Motyw Wespazjana

Gabinet dentystyczny Wespazjana, położony przy zacisznej i sennej ulicy Hanzeatyckiej, mieścił się na parterze starego, secesyjnego domu, który – jak wszystkie domy na tej ulicy – ubrany był w gęsty, ciemnozielony pulower, wypleciony cierpliwą dłonią bluszczu. Pnącza tego krzewu, wyrastające bez surowej pedagogiki sekatorów, bawiły się tu nawet na trotuarach, niekiedy, dla zabawy, podstawiając nogę przechodzącym staruszkom. On sam zajmował mieszkanie położone piętro wyżej, składające się z trzech ogromnych pokoi, kuchni naśladującej dworcową poczekalnię i łazienki tak wąskiej, że uwierała w biodra. Za całe wyposażenie salonu służył niklowany stół z prosektorium, zakupiony na wyprzedaży, oraz sześć dentystycznych foteli, nabytych tą samą drogą. Na jednej ze ścian, mocno spatynowanej kurzem, kołysała się nader swobodna, choć świetnie wykonana malarska trawestycja „Anatomii doktora Tulpa”, z tą drobna różnicą, że miejsce rembrantowskiego denata w odpychającym rigor mortis tutaj zajmowała urocza denatka o bujnych kształtach i zachęcająco rozchylonych udach, a sam doktor Tulp nosił rysy Wespazjana z jego bardzo szerokim, kwadratowym czołem, grubymi nozdrzami hipopotama i oczami przywodzącymi na myśl ommatofory. Sypialnię wypełniało olbrzymie łoże z baldachimem oraz moskitierą, stojące dokładnie pośrodku pokoju, a pościel tego ikrzyska, niegdyś zapewne różowa, szczyciła się obecnie barwą chodnikowych płyt. Trzeci pokój Wespazjan nazywał dumnie „palarnią” i było to określenie szalenie bliskie prawdy.

Życie Wespazjana, z pozoru stabilne i zrównoważone, rozpięte między godzinami przyjęć i monotonią towarzyskich powinności, zakrzepłych w nudzie jak galaretki z bitą śmietaną, posiadało także inny, utajony wymiar, gdzie na aptekarsko czułych szalach licytowały się dwie namiętności. Pierwsza wiązała się z jego zawodem, uprawianym z nieskrywaną przyjemnością, ale Wespazjan urodził się z duszą prawdziwego dentysty dla którego lęk w oczach pacjentów przedstawia wartość tak istotną, jak dla imperatora owacje tłumu – nie potrafił bez tego żyć. Brak tegoż lęku lub jego nikłe natężenie wyzwalały w nim złośliwą pomysłowość i ten rodzaj inwencji, która, przedkładając skuteczność nad delikatność, dość szybko przynosi pożądane efekty – ofiara jego zabiegów, porażona perfidną demonstracją katowskich instrumentów, wgnieciona w fotel, z błazeńsko otwartą jamą ustną, wijąc się i jęcząc, prędko zaczynała żałować niewczesnego pokazu swej odwagi. Natomiast pacjentów pokornych, drżących ze strachu jeszcze przed drzwiami gabinetu, traktował względnie poprawnie i ulgowo. Reszta była wyzwaniem dla jego zawodowej dumy, ale tylko tych obsługiwał prawdziwie mistrzowsko i jedynie oni nie mieli powodów do narzekania na jakość świadczonych przez niego usług. Kategorię szczególną, otaczaną przez Wespazjana najczulszą opieką i hołdami, stanowiły nobliwe panie, których piękne koronki, wykonane ze złota najwyższej próby, były stałym przedmiotem jego zabiegów. Zwykle wymieniał je na jakiś tragiczny stop, własnego pomysłu, który co prawda wytrzymywał ciśnienie płynów, ale rozpadał się przy spotkaniu z niedogotowanym kartoflem. To intratne zajęcie uprawiał z powodzeniem od lat, jakimś cudem nie wzbudzając żadnych podejrzeń.

Na bliźniaczej szali wespazjanowych namiętności, a tę obserwowaliśmy ze szczególnym zainteresowaniem, znajdowała się Kobieta. Lista jego kochanek przypominała katalog telefoniczny sporego miasteczka, chociaż my znaliśmy tylko trzy ostatnie. Pierwsza z nich miała biust zdolny uwieść nawet schody i opuściła go bez słowa po trzech miesiącach nad wyraz zgodnego pożycia, głównie seksualnego, pozostawiając mu na pamiątkę swój czarny stanik, ale zabierając srebrną zastawę stołową. Stanik, niczym relikwia z sanktuarium Afrodyty Mastos, wisiał na zardzewiałym gwoździu na ścianie jego sypialni i Wespazjan nie ukrywał, że w samotne wieczory jeden rzut oka na to cudowne naczynie życia sprawia, że w jego znużonym ciele ponownie budzą się i zaczynają cyrkulować wszystkie żywotne soki, owocując połowiczną, acz intensywną rozkoszą.

Druga, niewiarygodnie brzydka, kusiła figurą tak doskonałą, że mogłaby wzorem Fryne pozować Praksytelesowi. Poruszała się w sposób, który łączył harmonijnie naturalność i lekkość, wskrzeszając niesłusznie zapomniane słowa „gracja”. Tak też nazywaliśmy ją i jej prawdziwe imię nie zachowało się chyba w niczyjej pamięci. Obsługiwała nas podczas spotkań u Wespazjana bezszelestnie, zawsze milcząca, ale tą odmianą kojącego milczenia, które nie wynika z niechęci czy zawziętości. Wytrzymała znacznie dłużej, bo ponad rok, a kiedy znikła, my też, na znak protestu, zaprzestaliśmy wizyt. Nic nie było w stanie zastąpić jakości estetycznych przeżyć, dostarczanych nam przez jej nieludzko wdzięczne i zgrabne ciało. Wysiłki Wespazjana ignorowaliśmy jednomyślnie i okrutnie, kwitując je co wyżej wzruszeniem ramion, chociaż trzeba przyznać, że starał się jak mógł i sprowadzał na nasze sympozja prawdziwe piękności. Nic nie pomagało, nie przyjmowaliśmy wyjaśnień, że była brzydka, że miała pryszczatą twarz i zbieżnego zeza. My, których wzrok nie musiał i zwykle nie przekraczał poziomu jej szyi, nie mogliśmy poważnie traktować tak banalnych przyczyn dla których pozbawiono nas przyjemności obcowania z wcieleniem fizycznej doskonałości. Przeżyliśmy to rozstanie bardzo boleśnie, głównie Bosan, niepoprawny manichejczyk, z zapałem polujący na jednojajowe bliźnięta metafizycznych pojęć. Gracja, godząc skrajną brzydotę i piękno, uchodziła w jego oczach za coś w rodzaju inkarnacji Heleny, towarzyszki Szymona Maga, bogini i ladacznicy. Poszukując jej potem na ulicach, w parkach i kawiarniach naszego Miasta, spędziliśmy wiele przeuroczych chwil.

Trzecia wybranka Wespazjana przerastała go o kilka centymetrów wzrostem i o ponad dziesięć lat życiowym stażem, a wątłe już kwiaty jej dawnej urody, mocno nadszarpywane gorączkową eksploatacją, więdły w zawrotnym tempie. Jednak ona wydawała się być tego zupełnie nieświadoma, szafując resztkami swojej energii z desperacką rozrzutnością, a nasze życzliwe uwagi zbywała diogenejską przypowieścią o biegaczu, któremu przed metą nawet nie wypada zwalniać kroku. Starzała się więc z dnia na dzień, ale postrzegaliśmy nie bez zaskoczenia, że odwrotnie proporcjonalnie do jej fizycznego upadku wzrastała krzywa jej pozycji i znaczenia w życiu Wespazjana. Bez jej aprobaty nie zakładał nawet krawata, a gdy zapadła na zdrowiu pielęgnował ją z oddaniem siostry miłosierdzia. Zgasła samotnie i nagle, podczas gdy Wespazjan, radośnie przekonany o poprawie jej zdrowia, zażywał w towarzystwie Nasensterna przyjemności parowej łaźni.

Nie mógł sobie tego darować. Psiogłowe staruchy ścigały go potem długie miesiące, alkohol i bezsenność upodobniły do upiora, aż za poradą Bereniki zniknął na pewien okres, a kiedy pojawił się ponownie, już uzdrowiony, zaobserwowaliśmy brak serdecznego palca na jego lewej dłoni. Tłumaczył niechętnie, że stracił go w wypadku.

Z wolna wszystko powróciło do normy – pozornie. Otóż, od tej pory na początku grudnia każdego roku Wespazjan odwiedzał czeluści pobliskiego sklepu kolonialnego, nabywając tam około trzydziestu pułapek na myszy. Przez kolejne dni rozstawiał je pracowicie na strychu i w piwnicach, a potem – wywiesiwszy na drzwiach gabinetu dużą wywieszkę z napisem „Nieczynne” – oddawał się polowaniu nie szczędząc sera i korzennej kiełbasy. Zwykle na dwa tygodnie przed świętami był już gotów i zaopatrzywszy się w kartoniki, papier i kolorowe wstążeczki zabierał się do pracy. Wypreparowane myszy, sztywne i uroczyste, powleczone warstwą lakieru, pieczołowicie i uważnie układał w kartonikach i dołączywszy do tego bilecik z napisem „Oby Wam wiodło się lepiej w Nowym Roku!”, rozsyłał te „prezenty” do znajomych i przyjaciół.

Naturalnie, po pierwszych, żałosnych doświadczeniach nikt już nie odważał się otwierać jego noworocznych darów. Pismo Wespazjana, wyraźne i kaligraficzne, rozpoznawano bez  trudu, a paczka, nietknięta, lądowała w śmietniku. Mimo tego, niezrażony, rok po roku ponawiał swoje nadaremne memento mori.

(Frag. powieści URBS)