Książka. Jej format. Sprawa bez znaczenia? Otóż, nie. Są książki niezdarne, nieporęczne, klocowate, nieforemne, toporne, zwaliste i opasłe, pękate i rozdęte i te nie zachęcają do częstych z nimi spotkań. Nawet jeżeli są znakomite, powraca się do nich niechętnie, trochę jakby z przymusu, bardziej z konieczności niż z entuzjazmu, ale myśl o spotkaniu z nimi kojarzy się z wysiłkiem, z niedogodnością, z dyskomfortem. Są książki ciężkie jak nagrobne płyty, wielkie i masywne jak drzwi bankowych sejfów, czytanie ich wymaga specjalnych warunków i sporo zachodów. I są książki w formacie poręcznym i przyjaznym. Dla mnie takim formatem jest 10 x 15, format wspaniałej serii Nike wydawnictwa Czytelnik. Jest to książka, która sama wskakuje w dłoń i mieści się w dłoni, przyjazna i życzliwa. Można ją zabrać ze sobą w podróż, włożyć do kieszeni marynarki, plecaka czy torebki, jest dyskretna i niekłopotliwa, niewiele większa od iPhone. W tej serii zdarzały się powieści świetne, zdarzały się też przeciętne, ale zbierałem je wszystkie, zbierałem je ze względu na ich zewnętrzną przystępność, układność i spolegliwość. Książka. Jej format. Próbuję sobie wyobrazić, jaką męczarnią musiało być czytanie papirusowych książek w formie zwoju. Rozwijało się go trzymając w prawej ręce, lewą zwijając część już przeczytaną. W ten sposób zwój przeczytany do końca był więc niejako wywrócony na lewą stronę. Jego początek znajdował się w środku rulonu, a koniec na wierzchu. Aby przeczytać taką książkę ponownie, trzeba było przewinąć cały zwój z lewej na prawą stronę, co było nie tylko niewygodne, ale i niszczyło papirus. Kolejną trudnością było znalezienie potrzebnego miejsca w takim tekście – strony nie były przecież numerowane, tekst był ciągły i jednolity, bez dzielonych wyrazów, przecinków, kropek i całej interpunkcji. Czytanie takich książek musiało więc być wyczynem niemal heroicznym. Dobrze, że była to epoka herosów.
Tag: interpunkcja
Czytając Herodota
Czytając nowe wydanie Herodota, imponujące graficznie, a do tego ze wstępem, przeglądem treści, przypisami, spisem ważniejszych imion, nagle uświadomiłem sobie, jak daleko jesteśmy od tego, czym była książka w czasach autora „Dziejów”. Spróbujmy więc wyobrazić sobie, że żyjemy w latach 450-400 p. n. e., a Herodot, nasz dobry znajomy lub przyjaciel, przysyła nam, do zapoznania się lub recenzji, zwoje swojej obszernej, napisanej w dialekcie jońskim, pracy (którą znacznie później gramatycy aleksandryjscy podzielą na 9 ksiąg). A więc przesyłka Herodota ma formę zwoju. Tekst zapisany jest po wewnętrznej stronie. Początek, wzmocniony, by zapobiec zniszczeniu, zawiera skrócony tytuł tekstu. Pełny tytuł, zgodnie ze zwyczajem, znajdziemy na końcu. Zdarzają się niekiedy zwoje zapisane dwustronnie, ale to rzadkość. Zwój jest nawinięty na drążek zwany umbilicus, z którego odwija się go prawą ręką, podczas gdy lewa zwija część przeczytaną. To zupełnie inny gest niż odwracanie kartek. Format wynosi prawdopodobnie 20-30 cm. Tekst jest podzielony na kolumny. Powiedzmy, że te są poprzeczne, choć czasem zdarzają się też lekko ukośne. Wolny margines znajduje się na górze i na dole, a odległość między wierszami wynosi około 2 cm. To nie wszystko jednak. Otóż, w początkowej fazie rozwoju pisma greckiego pisało się od prawej strony do lewej. Później zaczęto stosować bustrofedon, który polegał na zapisywaniu znaków w sposób naprzemienny – od prawej strony do lewej i od lewej do prawej. W Atenach już od 550 roku p.n.e. pisano od lewej do prawej strony, więc i ten tekst powinien być zapisany w ten sposób. Mamy więc przed sobą pierwotny tekst „Dziejów” naszego przyjaciela Herodota, ale trudność prawdziwa dopiero przed nami. W tekście tym nie ma bowiem żadnej interpunkcji, a wyrazy nie są dzielone. Spróbujmy sobie wyobrazić, że będziemy przedzierać się przez gąszcz liter, które nie dzieli żadna przerwa, że zapisane są metodą jak leci, ciurkiem, jednym ciągiem, zapisanesąjaklecijednymciągiem, że tekst nie posiada klarowności do której przywykliśmy, że jest – jak to ktoś celnie określił – nieprzenikliwy jak tkanina. Myślę, że wielu z nas bez wahania odłożyłoby ten wielozwojowy szyfr na półkę. Lektura takiego tekstu musiała być mozołem, którego nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie.
To nie koniec trudności, zresztą. Czytanie – każde słowo musiało jeszcze odpowiednio wybrzmieć. W tamtych czasach nie stosowano przecinków, to dopiero gramatycy epoki aleksandryjskiej wprowadzili tzw. znaki diakrytyczne dla akcentów i przydechów. Starożytność nie znała cichego czytania. Głośno czytało się i samemu, a jeszcze chętniej kazało się sobie czytać niewolnikowi (anagnostai). Biblioteka Aleksandryjska czy Pergamońska nie posiadały więc czytelni w naszym tego słowa znaczeniu – ówczesnym zwyczajem czytano tekst na głos przechadzając się po krużganku lub siedząc w przyjemnym cieniu jakiejś krytej kolumnady, a regały tych bibliotek przypominały plastry miodu raczej niż półki.
Przeszłość
Czy nasza przeszłość jest naszą własnością? Czy może wręcz przeciwnie – to my jesteśmy jej własnością, jej niewolnikami? Wobec przeszłości jesteśmy bezradni. Nie mamy żadnych możliwości, by dokonać w niej jakichkolwiek, choćby najmniejszych zmian, nie możemy przestawić w niej nawet przecinka, wszechwładnie panuje nie tylko nad tekstem naszego życia, ale i jego interpunkcją i decyduje nawet o tym, co nas jeszcze nie spotkało, nawet o tym, co dopiero może się wydarzyć.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.