Domy w tej dzielnicy sprawiały wrażenie lękliwych i spłoszonych. Nie rozpierały się, jak dumne i wyniosłe domy z pobliskiego Zagórza, których ogromne brzuszyska nie tylko anektowały bajecznie wielkie ogrody, ale – jakby i to im nie wystarczało – wylewały się na chodniki, zamieniając je w pasemka wąskie jak zgorzkniałe, zaciśnięte wargi. Te domy natomiast, jakby zażenowane swoim istnieniem, chowały się za barczystymi konarami stuletnich drzew, za uskokami wzgórza, we wstydliwych dolinkach, za skałami i przypominały ciche, pokorne kobiety, które zawsze kryją się w cieniu męża …