Nie cierpię Dostojewskiego. W młodości jakoś przebrnąłem przez „Zbrodnię i karę”, ale już „Braci Karamazow” czy „Idioty” nigdy nie zmogłem mimo woli i dobrych chęci. Po kilku stronach tej lektury dopadały mnie zawsze niemal fizyczne mdłości. Myślę, że powodem tego jest ów specyficzny smród słowiańskiej duszy, której Dostojewski był entuzjastycznym piewcą i którą wszystkie jego powieści żenująco i bezwstydnie ociekają. Te zwierzenia, zwierzenia bez umiaru, zwierzenia bez taktu i litości, zwierzenia, których nikt nie oczekuje, nie chce i które napawają jedynie brzydzeniem. Nadmiar tych wynurzeń, ich ohyda, ich bezwstyd powodują, że czytelnik wstydzi się, że jest zmuszony brać w tym udział i w duchu błaga autora, by skończył, a ten bezlitośnie ciągnie dalej, i dalej, i dalej, jakby chciał wywalić komuś na kolana już nie tylko swoją duszę, ale i swoje flaki. Nie ma w tym żadnego umiaru, żadnej litości dla czytelnika, żadnego wstydu i ani cienia przyzwoitości – Dostojewski zawsze zmierza do tego, by obrzygać czytelnika swoją lepką rosyjsko-słowiańską duszą, która nie toleruje żadnej formy prywatności. Czytać Dostojewskiego z rozkoszą mogą tylko ci, którzy marzą o tym, by jako widzowie uczestniczyć w harakiri i sycić się smrodem parujących jelit.