Mam wrażenie, że postęp i wynalazki ostatnich dziesięcioleci, a zwłaszcza coraz doskonalsze i szybsze komputery, zdają się utwierdzać nas w przekonaniu, że i nasze mózgi są czymś w rodzaju biologicznego cudu o nadzwyczajnej mocy i nieograniczonych możliwościach. W każdym bądź razie nigdy przedtem człowiek nie zachwycał się mózgiem tak otwarcie i tak bałwochwalczo. Pojawiła się nawet zuchwała myśl, obecnie już dość powszechna i niechętnie kwestionowana, że wykorzystujemy jedynie 10 % jego zasobów, że jest on czymś w rodzaju olbrzymiego twardego dysku, który tylko czeka, abyśmy zechcieli go przebudzić, a kiedy to już nastąpi – przy czym zależy to tylko od naszej woli i chęci – wtedy zdołamy wszystko pojąć i wszystko spowodować, łącznie z podróżami międzygalaktycznymi, lekarstwem na raka i formułą na nieśmiertelność. Mówiąc inaczej, nasza pyszałkowatość pozwala nam sądzić, że nasze mózgi wyewoluowały głównie jako instrumenty do jak najdokładniejszego poznania świata i odkrywania obiektywnych prawd, które nim rządzą, że jest to ich prymarne i naczelne zadanie.
Uważam, że jest to jeden z najzabawniejszych mitów, jakie kiedykolwiek zdołaliśmy sobie zafundować w naszej krótkiej i burzliwej historii. Nasz żałośnie prymitywny mózg, którego podstawową funkcją jest buchalteryjne szacowanie stosunku ponoszonych nakładów do korzyści, jakie mogą przynieść, czyli przetrwanie w środowisku i – w najlepszym razie – pozostawienie po sobie potomstwa, urósł nagle do rangi super ostrego skalpela, którym możemy dokonać precyzyjnej wiwisekcji wszystkich tajemnic wszechświata. Cudowne!
A tymczasem ten galaretowaty gigant poci się i krzyczy ze strachu: jeżeli jesteś zmuszony, by koncentrować się na czymś dłużej niż kilka minut; gdy próbujesz znaleźć słowa, które zdołają dokładnie opisać to, co odczuwasz lub choćby to, co widzisz; gdy z jakichś niezrozumiałych powodów, zwykle na wskutek chwilowego szaleństwa, wpadniesz na pomysł, by spłodzić powiedzmy nowelę czy powieść lub pogrążyć się w innej formie twórczości, która wymaga intelektualnego wysiłku; gdy jesteś zmuszony, by korzystać z niego dłużej niż kilka godziny bez przerwy, etc. Wtedy, jeżeli nie jesteś kompletnie zakłamany, musisz przyznać, że mózg nie cierpi myśleć, brzydzi się myśleniem, nienawidzi myślenia, i godzi się na myślenie tylko w takich sytuacjach, gdy nie ma już innego wyjścia, gdy myślenie staje się jedyną deską ratunku. Osobiście nie dziwię się i nie potępiam go za to. Nasz mózg nadaje się do myślenia w takim samym stopniu, jak kleszcze kowalskie do wyrywania zębów – co znaczy, że nie jest to całkiem niemożliwe, ale może być i zwykle jest bardzo, bardzo bolesne.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.