Heian

Czasem w naszej brudnej i krwawej historii rozkwitają gdzieś stulistne róże. Dla mnie taką stulistną różą jest Wenecja czasu maski i karnawału, Wenecja Casanovy. O Wenecji wiemy jednak trochę. Natomiast o innej takiej stulistnej róży nie wiemy prawie nic. Jest to okres Heian w Japonii – 300 lat  wyrafinowanej kultury dworskiej, która zrodziła arcydzieła niemal w każdej dziedzinie sztuki. Heian częściej nazywa się okresem Fudziwara, od nazwiska arystokratycznego rodu, który całkowicie zdominował życie polityczne i kulturalne tamtego czasu. Książęta Fudziwara, skoligaceni z rodziną cesarską (żonami cesarzy były z reguły księżniczki z tego rodu) byli regentami de facto rządzącymi krajem. I niemal wszyscy byli mistrzami w sztuce intrygi, skutecznie eliminując to, co mogłoby zagrażać ich potędze. Pod patronatem tego rodu rozkwitła w stolicy (a wówczas było to Kioto) kultura, która nie miała sobie równych. Niektórzy widzą jej słabość w tym, że ograniczała się głównie do cesarskiego dworu i jego kręgów, ale to właśnie ta „dworska” i „ograniczona” kultura stworzyła podstawy tego, co dzisiaj nazywa się narodową sztuką japońską.

Literatura ( Gendzi monogatari Murasaki Sikibu czy Makura-no sosi, Notatnik osobisty, Sei Sionagon) i zabytki malarstwa tego okresu opowiadają o świecie całkowicie pogrążonym w zaczarowanym kręgu własnych spraw, świecie, który żył w nieustannej pogoni za coraz bardziej wysublimowanymi przyjemnościami, świecie, który pragnął rzeczywistość przekształcić w dzieło sztuki. Do wydarzeń wagi państwowej, wydarzeń notowanych przez kroniki tej epoki, należą między innymi takie fakty:

„Gwałtowny wiatr powalił dwa drzewa w parku południowym. Zamieniły się w bażanty”; „Czerwone wróble pojawiły się na dachu jednego z pałaców i siedziały tam przez dziesięć dni”.

Heian zdążało do urzeczywistnienia estetycznego ideału w każdej dziedzinie życia, życie miało przypominać piękny wiersz lub sen. I przypominało, symbolizm obejmował i przesycał wszystko – ceremioniał dworski, ułożenie kwiatów, grę słów, uśmiech, wiersz, kolory, ubior, sposób wyrażania się. Ważne było nie tyle to, co się mówi, ale jak się to mówi – nie tyle to, co potrafimy słowami wyrazić, ale może głównie to, co przy ich pomocy potrafimy ukryć. Nie same uczucia, lecz sposób ich wyrażania. Ten świat łączył prostotę i wyrafinowanie tak, jak nie udało się to być może nigdy i nigdzie indziej. Finezja, wyrobienie estetyczne, poczucie piękna, subtelność, przesycone buddyjską melancholią i łagodną świadomością przemijania. W tej epoce wrażliwość na piękno ceniono bardziej niż moralność, a człowiek, który nie potrafił pisać wierszy uznawany był za barbarzyńcę.

Epoka Heian, podobnie jak Wenecja Casanovy, odeszła w szczęku broni, w krwi, okrucieństwie i bezwzględności. Znakomitą tego ilustracją są trzy zwoje Heidzi monogatari. W jednym ze zwojów artysta odmalował rzeź dam dworu Gosirakawy – ich ciała, zrzucone na stos, leżące w bezwładnie skłębionych, podartych i splamionych krwią jedwabnych szatach przypominają pomordowane motyle.  Czemu tak lubię Heian? Czy dlatego, że jest sabi?

Agni

Agni to w indyjskiej mitologii bóg ognia. W sanskrycie słowo to oznacza „ogień”, jest pokrewne z łacińskim słowem „ignis” i rosyjskim „ogon”. To wyjaśnienie jest potrzebne, abyś zrozumiała sekwencje o których chcę opowiedzieć.

Pierwsza scena ma miejsce dzisiaj rano, mniej więcej szósta dwadzieścia, gdy jestem w drodze do pracy. Spostrzegam na płocie graniczącym z siedzibą straży pożarnej wypisany sprayem napis, napis bardzo niezdarny i niedbały, i odczytuję go jako agni. Zastanawiam się, czy ktoś wiedział, co znaczy to słowo czy też jest to tylko przypadek, po prostu czyjeś bazgroły, jakich widuje się obecnie tak wiele. Scena druga rozgrywa się już kilkadziesiąt metrów dalej. Po przejściu esplanady Kungsgatan, nadjeżdża naprzeciwko mnie samochód osobowy i ze zdziwieniem widzę, że ma rejestrację AGN 131. Jedzie bardzo wolno, mam czas, by przyjrzeć się rejestracji dokładnie, nie ma żadnej pomyłki. Jaki śmieszny przypadek, myślę. Niespełna pięć minut później jestem na skrzyżowaniu Amiralsgatan z Föreningsgatan. I tu mamy scenę trzecią. Na przejściu dla pieszych, po przeciwnej stronie, pojawia się jakaś kobieta ubrana w długi, ciemny płaszcz z kapturem. Gdy mijamy się w połowie przejścia spostrzegam kątem oka, że czyni gest, jakby chciała zatrzymać się. Odwracam się i wtedy słyszę swoje imię. Po chwili poznaję ją. Pracowaliśmy kiedyś razem, ale dawno temu i nie widziałem jej od tamtego czasu. Zamieniamy kilka pośpiesznych i zdawkowych słów, miło, do zobaczenia, i każde z nas idzie w swoją stronę. Wędrując usiłuję przypomnieć sobie jej imię. Nie udaje mi się to mimo wysiłków. Myślę, nieważne, pewnie i tak nie spotkamy się już nigdy. Ale kilkadziesiąt metrów dalej, na wysokości sklepu z artykułami do produkcji domowego wina, nagle przypominam sobie jej imię. Agneta. Miała na imię Agneta. Zauważ: Agn-eta. Trzy razy to samo słowo, rdzeń oznaczający ogien, i to w wielu językach, po godzinie szóstej rano, na przestrzeni kilkuset metrów. Jak myślisz? Ile w tym przypadku?