Fritz Haber

Podczas I wojny światowej Niemcy zostały obłożone morską blokadą. To spowodowało poważne niedobory surowców, a zwłaszcza saletry potasowej, stanowiącej składnik prochu strzelniczego i materiałów wybuchowych. Saletrę można było co prawda zastąpić amoniakiem, lecz produkcja amoniaku była szalenie kosztowna. I w tym miejscu pojawia się Fritz Haber, chemik niemiecki żydowskiego pochodzenia, urodzony nota bene we Wrocławiu, który opracował metodę produkcji amoniaku z wodoru i azotu z atmosfery. Niemcy natychmiast wykorzystali to odkrycie do uruchomienia przemysłowej produkcji materiałów wybuchowych. Nie brakuje historyków, którzy utrzymują, że gdyby nie to odkrycie Habera, Niemcy zostałyby zmuszone do kapitulacji na długo przed listopadem 1918 i być może wszystko potoczyłoby się jakoś inaczej. Ale historia nie kończy się w tym miejscu.

Fritz Haber był entuzjastą stosowania trujących gazów do celów bojowych, jednym z głównych organizatorów ich produkcji i w bitwach m.in. pod Langemark oraz Ypres osobiście nadzorował atak chemiczny, skrzętnie notując objawy u zatrutych gazami, konających żołnierzy. Jego zaangażowanie w tej sprawie doprowadziło do samobójstwa jego żonę Clarę. Zastrzeliła się z pistoletu służbowego Habera. Obciążenie psychiczne, gdy dowiedziała się o efektach działań jej męża, było zbyt wielkie. Nazajutrz po jej pogrzebie Haber wyruszył na front ponownie testować gazy. W 1918 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii, a komisji noblowskiej jakoś nie przeszkadzało, że był wmieszany osobiście w śmierć tysięcy młodych ludzi. W latach dwudziestych jego współpracownicy, pod jego nadzorem, zdołali opracować technologię produkcji … cyklonu B, który miał służyć jako środek do dezynfekcji. „Przydatność” cyklonu B, jako środka do zabijania ludzi, odkryto przypadkiem. Początkowo stosowano go tylko do odwszawiania ubrań skonfiskowanych więźniom przywożonym do obozów. Okazało się wtedy, że cyklon szybciej działał na ludzi niż na owady. Cztery kilogramy cyklonu były w stanie zabić ok. 1000 ludzi. Jego kilogram kosztował zaledwie ok. 5 marek niemieckich. Po wojnie jeden z uczniów Habera Bruno Tesch, szef przedsiębiorstwa sprzedającego go do obozów, został skazany na śmierć. Udowodniono mu, że wiedział o przeznaczeniu gazu.

W ten sposób niemiecki Żyd pomógł niemieckim oprawcom wymordować miliony swoich żydowskich ziomków. Czy życie nie jest ironiczne?

Motyw Wespazjana

Gabinet dentystyczny Wespazjana, położony przy zacisznej i sennej ulicy Hanzeatyckiej, mieścił się na parterze starego, secesyjnego domu, który – jak wszystkie domy na tej ulicy – ubrany był w gęsty, ciemnozielony pulower, wypleciony cierpliwą dłonią bluszczu. Pnącza tego krzewu, wyrastające bez surowej pedagogiki sekatorów, bawiły się tu nawet na trotuarach, niekiedy, dla zabawy, podstawiając nogę przechodzącym staruszkom. On sam zajmował mieszkanie położone piętro wyżej, składające się z trzech ogromnych pokoi, kuchni naśladującej dworcową poczekalnię i łazienki tak wąskiej, że uwierała w biodra. Za całe wyposażenie salonu służył niklowany stół z prosektorium, zakupiony na wyprzedaży, oraz sześć dentystycznych foteli, nabytych tą samą drogą. Na jednej ze ścian, mocno spatynowanej kurzem, kołysała się nader swobodna, choć świetnie wykonana malarska trawestycja „Anatomii doktora Tulpa”, z tą drobna różnicą, że miejsce rembrantowskiego denata w odpychającym rigor mortis tutaj zajmowała urocza denatka o bujnych kształtach i zachęcająco rozchylonych udach, a sam doktor Tulp nosił rysy Wespazjana z jego bardzo szerokim, kwadratowym czołem, grubymi nozdrzami hipopotama i oczami przywodzącymi na myśl ommatofory. Sypialnię wypełniało olbrzymie łoże z baldachimem oraz moskitierą, stojące dokładnie pośrodku pokoju, a pościel tego ikrzyska, niegdyś zapewne różowa, szczyciła się obecnie barwą chodnikowych płyt. Trzeci pokój Wespazjan nazywał dumnie „palarnią” i było to określenie szalenie bliskie prawdy.

Życie Wespazjana, z pozoru stabilne i zrównoważone, rozpięte między godzinami przyjęć i monotonią towarzyskich powinności, zakrzepłych w nudzie jak galaretki z bitą śmietaną, posiadało także inny, utajony wymiar, gdzie na aptekarsko czułych szalach licytowały się dwie namiętności. Pierwsza wiązała się z jego zawodem, uprawianym z nieskrywaną przyjemnością, ale Wespazjan urodził się z duszą prawdziwego dentysty dla którego lęk w oczach pacjentów przedstawia wartość tak istotną, jak dla imperatora owacje tłumu – nie potrafił bez tego żyć. Brak tegoż lęku lub jego nikłe natężenie wyzwalały w nim złośliwą pomysłowość i ten rodzaj inwencji, która, przedkładając skuteczność nad delikatność, dość szybko przynosi pożądane efekty – ofiara jego zabiegów, porażona perfidną demonstracją katowskich instrumentów, wgnieciona w fotel, z błazeńsko otwartą jamą ustną, wijąc się i jęcząc, prędko zaczynała żałować niewczesnego pokazu swej odwagi. Natomiast pacjentów pokornych, drżących ze strachu jeszcze przed drzwiami gabinetu, traktował względnie poprawnie i ulgowo. Reszta była wyzwaniem dla jego zawodowej dumy, ale tylko tych obsługiwał prawdziwie mistrzowsko i jedynie oni nie mieli powodów do narzekania na jakość świadczonych przez niego usług. Kategorię szczególną, otaczaną przez Wespazjana najczulszą opieką i hołdami, stanowiły nobliwe panie, których piękne koronki, wykonane ze złota najwyższej próby, były stałym przedmiotem jego zabiegów. Zwykle wymieniał je na jakiś tragiczny stop, własnego pomysłu, który co prawda wytrzymywał ciśnienie płynów, ale rozpadał się przy spotkaniu z niedogotowanym kartoflem. To intratne zajęcie uprawiał z powodzeniem od lat, jakimś cudem nie wzbudzając żadnych podejrzeń.

Na bliźniaczej szali wespazjanowych namiętności, a tę obserwowaliśmy ze szczególnym zainteresowaniem, znajdowała się Kobieta. Lista jego kochanek przypominała katalog telefoniczny sporego miasteczka, chociaż my znaliśmy tylko trzy ostatnie. Pierwsza z nich miała biust zdolny uwieść nawet schody i opuściła go bez słowa po trzech miesiącach nad wyraz zgodnego pożycia, głównie seksualnego, pozostawiając mu na pamiątkę swój czarny stanik, ale zabierając srebrną zastawę stołową. Stanik, niczym relikwia z sanktuarium Afrodyty Mastos, wisiał na zardzewiałym gwoździu na ścianie jego sypialni i Wespazjan nie ukrywał, że w samotne wieczory jeden rzut oka na to cudowne naczynie życia sprawia, że w jego znużonym ciele ponownie budzą się i zaczynają cyrkulować wszystkie żywotne soki, owocując połowiczną, acz intensywną rozkoszą.

Druga, niewiarygodnie brzydka, kusiła figurą tak doskonałą, że mogłaby wzorem Fryne pozować Praksytelesowi. Poruszała się w sposób, który łączył harmonijnie naturalność i lekkość, wskrzeszając niesłusznie zapomniane słowa „gracja”. Tak też nazywaliśmy ją i jej prawdziwe imię nie zachowało się chyba w niczyjej pamięci. Obsługiwała nas podczas spotkań u Wespazjana bezszelestnie, zawsze milcząca, ale tą odmianą kojącego milczenia, które nie wynika z niechęci czy zawziętości. Wytrzymała znacznie dłużej, bo ponad rok, a kiedy znikła, my też, na znak protestu, zaprzestaliśmy wizyt. Nic nie było w stanie zastąpić jakości estetycznych przeżyć, dostarczanych nam przez jej nieludzko wdzięczne i zgrabne ciało. Wysiłki Wespazjana ignorowaliśmy jednomyślnie i okrutnie, kwitując je co wyżej wzruszeniem ramion, chociaż trzeba przyznać, że starał się jak mógł i sprowadzał na nasze sympozja prawdziwe piękności. Nic nie pomagało, nie przyjmowaliśmy wyjaśnień, że była brzydka, że miała pryszczatą twarz i zbieżnego zeza. My, których wzrok nie musiał i zwykle nie przekraczał poziomu jej szyi, nie mogliśmy poważnie traktować tak banalnych przyczyn dla których pozbawiono nas przyjemności obcowania z wcieleniem fizycznej doskonałości. Przeżyliśmy to rozstanie bardzo boleśnie, głównie Bosan, niepoprawny manichejczyk, z zapałem polujący na jednojajowe bliźnięta metafizycznych pojęć. Gracja, godząc skrajną brzydotę i piękno, uchodziła w jego oczach za coś w rodzaju inkarnacji Heleny, towarzyszki Szymona Maga, bogini i ladacznicy. Poszukując jej potem na ulicach, w parkach i kawiarniach naszego Miasta, spędziliśmy wiele przeuroczych chwil.

Trzecia wybranka Wespazjana przerastała go o kilka centymetrów wzrostem i o ponad dziesięć lat życiowym stażem, a wątłe już kwiaty jej dawnej urody, mocno nadszarpywane gorączkową eksploatacją, więdły w zawrotnym tempie. Jednak ona wydawała się być tego zupełnie nieświadoma, szafując resztkami swojej energii z desperacką rozrzutnością, a nasze życzliwe uwagi zbywała diogenejską przypowieścią o biegaczu, któremu przed metą nawet nie wypada zwalniać kroku. Starzała się więc z dnia na dzień, ale postrzegaliśmy nie bez zaskoczenia, że odwrotnie proporcjonalnie do jej fizycznego upadku wzrastała krzywa jej pozycji i znaczenia w życiu Wespazjana. Bez jej aprobaty nie zakładał nawet krawata, a gdy zapadła na zdrowiu pielęgnował ją z oddaniem siostry miłosierdzia. Zgasła samotnie i nagle, podczas gdy Wespazjan, radośnie przekonany o poprawie jej zdrowia, zażywał w towarzystwie Nasensterna przyjemności parowej łaźni.

Nie mógł sobie tego darować. Psiogłowe staruchy ścigały go potem długie miesiące, alkohol i bezsenność upodobniły do upiora, aż za poradą Bereniki zniknął na pewien okres, a kiedy pojawił się ponownie, już uzdrowiony, zaobserwowaliśmy brak serdecznego palca na jego lewej dłoni. Tłumaczył niechętnie, że stracił go w wypadku.

Z wolna wszystko powróciło do normy – pozornie. Otóż, od tej pory na początku grudnia każdego roku Wespazjan odwiedzał czeluści pobliskiego sklepu kolonialnego, nabywając tam około trzydziestu pułapek na myszy. Przez kolejne dni rozstawiał je pracowicie na strychu i w piwnicach, a potem – wywiesiwszy na drzwiach gabinetu dużą wywieszkę z napisem „Nieczynne” – oddawał się polowaniu nie szczędząc sera i korzennej kiełbasy. Zwykle na dwa tygodnie przed świętami był już gotów i zaopatrzywszy się w kartoniki, papier i kolorowe wstążeczki zabierał się do pracy. Wypreparowane myszy, sztywne i uroczyste, powleczone warstwą lakieru, pieczołowicie i uważnie układał w kartonikach i dołączywszy do tego bilecik z napisem „Oby Wam wiodło się lepiej w Nowym Roku!”, rozsyłał te „prezenty” do znajomych i przyjaciół.

Naturalnie, po pierwszych, żałosnych doświadczeniach nikt już nie odważał się otwierać jego noworocznych darów. Pismo Wespazjana, wyraźne i kaligraficzne, rozpoznawano bez  trudu, a paczka, nietknięta, lądowała w śmietniku. Mimo tego, niezrażony, rok po roku ponawiał swoje nadaremne memento mori.

(Frag. powieści URBS)

Milorad Pavić

Milorad Pavić: Proszę sobie wyobrazić dwóch mężczyzn trzymających na arkanach schwytaną pumę. Gdyby jeden chciał podejść do drugiego, puma rzuciłaby się na nich, ponieważ arkany by się obluzowały. Tylko wówczas, gdy obaj jednocześnie naciągają sznury, puma jest jednakowo oddalona od obydwóch. Ten, kto czyta, i ten, kto pisze, z wielkim trudem zbliżają się do siebie, albowiem między nimi jest wspólna myśl, schwytana na arkany, które każdy z nich ciągnie w przeciwną stronę. Gdyby tak spytać tę pumę, względnie tę myśl, jak się zapatruje na tamtych dwóch, zapewne odpowiadziałaby, że na końcach sznurów ci, którzy są jadłem, trzymają tego, którego nie mogą zjeść …

Mężczyzna wierzy

Mężczyzna wierzy, że prostytutka jest ciemnym kwiatem jego żądzy – powiedziała Venna  –  ale prostytutki to nałożnice i kapłanki miasta. To miasto je stwarza, wybiera i tylko jemu służą. Wieś może mieć swoją ladacznicę, jakąś meretrix Heva dicta Wspólna, jakąś dziwkę, nigdy jednak nie odważyła się wyśnić prostytutki. Prostytutka należy do miasta. Tylko w tej świątyni może uprawiać swój kult, tylko tutaj jest względnie bezpieczna i tylko tutaj może przekroczyć ramy swojej egzystencji. Tylko w mieście może przeobrazić się w marzenie, w sen, w bogactwo, we władzę i czasem we władczynię. Jej prawdziwym kochankiem, ale i najczulszym oprawcą jest miasto i nikt nie kocha tak miast jak one i nikt tak długo nie opłakuje ich śmierci. Wyganiane z miast powracały zawsze, a miasta otwierały przed nimi swoje furtki, ukryte przejścia, ofiarowywały im domy i dzielnice, ukrywały je i chroniły. Miasta należy sądzić według tego, jak traktują prostytutki. Ateny byłyby uboższe bez Sokratesa, ale kim byłby Sokrates, gdyby piersi Fryne nie pomagały nam go rozumieć ?

Venna wolno, bardzo wolno uniosła dłoń odgarniając spadające na twarz włosy; rosa zdawała się obciążać rękawy jej płaszcza. Prostytutka, stojąca w ciemnej bramie domu po drugiej stronie ulicy, przeszła za narożnik i lekko zadzierając spódnicę na stojąco oddała mocz.

(Frag. powieści URBS)

Hormonalne bliźnięta

Podwójne wózki dziecięce, przeznaczone dla bliźniaków. Nigdy przedtem nie widziałem takiej ilości tych wózków na ulicach miast, co obecnie. Jeszcze przed kilku laty było to zjawisko stosunkowo rzadkie. Teraz jest przeciwnie. Teraz zwykłe, pojedyncze wózki są nietypowym widokiem. Zacząłem nawet zastanawiać się, czy nie jest to przypadkiem jakaś anomalia wyłącznie lokalna, sprowokowana przez środowisko. Nie jest. Nathan H. Lents wyjaśnia to w pracy „Człowiek i błędy ewolucji”: Współczesna medycyna nieźle sobie radzi z przywracaniem prawidłowego cyklu rozrodczego u kobiet. Dzięki zastrzykom hormonalnym podawanym w starannie dobranym momencie często udaje się indukować owulację u kobiet, które zawiodły ich własne hormony. Terapie te działają tak dobrze, że jednorazowo uwalniane jest więcej niż jedno jajeczko. Doprowadziło to do wyraźnego wzrostu liczby urodzeń bliźniąt dwujajowych w Europie i Ameryce Północnej”.

Jakże gęsta i fascynująca

Jakże gęsta i fascynująca była rzeczywistość … Wnętrzności zwierząt i ptaków, skrywające tajemnice ludzkich losów, złowrogie proroctwa stłuczonych luster, spadające gwiazdy, wypisujące na niebie niezwykłość nadciągających zdarzeń, niedoceniana życzliwość czarnych kotów, przecinających nasze drogi do zguby, słowo, które było ciałem, cyfra, która przemieniała wszechświat w kosmiczną harfę w dźwiękach której zapisane było twoje imię i uśmiech Giocondy, poranki, gdy zamiast bełkotu gazet odczytywano jeszcze hermetyczne pismo nocnych marzeń, wytrwale rozsupłując splątane nitki ich metafor i obrazów. Każde zjawisko mogło być znakiem lub wróżbą, każde odmieniało się przez niesłychaną ilość koniugacji, tworząc język, który wiązał ogień i włócznię, rybę i zbawienie, kwiat i symetrię, widzialne i niewidzialne, żywe i martwe.

Moja babka, ilokroć wychodziła z domu w jakiejś ważnej sprawie i zdarzyło się jej potknąć na progu albo zapomnieć czegoś, zawracała natychmiast i przez resztę tego dnia zakładała włosiennicę wymuszonej bezczynności. Jej życie, mimo iż pozbawione nadzwyczajnych wydarzeń i przygód, wolne od przekleństwa dramatów i rozkoszy wielkich uniesień, było jednak niewiarygodnie pełne i bogate. Czytała świat jak cudowną i bajeczną opowieść, wsłuchiwała się w jego szmery i podszepty, i w jej oczach wszystko – niespodziewany smutek kwiatów i pogoda, lot ptaka oraz czyjeś spojrzenie, nagły cień niepokoju i list, który wyśliznął się z książki, spadając jej pod stopy, najzwyklejsze spotkania i sny –  wszystko to miało zachwycającą ciągłość, która wypływając z tysiąca różnych źródeł zawsze zdąża ku wspólnemu morzu. Zdawała się być przekonana, podobnie jak Lezama Lima, że to, co zbieżne jest w marszu, zbiega się potem we wspólnym celu. Przypadek, to próżne „dziecko nierozwikłanej lektury”, w jej świecie jeszcze nie władał, będąc raczej skromnym laufrem niż bezlitosnym królem. Rzeczywistość stanowiła dla niej teatr nieustających epifanii, a najlżejsze poruszenie liścia na tym drzewie pęczniało od przepowiedni i symboli – świat był księgą boskich objawień, tajemnym językiem, którego uczyła się pokornie i cierpliwie, wierząc, że w chwili, gdy złoży swoje pierwsze zdanie w tym języku, wtedy otworzy oczy i może przebudzi się ze snu. Poruszała się w przestrzeni gęstej i ożywionej, wśród miliardów ledwo postrzegalnych bytów i subtelnych znaków, i dzięki temu jej zmysły, wyostrzone czytaniem między wierszami rzeczywistości, rzadko dawały się zwodzić pozorom, z równą łatwością wykrywając prawdziwy sens drobnych zdarzeń jak czyjeś cierpienie czy smutek, choćby najstaranniej skrywane za beztroskim uśmiechem. Nie można było jej oszukać i w spotkaniu z jej intuicją najlepsze aktorstwo okazywało się żałośnie nagie i bezradne. Widziała więcej i czuła silniej. Jej istnienie było nieskończenie bogate, bogate wyjątkowym rodzajem bogactwa; bogactwa,  które otrzymuje się w zamina za podziw nad wieczną metaforą życia.

Nasza rzeczywistość jest pusta i zimna. Nie wsłuchujemy się w nią, od dawna już nie prowadzimy z nią dialogu, nie słyszymy jej szeptów, nie rozumiemy jej języka i nie przerażają nas złowrogie proroctwa stłuczonych luster, a spadające gwiazdy nie zapowiadają jutrzejszych wydarzeń. Poruszamy się w przestrzeni doskonale obojętnej, gdzie zjawiska nie zachodzą na siebie, nie nakładają się i nic nie znaczą. Stępiała również nasza wrażliwość i prędzej wyczujemy wadliwą pracę silnika samochodu niż odcień rozpaczy w ludzkim głosie. Kiedy nie uznajemy ciągłości, napisał Lima, przypadek w zawstydzający sposób góruje nad więzami przyczynowymi, deformując nie do poznania oblicza bogów.

Wielkie misterium obrazów pokryło się kurzem niczym od wieków nie czytana księga i tylko czasem, gdy wiatr niezdarnie tasuje jej karty, wpadają nam w oczy i we włosy mikroskopijne okruchy zapomnianego alfabetu. Rzeczywistość utraciła tożsamość, oblicza naszych bogów wykrzywia kubistyczne szaleństwo, strzała z łuku egipskiego faraona i inna, wprawiona w ruch silnym ramieniem Odyseusza, mimo iż podążają ku wspólnemu celowi, nie spotkają się już nigdy, nigdy też nie staną się tą samą strzałą, identycznym pytaniem, które raz postawione przemierza niestrudzenie czas, poszukując tarcz na których wypisane jest prawdziwe imię łucznika …

(Frag. powieści URBS)

Filozofia

Filozofia powinna być sztuką korzystania z życia. Filozofia jako sztuka kompromisu ze śmiercią jest nieporozumieniem – śmierć nie zna kompromisu. Filozofia powinna więc dostarczać teoretycznych środków pozyskiwania przyjemności i unikania sytuacji stwarzających nieprzyjemności. Whitehead powiedział, że być mądrym znaczy, po pierwsze: żyć, po drugie: żyć dobrze, po trzecie: żyć jeszcze lepiej. Co znaczy „żyć dobrze”? Niezależnie od nawoływań religijnych czy politycznych komiwojażerów, usiłujących sprzedać nam takie towary jak bohaterstwo, ascetyzm, wyrzeczenie czy patriotyzm, znaczy to zawsze: żyć bez cierpień, żyć w dostatku, żyć przyjemnie, żyć wygodnie.

Mamy tylko jedną własność i jedną pewność: nasze własne ciało rozpięte między dwoma nicościami; między tą, z której przychodzimy i tą do której zdążamy. Mamy jedynie ciało i jego zmysły – wypada żałować, że nie posiadamy więcej zmysłów, by móc cieszyć się życiem jeszcze intensywniej.

Powieść

Jose Ortega y Gasset: Powieść może być tylko powieścią, wnętrze jej nie może wyjść poza siebie i znaleźć się na zewnątrz, podobnie jak sen przestałby być snem, jeślibyśmy mogli we śnie wyciągnąć rękę w stronę jawy, uchwycić jakiś przedmiot rzeczywisty i wraz z nim cofnąć rękę wracając w magiczną krainę snu. Ręka osoby śniącej jest tylko bezcielesnym widmem, niezdolnym udźwignąć nawet płatka róży. Oba te światy są nieprzenikalne, i najlżejsze ich zetknięcie kończy się uniecestwieniem jednego lub drugiego. Kiedy byliśmy dziećmi, próbowaliśmy daremnie włożyć palec do wnętrza mieniącej się kolorami bańki mydlanej. Unoszący się w powietrzu delikatny kosmos rozpryskiwał się nagle spadając na podłogę mydlaną łzą.

Peryfraza

Peryfraza i metonimia wydają się być ulubionymi figurami stylistycznymi naszej przewrotnej współczesności. Moda zapoczątkowana przez prasę, złotego cielca tego wieku, weszła w powszechne użycie i zgodnie z nią kanibal rzadko obecnie bywa nazywany ludożercą (podkreśla się jedynie jego odmienne obyczaje kulinarne),  pedofilia jest tylko kwestią preferencji seksualnych, alkoholizm uznaje się za jednostkę chorobową i powinien wzbudzać nasze współczucie na równi z przypadkami raka, terrorysta nie jest pospolitym mordercą, lecz nieszczęśliwym bojownikiem o tę czy inną (zwykle przemilcza się, jak bardzo brudną) sprawę, a pospolity morderca jest ofiarą społecznych lub genetycznych uwarunkowań.

Do złudzenia przypomina to z jednej strony pantang, tabu językowe, przekonanie, że słowo jest ciałem i należy obchodzić się z nim równie ostrożnie jak z buteleczką nitrogliceryny – zwłaszcza jeżeli dotyczy podobnie wybuchowych desygnatów – a z drugiej strony, i to wydaje się bardziej prawdopodobne, zwykłą ucieczkę od zawsze trudnych i zawsze ryzykownych „oznakowań” moralnych, bowiem w konsekwencji takiej postawy zmuszeni bylibyśmy zamanifestować określone przekonania, dokonać wyboru i przyjąć odpowiedzialność za ten wybór.

Widzę wszystko – nie oceniam niczego”, dewiza prasy brukowej, posłużyła za matrycę dla współczesnej pseudomoralności. Tak jest wygodniej, tak jest łatwiej, ale przede wszystkim tak jest bezpieczniej. Jak zwykle najszybciej przyswoiła ją sobie masa, ale prasa od dawna już jest nie tylko jej jedyną rozrywką, lecz i sumieniem. Myślę, że gdyby w psychice przeciętnego osobnika można było dokonać jakichkolwiek spustoszeń, gdyby to w ogóle było możliwe, to należałoby uznać to za już dokonane.

Open society

Ważny głos na temat migracji w „Spieglu”. Autor artykułu, Leick, zauważa bardzo słusznie, że powodzenie integracji migrantów zawsze zależało i wciąż zależy od gotowości niższych warstw społeczeństwa do ich przyjęcia. Migranci nie wchodzą przecież od razu do warstw wyższych – te warstwy posiadają wystarczające środki, by stworzyć niewidzialne, lecz wyraźne granice i skutecznie odgrodzić się od obcych w swoich luksusowych kwaterach, szkołach, miejscach pracy. Pozornie nic więc nie przeszkadza im, by optować za ideałem społeczeństwa otwartego. Były szwedzki premier, Fredrik Reinfeldt, hojnie zapraszając migrantów, doskonale wiedział, że nie będzie narażony na ich obecność. Stać go było na takie zaproszenie, bo był świadom, że to nie on będzie za nie płacił. On nie mieszka w Malmö, w dzielnicy Rosengård czy Hyllie.

Zdaniem Leicka tak zwane otwarte społeczeństwo jest największym fake newsem ostatnich dziesięcioleci. Nie istnieje fenomen nazywany przez nas „open society”, fantasmagoryczny kaprys Sorosa. Paryż uważa się za miasto otwarte, ale czy miasto, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztuje 10 tys. euro jest miastem otwartym? Nie, odpowiada Leick, to miasto zamknięte, i proponuje, by politycy, zamiast uprawiać brednie o integracji migrantów, zajęli się „integracją własnego narodu”. Jego zdaniem jest to pilny problem, bo zachodnie demokracje i zachodnie elity całkiem zapomniały o własnych narodach. I na tym polega zdrada, o czym wiedzą już przeciętni obywatele Europy, a czego wciąż jeszcze zdają się nie postrzegać politycy.