Te wszystkie proroctwa końca świata, upadku naszej cywilizacji, te ponure i porażające wizje naszej planety, którą zanieczyścimy i zaśmiecimy tak bardzo, że udusimy się pod ciężarem tych śmieci, a powietrze zatrujemy do tego stopnia, że ostatni z nas będą mieli butle tlenowe zamiast płuc. Czyż nie przypominamy w tym pierwszych chrześcijan, którzy z utęsknieniem oczekiwali na nadejście Pana i Sąd Ostateczny lub członków wielu także współczesnych sekt, którzy zabijają się sami lub dają się zabijać, by jak najszybciej i jak najskuteczniej znaleźć się już w Raju? U schyłku pierwszego millenium histeria końca świata, który miał nastąpić dokładnie w roku 1000, była tak powszechna, że kiedy zegar zaczął wybijać ostatnie minuty roku 999, podczas mszy odprawianej w bazylice św. Piotra, dziesiątki przerażonych chrześcijan umarło ze strachu. Nie, nie w przenośni, umarli naprawdę. Nie żyli już, gdy nadeszła pierwsza minuta roku 1000. Jeszcze przed końcem roku 999 tysiące chrześcijan, przekonanych, że nadszedł czas i mają ostatnią szansę, by załapać się na wieczne niebiańskie bytowanie, oddawali swoje majątki biednym, pozbywali się pieniędzy i ziemi. To nie legendy. To prawda. Potem minął rok 999, zaczął się rok 1000, paruzja została odwołana i oszołomieni tą zdradą wierni na nowo zaczęli kombinować, jak odzyskać to, czego pozbyli się pod wpływem strachu. Rok 999 minął, minął również rok 2000, ale nasza ciekawość końca świata wcale nie zniknęła. Koniec świata nie przestaje nas fascynować. Wszyscy zapewne chcieliby brać w nim udział. Problem w tym jednak, że religijne proroctwa końca świata, szczególnie przez nas faworyzowane, są jednak nieprzewidywalne, zawodne, kapryśne i bez pokrycia. Zostaje po nich tylko moralny kac. Pewnie dlatego wzięliśmy tę sprawę we własne ręce i teraz nie musimy już zdawać się na boskie obiecanki-cacanki. Dziś koniec świata możemy sobie zorganizować sami i teraz, po raz pierwszy w dziejach, mamy realne powody do strachu, bo znakomicie znamy samych siebie i naszą absolutnie niezdrową ciekawość. Czyż nie dlatego tak panicznie boimy się obecnie każdej zmiany, choćby najdrobniejszej i najbardziej banalnej? Czyż nie dlatego przeraża nas teraz każdy znikający omułek Marshalla, każda wytępiona ropucha złota i każdy topniejący lodowiec?