Używaj właściwych słów, nazywaj rzeczy po imieniu. To ważne. Dawny, pospolity żarłok nazywany jest obecnie bulimikiem. Nic takiego? Wbrew pozorom różnica jest olbrzymia. Żarłok objada się bowiem, a bulimik jest „ofiarą choroby psychicznej o podłożu biologicznym”. Zwykle obżarstwo przedstawia się więc jako fizjologiczny i biochemiczny stan organizmu, w którym pojawia się nieodparte łaknienie złożonych węglowodanów. Należy przez to rozumieć, że żarłok wymaga raczej leczenia niż potępienia. To samo dotyczy innej naszej przypadłości – pożądliwość. Pożądliwych określa się dzisiaj mianem „uzależnionych od seksu”, przez co dawny, powszechny i skądinąd zacny grzech przeobraził się w zaburzenie w zachowaniu, co również podpowiada raczej potrzebę leczenia niż potępienia. Ale w istocie bulimik jest obżartuchem, a „uzależniony od seksu” nie znaczy nic innego niż właśnie pożądliwy. Także gniew, chciwość i zazdrość sprowadzono do krainy eufemizmów. Tłumaczy się je „zaburzeniami nad kontrolą odruchów”, a więc zaburzeniami emocjonalnymi. Interpretowane są jako nieuniknione wytwory nowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. Znów leczenie zamiast potępienia. Już nie są to wady, grzechy czy przykre cechy charakteru – to dolegliwości, którymi zajmuje się, a przynajmniej powinna zajmować się, medycyna.
Nawet jedna z naszych najstarszych i najbardziej przykrych wad, pycha, awansowała dzisiaj do miana cnoty. Obecnie za przyczynę niemal każdego problemu psychicznego czy społecznego uważa się niską samoocenę – jako środek zaradczy na marne wyniki w szkole czy pracy, anoreksję lub bulimię, przestępczość czy lenistwo zaleca sią podniesienie samooceny osób dotkniętych tymi przypadłościami. Pycha jest dobra na wszystko.
Terapeutyczne definicje naszych nałogów podnoszą znaczenie naszej bezsilności niemal do poziomu … samozagłady. Nic nie możemy, na nic nie mamy wpływu, nic od nas nie zależy, niczego nie możemy zmienić – z punktu widzenia współczesnej kultury bezsilność jest podstawowym stanem naszego życia. Ta fatalistyczna perspektywa sprawia, że nawet leczenie jest bezzasadne i pozbawione sensu. Nałogowcom wmawia się, że nigdy nie zostaną całkowicie wyleczeni. A więc ludzie, którzy leczą się z „uzależnień” od seksu, alkoholu czy religii leczą się tylko dla formy, bo naprawdę nikt z nich się nie zmienia i wcale tego nie pragnie.