Goldoni, istny tytan pracy, przekazał do teatrów 16 sztuk tylko w jednym sezonie i nigdy nie doczekał się żadnej zapłaty. Ani grosza przez cały rok, zupełnie nic, pisał. Chwalono go, podziwiano, zasypywano komplementami, ale – jak słusznie zauważył – człowiek do życia potrzebuje czegoś więcej niż chwały.
Prawo autorskie w obecnej formie (drapieżnie egzekwującym niebotyczne honoraria za byle głupiutką pioseneczkę) jest osiągnięciem stosunkowo nowym, mającym początek w XVIII stuleciu. Ciekawe, że pojęcie „twórczości” długo było nieobecne w naszej kulturze. W antycznej Grecji w ogóle nie istniał taki termin, w Rzymie określenia creator używano w znaczeniu „ojciec”, a creator urbis – „założyciel miasta”. W średniowieczu i w epoce odrodzenia słowo creator, jako synonim Boga, występowało jedynie w teologii. Termin „twórca” wszedł do dziedziny sztuki dopiero w XIX wieku, stając się synonimem artysty. Od niego powstały przymiotnik „twórczy” i rzeczownik „twórczość”, używane do dziś w odniesieniu do artystów i ich pracy. A pierwszą umową w sprawie respektowania praw autorskich była tzw. konwencja berneńska zawarta w Bernie 9 września 1886 roku, która powstała zresztą z inspiracji pisarza, Wiktora Hugo.