Anglicy wykonali kilka gestów bez znaczenia. W czasie rozprawy norymberskiej generał niemiecki Albert Jodl wyraził zdumienie faktem, że w czasie, gdy Niemcy były zajęte aneksją Polski, Francja i Anglia, jej sojusznicy, pozostawały na linii Maginota ze stu dziesięcioma dywizjami przeciwko dwudziestu trzem dywizjom niemieckim. Keitel, niemiecki feldmarszałek, potwierdził to również. Poinformował, że bezpośrednio przed napaścią na Polskę niemiecka armia posiadała tak skromne zapasy amunicji, że ledwo wystarczyłyby na sześć tygodni walk. Po tym czasie musieliby przerwać działania wojenne, ale na ich szczęście Zachód tchórzliwie nie podjął takich działań. Błędem Hitlera było więc to, że przeniósł wojnę na Zachód. Gdyby wyruszył tylko na Wschód, anektując Polskę, a potem Rosję, byłby zapewne zwycięzcą, a Zachód szybko uwierzytelniłby jego podboje. Zachód nigdy nie zamierzał umierać za Wschód i bez wielkich ceregieli oddałby Hitlerowi całą środkową i wschodnią Europę. Na nasze szczęście Hitler był megalomańskim pajacem.

Drobna różnica

Polskie media kłamią. Kłamią bezczelnie i prymitywnie. Nie wysilają się nawet, by zachować pozory czy odrobinę dziennikarskiej przyzwoitości lub – w ostateczności – okazać choćby gram szacunku dla inteligencji czytelników. Dwa przykłady. Pierwszym jest portal internetowy „Wirtualna Polska”, gdzie pojawił się artykuł o dramatycznym tytule „Szwecja się przeliczyła? Wprowadza obostrzenia”. Dowiadujemy się z niego, że w Uppsali szaleje covid. Stała się więc pierwszym szwedzkim regionem, w którym zastosowano ograniczenia. I dalej informacja, że w Uppsali zaleca się: unikanie organizowania imprez, spotkań towarzyskich i kontaktów fizycznych z osobami, z którymi się nie mieszka jak i unikanie podróżowania środkami transportu publicznego. Pojawiły się też: surowsze zalecenia dla sklepów, obiektów sportowych i miejsc pracy w Uppsali. Miejsca te powinny ograniczać liczbę odwiedzających. Jednocześnie jeśli to możliwe, mieszkańcy Uppsali powinni przejść na pracę zdalną. Według autora artykułu decyzja obowiązywać będzie dwa tygodnie.

Przyjrzyjmy się tym naiwnie makiawelicznym kombinacjom. Czy covid istotnie szaleje w Szwecji? Nie. Wzmożone przypadki covida odnotowano przecież, jak wynika z artykułu, w Uppsali, która nie jest zresztą regionem, jak to formułuje autor, lecz 150-tysięcznym uniwersyteckim miastem w Upplandzie, położonym mniej więcej 35 kilometrów od lotniska w Arlandzie. Kto więc wprowadza obostrzenia – Szwecja czy Uppsala? Czy miasto Uppsala jest równoznaczne z całą Szwecją? I czy na pewno obostrzenia? Dalej dowiadujemy się bowiem, że w mieście zastosowano ograniczenia, a już w następnym zdaniu, że są to w istocie zalecenia. Dziennikarz Wirtualnej Polski ma najwyraźniej poważne braki w wykształceniu i nie jest w stanie dostrzec żadnej różnicy między słowem „obostrzenie”, czyli przepis zwiększający surowość jakiegoś prawa, a słowem „zalecenie”, sugerującego zalety pewnego typu zachowań (w tym wypadku). A różnica jest kolosalna, bo „zalecenie” nie ma mocy prawnej i nie musi być przestrzegane. Nie wiadomo też w czym Szwecja przeliczyła się, jak to sugeruje tytuł, skoro informacja dotyczy tylko jednego miasta na północy kraju.

Drugi artykuł pod tytułem „Koronowirus. Szwecja wprowadza obostrzenia” pochodzi z portalu internetowego Interia. Dowiadujemy się z niego, że kolejne trzy regiony zaostrzyły restrykcje: Halland, Oerebro oraz Joenkoeping, polegające m.in. na utrzymaniu limitu 50 osób w przypadku zgromadzeń publicznych. W tych częściach Szwecji zaleca się unikania kontaktów poza osobami z gospodarstwa domowego oraz korzystania z komunikacji publicznej. Wcześniej podobne rekomendacje wprowadziły m.in. regiony Sztokholm, Goeteborg, Uppsala, a także Malmoe. I tu już mamy pełny bełkot, bo dowiadujemy się, że trzy szwedzkie regiony wprowadziły restrykcje (czyli ograniczenie czyichś praw, czyjejś wolności w celu wywarcia na kimś presji) podtrzymując limit 50 osób w przypadku zgromadzeń publicznych, czyli podtrzymując ten sam limit, który obowiązuje od początku epidemii. Reszta dotyczy jedynie zaleceń, których nie należy w żadnym wypadku mylić z obostrzeniami czy restrykcjami, są bowiem jedynie sugestią, jak można postępować, a nie jak bezwarunkowo trzeba; na przykład pod presją sankcji karnych, jak to ma miejsce w Polsce.

Szwecja nie ma obecnie w Polsce dobrej prasy. Szwecja od początku histerii z Covid-19, czyli kolejnej wersji trywialnej corocznej grypy, przyjęła zdecydowanie inne, rozsądne i przytomne stanowisko, i tym samym skazała się na sytuację outsidera. Nikt nie lubi outsiderów. Outsider jest czarną owcą, różni się od nas, białych, ślicznych i bezmyślnych owieczek i jest oczywiste, że go nie lubimy. I nigdy mu nie darujemy, że nie jest taki jak my. I jesteśmy z tego, my, potulne, białe owieczki, bardzo dumne – czyż nie?

Dżungla

J. Seferis: Nasz życie publiczne to dżungla, w której wszyscy nawzajem się eksterminują: podstępem, oszczerstwem, tchórzostwem, bezwstydnością. Ci ludzie sprawiają, że czujesz się tak, jakbyś żuł mgłę. Słowa, które znakomicie pasują do obecnej sytuacji w Polsce. Można by sądzić, że zostały napisane z myślą o Polsce, choć dotyczą Grecji.

Przypadek Polski

Austriacka pisarka, Marie von Ebner-Eschenbach, powiedziała kiedyś, że najniżej upadło społeczeństwo, które w milczeniu wysłuchuje, jak jawni dranie prawią mu kazania o moralności. Przypadek Polski. Pozwalamy się pouczać o moralności, praworządności czy demokracji Niemcom, którzy nie mają żadnego moralnego prawa, by kogokolwiek pouczać o czymkolwiek. Naród, który nie czyni rozróżnienia między człowiekiem a mydłem, nic nie wie o ludzkich wartościach.

Nogi Bońka

„Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska” – wyznał dzisiaj, już w dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, szef polskiego futbolu Zbigniew Boniek.

Komentarz jest zbyteczny, ale interesujące byłoby otrzymać od p. Bońka odpowiedź na dwa pytania: 1/ czyimi głosami miałby według niego być wybierany Prezydent Polski i skąd tyle pogardy dla ludzi ze wsi, emerytów i ludzi z wykształceniem podstawowym? 2/ za kogo to uważa się Zbigniew Boniek – za intelektualistę? arystokratę? naukowca? wybitnego specjalistę do zagadnień społecznych? filozofa? za kogo uważa się człowiek, którego najważniejszym, jeśli nie jedynym, „intelektualnym” atutem były, i wygląda na to, że wciąż są, jego nogi? Polska musi być krajem wybitnej tolerancji, jeżeli ludzie, którzy bezpodstawnie uważają się za lepszych, mogą bezkarnie wygłaszać takie opinie. Przekonanie o cudzej niższości budzi i usprawiedliwia pogardę, poczucie, że w stosunku do owej niższej jednostki czy też grupy wszystko wolno i wszystko jest dozwolone. To diametralnie różna postawa od tej, gdy żywimy przekonanie, że to my jesteśmy lepsi, niż przekonanie, że inni są gorsi. W pierwszym przypadku, aby być w zgodzie ze swoimi poglądami, musimy się starać wciąż na nowo udowadniać, że to my jesteśmy lepsi, absolutnie nie dbając o to, że inni mogą być gorsi. W drugim natomiast budujemy samych siebie starając się udowodnić, że inni są gorsi i bezwartościowi. Przekonanie o własnej wyższości, powołaniu, nakłada liczne i uciążliwe obowiązki. Nie ma takich obowiązków, gdy się innymi gardzi i uważa za ludzi niższej kategorii. Pierwsza postawa budzi dumę. Druga tylko nienawiść. W pierwszym przypadku mamy imperializm angielski, a w drugim – zwyczajny faszyzm.

Polska „elita”

Polakom od dziesiątków już lat, najpierw przez komunistów, obecnie przez liberałów, wmawia się, że wszyscy dookoła są lepsi. Nie wiem, czy istnieje jakaś prasa, poza prasą polską, która może poszczycić się taką ilością artykułów i artykulików, zapytań i informacji o tym, co inni myślą o nas, jak inni nas widzą, co sądzi się o nas za granicą, jak inni reagują na nasze decyzje czy ustawy, jak wyglądamy w oczach Francuzów, Pigmejów czy choćby świnek morskich. W Szwecji, kraju, gdzie obecnie mieszkam, nikogo nie obchodzi, co jakiś Papuas o nich pomyśli, powie czy napisze. Po prostu jest im obojętne, co Papuas o nich myśli. To, co Papuas, Francuz czy Pigmej o nich myśli jest sprawą Papuasa, Francuza czy Pigmeja. Szwedzi sami doskonale wiedzą, kim oni są i nie potrzebują masturbować się opiniami innych o sobie.

W Polsce jest inaczej. W komunizmie lepsi od nas byli nawet Rosjanie. Byli lepsi we wszystkim – w sporcie, w nauce, w literaturze, w polityce, nawet w piciu alkoholu. Dlatego lubiliśmy takich facetów jak Kozakiewicz, którzy nawet w paszczy krokodyla potrafili pokazać wała i nieco poprawić nasze samopoczucie. Po odwilży, a następnie przejęciu władzy przez pogrobowców komunizmu, gdy nie wypadało już pognębiać nas Rosjanami, pojawiła się technika dołowania nas ludźmi Zachodu, cywilizowaną i wysublimowaną zagranicą oraz kulturą europejską. Przyznano nam prawo awansu do grzędy wyżej i zaszczyt bycia lepszymi od Rosjan, ale wciąż powinniśmy mieć świadomość, że jesteśmy gorsi od ludzi Zachodu, że przerastają nas oni o wieki, że mamy pokornie przyjmować ich mądre słowa i pouczenia. Tak zwane polskie elity – a w polskim kontekście słowo to powinno się pisać w cudzysłowie, bo są to głównie aktorzy i statyści, wszelkiej maści subretki i amanci, pisarze z bożej łaski, marni dziennikarze, celebryci, znani wyłącznie z tego, że są znani, wszelkiej maści zapiewajła, politycy typu Biedronia i jego żony (czy odwrotnie, niestety, nie znam kolejności dziobania w takich konfiguracjach), infulencerzy, agenci wpływu i pożyteczni idioci – nieustannie straszą nas opiniami innych, lepszych od nas. Teraz już nie Rosjanie, ale Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi i pozostałe nacje Europy są od nas lepsze i mają prawo nas karcić, prawić morały, udzielać przygan, upomnień i ostrzeżeń. Według naszych polskich „elit”, powinniśmy pilnie wsłuchiwać się w te głosy, brać je sobie do serca i starać się, starać i jeszcze raz starać, by do nich choćby trochę doskoczyć. Kiedy dokonamy czegoś sensownego, w polityce czy w ekonomii, a wystarczy, że jest to niezgodne z upodobaniami naszych „elit”, natychmiast pojawiają się dziesiątki informacji o tym, jak bardzo to rozbawiło, oburzyło, obraziło, czy dotknęło do żywego jakiegoś Szweda czy Papuasa. Jeżeli to nie wystarczy, poskarżą się w lewicowym kolegom z Unii Europejskiej, żądając kary. Nasze „elity” to pseudoelity, to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd pochodzą i kim są – to najbardziej zadżumiona część polskiego społeczeństwa. Umówmy się, że ci wszyscy „oświeceni” aktorzy, jak Maciej Stuhr czy równie „oświecona” literatka jak Maria Nurowska, która pisze równie nędzne książki jak nędzne komentarze na Facebooku (Odbyłam dziś bitwę z trollami, przy okazji blokad miałam możliwość zobaczyć te twarze, a właściwie mordy. Oni mają ordynarne ryje i to wszystko elektorat PiS. A ich baby! Nie lepsze!) czy wielce „oświecony” dziennikarz Tomasz Lis, redaktor polskiej edycji Newsweeka, wydawanego przez niemieckie wydawnictwo Springera, to nie jest elita. To współczesne wydanie polskich arian, którzy – tak samo jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku – chętnie pomogą w jakichś nowych planach rozbioru Polski, gdy tylko takie się pojawią. To nie jest elita i nie nazywajmy ich elitą. To pierroty, przebierańce i śmiszki. Prawdziwa polska elita spoczywa w piaskach Katynia, w bezimiennych grobach, w tundrach Syberii, w krematoriach niemieckich obozów zagłady.

Nie sądzę, by jakiś Szwed, Francuz czy Belg miało prawo nas pouczać czy upominać. To raczej my mamy takie prawo i byłoby dobrze, gdybyśmy zaczęli wreszcie z niego korzystać. Dla tych, którzy mają w tej sprawie wątpliwości, przypomnę tylko jeden fakt. W 1945 r. generał Charles de Gaulle dokładnie skopiował skuteczne działania Talleyranda z Kongresu Wiedeńskiego i dzięki temu podbita przez Niemców, kolaboracyjna Francja, łącznie z faszystowską filią La France de Vichy, organizującą obławy na Żydów (Obława Vel d’Hiv) nagle przemieniła się w dumną IV Republikę, zwycięską aliantkę, została zaproszona do stołu w Poczdamie, dostała francuską strefę okupacyjną Niemiec i Berlina i stosowne reparacje wojenne. Polskę natomiast, która nie poddała się nigdy, straciła miliony obywateli, walczyła na wszystkich frontach świata, wyzwalała Europę, między innymi także Francję, oddano w wieczystą dzierżawę Stalinowi, a polskim żołnierzom i generałom, po zdemobilizowaniu, nie zapewniono nawet godziwej odprawy. Warto o tym pamiętać. To nie my musimy się czegoś wstydzić.  

Wolter

Myśl z cyklu „zasługi intelektualistów dla ludzkości”. Jeszcze jeden liberał, wielki piewca wolności, rzecznik Prawdy, nigdy nie godzący się na nieprawość, niesprawiedliwość oraz krzywdę „na które wzdrygała się jego dusza i jego nerwy nowożytnego człowieka”, pisarz, obrońca uciskanych, sumienie oświeconych, encyklopedysta, filozof czyli Wolter, spłodził paszkwil „Pisma przeciw Polakom”, napisany na zlecenie i za pieniądze rosyjskiej carycy Katarzyny. Utrzymuje w nim między innymi, że imperatorka Rosji nie tylko wprowadziła powszechną tolerancję w swoich rozległych krainach, lecz teraz posyła swoją armię do Polski, pierwszą tego rodzaju odkąd istnieje Ziemia. Armię pokoju, która służy jedynie obronie praw obywateli i nastraszeniu jej przeciwników. List do niej jest równie obficie zaprawiony wazeliną: „Pani hojna troska o ustanowienie wolności sumienia w Polsce jest błogosławieństwem, którego nie można nie uczcić. W imieniu całej ludzkości odważę się zabrać w tej sprawie głos. Ten „król filozofów” podlizywał się zresztą nie tylko carycy. W nadziei otrzymania jakiejś jałmużny równie ochoczo komplementował także Fryderyka II: „Mówią, Sire, że to Pan poddał pomysł rozbioru Polski – i ja tak sądzę, ponieważ znać w tym geniusz”. Intelektualiści rzeczywiście mają spore zasługi dla ludzkości.

Wyobraźmy sobie

Wyobraźmy sobie hordy krzyżowców z Polski, Czech, Litwy, Ukrainy, Słowenii, Rumunii, Łotwy, i kilku innych krajów Europy Wschodniej, zdążające powiedzmy do Madrytu czy Kadyksu, okupowanych przez muzułmanów. Nie powinno to być aż tak trudne. Znamy to z historii. Wschodni krzyżowcy pokonują więc kolejne państwa, góry, rzeki i granice i pewnego dnia docierają do Paryża. I już nie posuwają się dalej. Podstępem zdobywają Paryż, dokonują rzezi jego mieszkańców, przez kilka dni grabią i rabują wszystko, co może przedstawiać jakąś wartość, a resztę niszczą i wydają na pastwę płomieni. Płonie Luwr, z obrazu Mona Liza pozostaje tylko rama ziejącą pustką, na posadzce leżą resztki strzaskanej Wenus z Milo, płonie paryska Biblioteka Narodowa i miliony jej bezcennych woluminów. Naoczny świadek tych scen, jakiś paryski Choniates, w swojej zapiskach z tych dni określi tych wschodnich barbarzyńców mianem „heroldów Antychrysta”. Inny, wzorem Mikołaja Mesaritesa, przedstawi ich jako bestie opętane żądzą wojny, bestie z wyrazem mordu i chciwości w oczach, odmaluje przejmujące sceny gwałtów i tortur, mordowania kobiet i noworodków. A potem zdobywcy, na ruinach Paryża, powołają do życia Cesarstwo Paryskie.

Niemożliwe? Trudno to sobie wyobrazić? A właściwie dlaczego? Właśnie to wydarzyło się w Konstantynopolu 12 kwietnia 1204 roku. Miasto zostało zdobyte podstępem przez hordy krzyżowców i przez kilka dni przeżywało orgię morderstw i rabunku. W jego dziewięćsetletniej historii wielokrotnie było oblegane przez pogan, ale tamtego dnia, kwietniowego dnia wpadło nie w ręce pogan, nie w ręce Turków czy Hunów, lecz współwyznawców, ludzi, którzy ślubowali wyzwolić z rąk muzułmanów Jerozolimę, ale zamiast udać się do Ziemi Świętej „wyzwolili” chrześcijańskie miasto nad Bosforem. Ot, drobiazg, niewinne przeoczenie. Po zajęciu Konstantynopola i wyniszczeniu Cesarstwa Wschodniego utworzono na jego miejscu Cesarstwo Łacińskie. Wielowiekowy dorobek kultury materialnej Cesarstwa, pamiątki i dzieła czasów starożytnych, wręcz mityczne skarby tego miasta zasiliły tabory i sakiewki rabusiów bądź po prostu uległy zniszczeniu.

Ponurą konsekwencją IV krucjaty był podział ziem cesarstwa między Bizantyńczyków i łacinników. Grecy utrzymali Epir, cesarstwo nicejskie i cesarstwo Trapezuntu. Łacinnicy zajęli Macedonię z Tesalonikami, Konstantynopol, Trację, Tesalię, Attykę, Peloponez, co ważniejsze wyspy Morza Egejskiego oraz północno-zachodnią część Azji Mniejszej. Michał VIII Paleolog, zdolny polityk, strateg i dyplomata, zdołał w roku 1261 przywrócić panowanie Bizantyńczyków w Konstantynopolu, ale z dawnego imperium pozostały już tylko szczątki. Bez mała cały Peloponez, księstwo Aten oraz wiele wysp pozostawało w rękach łacinników. Zachód, a przede wszystkim te rody feudalne, które zyskały fortuny na Wschodzie dzięki IV „krucjacie”, wcale nie zamierzały zresztą pogodzić się z utratą Konstantynopola. Groźba rekonkwisty bizantyńskiej, której głównym propagatorem był Karol Andegaweński, władca Sycylii, była bardziej niż realna. Cesarz, zagrożony więc od zachodu przez nową krucjatę i nieustannie atakowany od wschodu przez Turków, nie miał ani możliwości ani sił, by działać na dwa fronty. Musiał skupić się na zmaganiach z Zachodem, bo – paradoksalnie – był to przeciwnik nieporównywalnie groźniejszy w tamtym momencie. Efektem tego była tzw. unia lyońska, którą pozyskiwał papiestwo i neutralizował agresję łacinników. Owa unia zdołała ocalić Konstantynopol od kolejnej krucjaty, ale skłóciła i podzieliła wewnętrznie świat bizantyński. Los Cesarstwa był już przesądzony. Imperium Osmanów rosło tymczasem w siłę.

Tak, to Turcy zdobyli Konstantynopol. To prawda. Ale to nie oni zniszczyli Cesarstwo. Turcy, zdobywając Konstantynopol 29 maja 1453, zadali jedynie coup de grâce, cios łaski. Był to akt prawdziwego miłosierdzia, który pozwolił Cesarstwu odejść z desek dziejowej sceny z dumą i honorem. Miasto, opuszczone przez wszystkich, skazane tylko na siebie, walczyło i broniło się jeszcze przez pięćdziesiąt trzy dni, całą wieczność. Ostatni cesarz Bizancjum, Konstantyn XI, zginął w ulicznych walkach, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Wandalowie

Wandalowie to grupa tzw. plemion wschodniogermańskich. Pierwotną ich siedzibą była prawdopodobnie środkowa część półwyspu Skandynawskiego. W początkach naszej ery podbili i zasiedlili tereny dzisiejszej centralnej Polski.  Największego wyczynu dokonali Hasdingowie, odłam Wandalów, który sprzymierzył się z plemieniem Alanów. Wyruszyli na zachód, zimą 406-407 roku przeszli Ren i najechali Galię (południowa Francja). Trasa ich okrutnego rajdu wiodła przez Półwysep Iberyjski i północną Afrykę aż do dzisiejszej Tunezji, gdzie w 429 roku zdołali stworzyć państwo. Obejmowało ono głównie wyspy Morza Śródziemnego wraz z Sardynią i Korsyką oraz Mauretanię. Królem został wódz Wandalów, Genzeryk, a stolicą Kartagina. Państwo to przetrwało dokładnie sto lat. Wódz cesarza Justyniana, Belizariusz, pokonał ich i ostatecznie rozgromił.

Jednak rzeczywisty upadek tej barbarzyńskiej efemerydy rozpoczął się już wcześniej. Jak pisze H. Bergasse w „Podzwonne dla Rzymu”: Wandalowie, osiedleni wokół Kartaginy, pod wpływem klimatu i rozwiązłych obyczajów afrykańskiej stolicy ulegli zniewieścieniu i nie byli już tak groźnymi wrogami jak dawniej. Zwyrodnieli w lenistwie i luksusie, tak jak szesnastowieczni Hiszpanie, wzbogaceni ponad miarę dzięki peruwiańskiemu złotu. Zgnuśnieli wielmoże z 530 roku, władający olbrzymimi majętnościami (owoc afrykańskich grabieży) i tysiącami niewolników, przywożonymi z morskich zbójeckich wypraw, byli bardzo dalecy łupieskim jeźdźcom, którzy w 406 roku przemierzali panońskie równiny, bądź przebiegłym piratom, którzy plądrowali wybrzeża Morza Śródziemnego. Strzeżeni przez mauretańskich wojowników, zdegenerowali przez bogactwo, oddawali się jedynie bezczynności i występkom. Kartagina stała się lupanarem Morza Śródziemnego, co już w 430 roku oburzało kapłana Salwiana: „W Kartaginie oddychano zepsutym powietrzem, które nieczystość szerzyła po całym mieście. Ulice i place były siedliskami rozpusty i nikczemnej prostytucji. W mieście chrześcijańskim, uhonorowanym jedną z najwyższych godności Kościoła, widziano ludzi, którzy zarzekali się własnej płci, publicznie ukazywali się przebrani i tym samym własny występek przemieniali w grzech całego miasta. I ta przywara, tak potworna i nowa, znajdowała dla siebie ochronę w obecności urzędników, w poklasku ludu, w przyzwoleniu całej Kartaginy. Któż mógłby to pomyśleć, ale też kto by ośmielił się pomyśleć: mężczyźni! Zapożyczali wygląd, ruchy, maniery przeciwnej płci i dalecy od tego, by rumienić się z powodu swego zniewieścienia, przeciwnie, rumienili się, że w jakieś mierze mogą jeszcze wydawać się mężczyznami”.

Nie pozostało po nich prawie nic. Przeszli od barbarzyństwa do dekadencji nie zaznawszy cywilizacji, by użyć określenia użytego niegdyś (choć w innym kontekście) przez Claude Lèvi-Straussa.

Praktyczny talent

W 2014 roku pod naciskiem amerykańskim polityków, którzy zagrozili zablokowaniem kontraktów w Stanach Zjednoczonych, SNCF (Krajowe Przedsiębiorstwo Francuskich Kolei Żelaznych) zapłacił 195 mln zł za transport 76 tys. Żydów do nazistowskich obozów. Teraz pora na Holandię. Państwowy przewoźnik kolejowy, Nederlandse Spoorwegen, będzie musiał zapłacić odszkodowanie za umożliwienie nazistom transportu Żydów do obozów śmierci. W czasie wojny, w okupowanej Holandii, naziści zapłacili Nederlandse Spoorwegen prawie 11 mln (w przeliczeniu na złotówki) za przewiezienie 102 tys. ofiar z obozu przejściowego Westerbork do innych europejskich obozów zagłady. O wysokości odszkodowania zadecyduje specjalnie zwołana komisja. Ma ona zbadać osobno każdy przypadek. Tylko 3 tys. przewiezionych przeżyły zagładę. Odszkodowanie ma trafić do rąk ocalałych, a raczej do rodzin i potomków ofiar. Czy potem przyjdzie pora na Polskę? W przypadku odmowy czy sprzeciwu, amerykańscy „politycy” zapewne chętnie zagrożą zablokowaniem kontraktów w Stanach Zjednoczonych …

Wiele jest narodów, które wycierpiały wiele. Cierpienie jest i pozostanie częścią ich historii. Nie szczycą się tym, nie zaprzeczają temu i nie wykorzystują tego. Możliwe, że znikoma jest moja wiedza historyczna, ale nie znam drugiego narodu, poza Żydami, który chce i potrafi zarabiać nawet na swoim cierpieniu. Bardzo praktyczny talent.

Jest w tym wszystkim i inna, mniej czysta strona. Jeżeli zakładamy, że nasze cierpienie można zmierzyć, zważyć lub wycenić, to przyznajemy tym samym, że nasze cierpienie jest towarem. Towarem jak każdy inny towar. Czymś zewnętrznym i wymienialnym. Jeżeli mówimy, że za nasze cierpienia żądamy 100 czy 200 mln mówimy, innymi słowy, że nasze cierpienia można kupić, że sprzedamy je za wyżej wymienione sumy. Sprzedać zawsze oznacza to samo – przestać być właścicielem tego, co sprzedaliśmy. Bez względu na to, co to będzie: kanapa w stylu Ludwika czternastego, akcje giełdowe, słoik ogórków czy cierpienie. Jest w tym jednak subtelna, lecz ważna różnica. Gdy sprzedaję kanapę w stylu Ludwika któregokolwiek, pozbywam się przedmiotu, czegoś zewnętrznego, czegoś, co w istocie i tak nigdy do mnie nie należało. Ale cierpienie nie jest przedmiotem. Gdy sprzedaję więc moje cierpienie, unieważniam je i powinienem ogłosić je za niebyłe. Nie mam już prawa do tego cierpienia. Nigdy już nie powinienem powoływać się na nie, nawet wspominać o nim. Sprzedałem je, przestało być moje, nie mam do niego żadnych praw. Żydzi konsekwentnie i z uporem wyprzedają swoje cierpienia. Pozostaje wierzyć, że gdy wyprzedadzą już całe cierpienie będą wreszcie szczęśliwym, radosnym narodem, uwolnionym nawet od śladu cierpień. Tyle może, że przy okazji pozbędą się także swojej historii. Ale co tam historia. Historię, jeżeli ma się talent, też można sprzedać.