Okrucieństwo

Kiedyś, w czasie wizyty w domu opieki nad ludźmi z chorobą Alzheimera, zaabsorbował mnie przypadek człowieka, który przestał jeść. Żywiono go pozajelitowo. Z początku był karmiony,  ale pokarm tylko gromadził się w jamie ustnej i w końcu trzeba było go wygarniać, żeby się nim nie udławił. Nie polegało to jednak na tym, że pacjent odmawiał jedzenia. On po prostu zapomniał, jak się to robi. Odruchy gryzienia, żucia i połykania ulotniły się z jego pamięci. Nie pamiętał już zresztą niczego i nikogo, nie mówił, nie reagował na żadne bodźce, nie panował również nad czynnościami fizjologicznymi, jego oczy przypominały dno wygasłego krateru, a twarz pozostawała idealnie martwa, nic nie poruszało choćby jednego z dziesiątków jej mięśni. W tym ciele od dawna już nikt nie mieszkał. I jedyną potrzebą, która jakimś cudem przetrwała w tej pustej skorupie była potrzeba chodzenia – chodził, gdy tylko pozwalano mu na to, chodził wówczas bez przerwy, godzinami krążył między stolikami dość obszernej sali jadalnej, krążył aż do wyczerpania, do upadku, niczym automat w którym pozostała już tylko ta jedna jedyna funkcja, ale nawet i wówczas, gdy w końcu przywiązywano go do krzesła czy łóżka, jego stopy poruszały się tak samo miarowo i kompulsywnie, w takt chodzenia. Ani w nim ani w jego zachowaniu nie było już nic ludzkiego – pozostał tylko pusty, wydrenowany z wszelkiego człowieczeństwa kokon. Ten człowiek był już martwy. Pozostawianie go wśród żywych wydawało mi się być było przejawem niewiarygodnego okrucieństwa. Dzisiaj myślę, że tak właśnie jest, a najokrutniejsi bywamy wówczas, gdy usiłujemy być ludzcy.