Książka. Jej format. Sprawa bez znaczenia? Otóż, nie. Są książki niezdarne, nieporęczne, klocowate, nieforemne, toporne, zwaliste i opasłe, pękate i rozdęte i te nie zachęcają do częstych z nimi spotkań. Nawet jeżeli są znakomite, powraca się do nich niechętnie, trochę jakby z przymusu, bardziej z konieczności niż z entuzjazmu, ale myśl o spotkaniu z nimi kojarzy się z wysiłkiem, z niedogodnością, z dyskomfortem. Są książki ciężkie jak nagrobne płyty, wielkie i masywne jak drzwi bankowych sejfów, czytanie ich wymaga specjalnych warunków i sporo zachodów. I są książki w formacie poręcznym i przyjaznym. Dla mnie takim formatem jest 10 x 15, format wspaniałej serii Nike wydawnictwa Czytelnik. Jest to książka, która sama wskakuje w dłoń i mieści się w dłoni, przyjazna i życzliwa. Można ją zabrać ze sobą w podróż, włożyć do kieszeni marynarki, plecaka czy torebki, jest dyskretna i niekłopotliwa, niewiele większa od iPhone. W tej serii zdarzały się powieści świetne, zdarzały się też przeciętne, ale zbierałem je wszystkie, zbierałem je ze względu na ich zewnętrzną przystępność, układność i spolegliwość. Książka. Jej format. Próbuję sobie wyobrazić, jaką męczarnią musiało być czytanie papirusowych książek w formie zwoju. Rozwijało się go trzymając w prawej ręce, lewą zwijając część już przeczytaną. W ten sposób zwój przeczytany do końca był więc niejako wywrócony na lewą stronę. Jego początek znajdował się w środku rulonu, a koniec na wierzchu. Aby przeczytać taką książkę ponownie, trzeba było przewinąć cały zwój z lewej na prawą stronę, co było nie tylko niewygodne, ale i niszczyło papirus. Kolejną trudnością było znalezienie potrzebnego miejsca w takim tekście – strony nie były przecież numerowane, tekst był ciągły i jednolity, bez dzielonych wyrazów, przecinków, kropek i całej interpunkcji. Czytanie takich książek musiało więc być wyczynem niemal heroicznym. Dobrze, że była to epoka herosów.
Tag: książka
Książka i życie
Życie książek bywa czasem równie fascynujące jak życie ludzi. Dobrym tego przykładem może być księgozbiór Arystotelesa i Teofrasta (tylko częściowo nabyty przez Bibliotekę Aleksandryjską), zapisany przez Teofrasta nijakiemu Neleusowi (uczniowi Arystotelesa), który z kolei zapisał go swoim spadkobiercom, zamieszkałym w starożytnym Skepsis (miasto w Troadzie, blisko Troi, na którego miejscu istnieje dziś turecka wioska Kurşunlutepe). Ci zaiste prości ludzie, nie znając wartości odziedziczonych zwojów, a przerażeni wieścią, że król Attalos I poszukuje podobno zwojów do swojej biblioteki w Pergamonie, zakopali zbiory w ziemi. Przeleżały tam one półtora stulecia, niszczejąc i gnijąc, aż na początku I wieku p. n. e. zakupił je kolekcjoner Apellikon z Teos.
Książki i adidasy
Notatka w prasie internetowej. Księgozbiór i archiwum zmarłego w 2016 roku Umberto Eco zostanie przekazany na 90 lat uniwersytetowi w Bolonii, gdzie pracował, a cenna kolekcja starodruków trafi do biblioteki Braidense w Mediolanie. Kolekcja liczy około 30 tysięcy tomów. Na mocy tej decyzji podzielono je między Mediolan, gdzie pisarz mieszkał niedaleko biblioteki Braidense, a jego Alma Mater w Bolonii. Do mediolańskiej placówki trafi 1200 starodruków, wśród nich 380 pochodzących z okresu XVI-XVIII wieku.
Pod spodem tylko dwa komentarze. W jednym ktoś pyta retorycznie, po co to wszystko, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, a w drugim ktoś inny stwierdza smutno, że książki leżą dziś w marketach między kartoflami i podróbkami adidasów. To prawda. Księgarnie, te dawne, dumne świątynie książki, znikają z pejzażu naszych miast. W czasach mojej młodości w przeciętnym, stutysięcznym miasteczku istniały co najmniej cztery księgarnie, czasem więcej, i były to niemal miejsca sacrum – wchodziło się tam z szacunkiem, prawie na palcach, mówiło się ciszej, zachowywało stosownie. Księgarzy w żadnym wypadku nie należało mylić czy – tym bardziej – traktować jako sprzedawców. Takie określenie byłoby dla nich ujmą i obrazą. Termin sprzedawca mógł dotyczyć osób handlujących warzywami czy butami, ale nie kogoś, kto zajmował się czymś tak szlachetnym jak książka. Księgarz posiadał status kapłana, osoby wtajemniczonej, obcującej z wyższymi duchami, status kogoś wprowadzonego w misterium intelektu. Zwykły, prosty człowiek rzadko odważał się i rzadko wchodził do takich przybytków jak księgarnia zwyczajnie i prosto z ulicy. Sąsiadka moich rodziców, zmuszona udać się do księgarni, by zakupić podręczniki szkolne dla jej dzieci, idąc tam ubierała się zawsze „jak do kościoła”, jak mawiała, czyli lepiej, w odświętne ubranie. Półki z książkami przytłaczały ją tak bardzo, że traciła oddech, książki onieśmielały, a na widok księgarzy, uroczystych kapłanów tego tajemnego świata, zaczynała jąkać się i pocić obficie. W domu miała trzy lub cztery książki, stały w stołowym pokoju za szybą monstrualnego kredensu, przypominającego jurajskiego gada wbitego ostrymi kłami w seledynową ścianę. Odkurzała je często i zawsze delikatnie, uważnie i z szacunkiem. Ale ten świat już nie istnieje. Dzisiaj mieszkam w ćwierćmilionowym mieście i przymuszając moją pamięć, by odnalazła mi w nim jakąś księgarnię, mimo wysiłków znajduję tylko jedną. Możliwe, że gdzieś indziej, w jakiejś odległej dzielnicy, jest jeszcze jedna. Na pewno nie ma więcej. Książki kupuje się w marketach, między kartoflami i podróbkami adidasów. A ja wciąż je zamawiam i zbieram, chociaż już wiem, że odejdą razem ze mną, pochłonięte przez siłę odśrodkową jakiegoś hydrocyklonu, przestając być Borgesem, Durrellem, Fuentesem, Millerem, Màrai czy Lowrym, a stając się bezimienną, włóknistą, makulaturową masą.
Książki
Zawsze lubiłem książki poznaczone przez czytelników uwagami pisanymi na marginesach, między akapitami, zwykle drobnym pismem, by tylko przekazać jak najwięcej, niekiedy nerwowym, przyozdobionym wieloma wykrzyknikami, niekiedy bardzo wyważonym, rozsądnym i czytelnym. Te adnotacje, noty i komentarze przypominały odznaczenia bojowe albo chlubne i zaszczytne blizny, świadczące o dziesiątkach odbytych pojedynków, wielu gwałtownych sprzeczkach, namiętnościach lub radosnych chwilach poczucia wspólnoty. Były czymś w rodzaju osobnej książki w książce, nowymi, ciekawymi wątkami, które uzupełniały to, co autor przemilczał, pominął albo chciał ukryć. Podobała mi się hojność tych książek, ich gotowość do dzielenia się czymś ważnym z innymi ludźmi, ich gościnność, ekscytujące zaproszenie do gry, która niejednokrotnie bez zapowiedzi opuszczała ich strony i przenosiła się w realne życie. Dzisiaj już nie zdarza się to prawie wcale. Czytelnik nie czyta, lecz konsumuje. Konsument nie ma nic do powiedzenia i traktuje książkę z przesadną dbałością, trochę niczym biedak, który zakupił politurowaną komodę, i bardzo dba o to, by jej nie uszkodzić, nie poniszczyć i, broń boże, nie porysować, bo była droga, kosztowała sporo ciężko zapracowanych pieniędzy.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.