Homo sapiens Rutgera Bregmana, holenderskiego historyka i dziennikarza, uznawanego za piewcę nowych idei, a przez TED Talks za jednego z najwybitniejszych młodych myślicieli. Ten „młody” myśliciel, a dokładnie 35 letni, bo urodzony w 1988 roku, stawia tezę, że pesymistyczna wizja Hobbesa zawarta w jego słynnym Bellum omnium in omnes, czyli stan wojny wszystkich przeciwko wszystkim, jako zasada funkcjonowania naszego gatunku, jest całkowicie mylna, bo w istocie człowiek jest dobry, pełen współczucia, empatii i gotowości do współpracy. Teza jest interesująca, warto byłoby przyjrzeć się jej z bliska, ale Bregman posiłkuje się zwietrzałymi ideami głoszonymi przez Jana Jakuba Rousseau, przedstawiając go niemal jako wizjonera i proroka.
W tym miejscu poczułem, że chyba nie dokończę tej książki, a zyskałem taką pewność, gdy doszedłem do momentu, gdy Bregman powołuje się na opinię Rousseau w sprawie wychowania dzieci, cytując jego zalecenie, by dzieci „dorastały wolne i nieskrępowane”. Mogłem uznać, że autor „Homo sapiens”, jeden z najwybitniejszych młodych myślicieli”, zafascynowany filozofią Rousseau, nie miał czasu, by zapoznać się z życiem swego idola, chociaż takie niedopatrzenie mocno kwestionuje jego „wybitność”, a nade wszystko jego rzetelność jako naukowca. Albo przeciwnie: mogłem też uznać, że dokładnie zapoznał się z życiem Jana Jakuba, ale wolał nie wspominać ani słowem o sprawach, które mogłyby postawić jego idola w niezbyt pochlebnym świetle. Uznałem, i zapewne słusznie, że R. Bregman, wypróbowaną metodą wielu młodych i wybitnych „myślicieli” spod znaku permisywizmu, postanowił coś przemilczeć, by tym łatwiej i skuteczniej udowodnić postawioną przez siebie tezę.
A przemilczał Rutger Bregman rzeczy istotne: przemilczał między innymi marne kompetencje Jana Jakuba Rousseau odnośnie wychowania dzieci i wypowiadania się na ten temat. Otóż, Jan Jakub wraz z Thérèse Levasseur, bieliźniarką z Orleanu, która najpierw została jego kochanką, a w 1768 żoną, spłodzili aż pięcioro dzieci. I każde z tych dzieci, natychmiast po urodzeniu, nie fatygując się nawet, by nadać im jakieś imiona, oddawali do przytułku, nigdy więcej nie interesując się ich losem. W konsekwencji, jak łatwo zgadnąć, żadne z nich nie zdołało przeżyć nawet dwóch lat. Jan Jakub Rousseau nie miał problemów z płodzeniem dzieci, ale – jak bezpretensjonalnie wyznaje to w Wyznaniach – wychowywanie ich byłoby już zajęciem zbyt ciężkim, by mógł temu podołać. Rozumiem, że być może dla wybitnego młodego myśliciela holenderskiego nie ma w tym żadnej sprzeczności, żadnego oszustwa, żadnej niekonsekwencji i nie widzi on najmniejszego powodu, by interesować się prywatnym życiem Jana Jakuba Rousseau, ale dla mnie ważne jest nie tylko to, co ktoś mówi, ale i kto to mówi. I jest to ważne zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza teraz, gdy cała rzesza wszelkiej maści meneli, łajz, obwiesi i hultajów, pretendujących do miana intelektualistów, bezczelnie zawłaszcza słowa, rozmywając lub zmieniając ich znaczenia. Nie doczytam więc pracy Homo sapiens, autorstwa jednego z „najwybitniejszych młodych, holenderskich myślicieli”, wyrzucę ją do śmietnika. Ale zrobię to jutro. Dzisiaj jest mroźno na dworze i pada gęsty śnieg.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.