Książka. Jej format. Sprawa bez znaczenia? Otóż, nie. Są książki niezdarne, nieporęczne, klocowate, nieforemne, toporne, zwaliste i opasłe, pękate i rozdęte i te nie zachęcają do częstych z nimi spotkań. Nawet jeżeli są znakomite, powraca się do nich niechętnie, trochę jakby z przymusu, bardziej z konieczności niż z entuzjazmu, ale myśl o spotkaniu z nimi kojarzy się z wysiłkiem, z niedogodnością, z dyskomfortem. Są książki ciężkie jak nagrobne płyty, wielkie i masywne jak drzwi bankowych sejfów, czytanie ich wymaga specjalnych warunków i sporo zachodów. I są książki w formacie poręcznym i przyjaznym. Dla mnie takim formatem jest 10 x 15, format wspaniałej serii Nike wydawnictwa Czytelnik. Jest to książka, która sama wskakuje w dłoń i mieści się w dłoni, przyjazna i życzliwa. Można ją zabrać ze sobą w podróż, włożyć do kieszeni marynarki, plecaka czy torebki, jest dyskretna i niekłopotliwa, niewiele większa od iPhone. W tej serii zdarzały się powieści świetne, zdarzały się też przeciętne, ale zbierałem je wszystkie, zbierałem je ze względu na ich zewnętrzną przystępność, układność i spolegliwość. Książka. Jej format. Próbuję sobie wyobrazić, jaką męczarnią musiało być czytanie papirusowych książek w formie zwoju. Rozwijało się go trzymając w prawej ręce, lewą zwijając część już przeczytaną. W ten sposób zwój przeczytany do końca był więc niejako wywrócony na lewą stronę. Jego początek znajdował się w środku rulonu, a koniec na wierzchu. Aby przeczytać taką książkę ponownie, trzeba było przewinąć cały zwój z lewej na prawą stronę, co było nie tylko niewygodne, ale i niszczyło papirus. Kolejną trudnością było znalezienie potrzebnego miejsca w takim tekście – strony nie były przecież numerowane, tekst był ciągły i jednolity, bez dzielonych wyrazów, przecinków, kropek i całej interpunkcji. Czytanie takich książek musiało więc być wyczynem niemal heroicznym. Dobrze, że była to epoka herosów.