Ten gołąb nieustannie przylatywał na mój parapet. Gruchotał na nim, zasrywał go, gził się z gołębicami, bezczelnie zwabiając je na mój parapet, całkiem jakby to była jego prywatna garsoniera. Kompletnie ignorował moje protesty, klaskanie w dłonie, pokrzykiwania czy wymachiwanie ramionami – manifestacyjnie odwracał się ogonem do mnie i udawał, że ani mnie nie widzi ani nie słyszy. Zarozumiały pterodaktyl.
Pewnego dnia miałem tego dość. Przypomniałem sobie, że gdzieś na półkach, za książkami, mam pistolet, podarowany mi kiedyś przez znajomego. Nie, żaden prawdziwy pistolet, taki na śrut, Rabbit Magnum kaliber 4,5. Wyciągnąłem go, naładowałem, otworzyłem okno, wycelowałem w paskudnego gołębia, bo ten akurat znów bezczelnie rozpychał się na moim parapecie i zamierzał osrać go po raz tysięczny. Dałem mu jednak szansę. Powiedziałem krótko: „Zjeżdżaj”. Gołąb skrzywił się ironicznie i prowokacyjnie zapytał: „Wiesz, że będzie to morderstwo z zimną krwią?”. „Spieprzaj, Dodo” – odparłem. Bydlak jednak nawet nie wzruszył skrzydłami, zastrzeliłem go więc, mierząc prosto w jego miękki i durny łeb. Nie znam się na mimice gołębi, ale wydaje mi się, że był raczej solidnie zdziwiony.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.