Szwedzka ulica

Szwedzka ulica jest niezróżnicowana. Jest to ulica niewymownie nudna. Mężczyzni i kobiety wyglądają niemal identycznie i ubierają się niemal identycznie. Dominują ciemne, szare kolory, bezstylowe, nieforemne kurtki, dżinsowe spodnie, niekształtne i wulgarne sportowe obuwie. Poruszają się również w podobny sposób. Ciężki, wydłużony krok, stopa stawiana całym ciężarem, żadnego przejścia z palców na piętę, a więc i żadnej lekkości, żadnego wdzięku. Kobieta w czółenkach jest tu zjawiskiem rzadszym niż widmo Brockenu. Króluje tak zwane obuwie wygodne, a to oznacza chód chłopa od gnoju, marsz szturmowych oddziałów, elegancję walców drogowych. Można to jakoś znieść, gdy chodzi o mężczyzn – większość to i tak przebrane pawiany. Ale gdy kobiety poruszają się równie odrażająco, jest to jeszcze bardziej odrażające. Granica między tym, co męskie, a tym, co damskie właściwie nie istnieje już od dawna. Ludzie przestali być uprzejmi. Coco Chanel powiedziała kiedyś, że „być dobrze ubranym to piękna forma bycia uprzejmym”. Na szwedzkiej ulicy prawie nie spotka się już ludzi uprzejmych. A jeśli tak, to rzadko, bardzo rzadko. Szwedzka ulica jest monotonna i szara jak wycieraczka. Stała się jeszcze bardziej monotonna od kiedy w jej pejzażu pojawiły się kobiety z krajów muzułmańskich, przypominające stada posępnych, brzydkich Morloków z powieści Wellsa. Zawinięte w ciemne hidżaby o kroju pustynnych namiotów, łopoczących na wietrze, w sukniach przypominających pokrowce na pokraczne fotele, „zachuszczone” w kwefy, układane zawsze na jedną modłę, czynią tę ulicę jeszcze bardziej ponurą. Ulica szwedzka, która nigdy nie była spektaklem ani zbyt interesującym ani zbyt barwnym, obecnie stała się przeżyciem przykrym i nieestetycznym.