Interia Onet

Interia, Onet. Często zaglądałem do tych polskich portali. Nie zawsze zgadzałem się z ich sposobem widzenia, raziła niechlujność dziennikarska, polowanie na tanie sensacje, drażniły ich komentarze, zwłaszcza dotyczące polityki, ale też i nigdy nie przyszło mi do głowy, by sprawdzić, czyje interesy te portale reprezentują. Uznawałem je za polskie, to wystarczało. Ostatnio, po serii dość obrzydliwych ataków na polski rząd i sytuację w Polsce, sprawdziłem.

Portal internetowy Interia od stycznia 2008 roku w całości należy do niemieckiej grupy Bauer Media. Onet natomiast kontrolowany jest, także w całości, przez Ringier Axel Springer Polska, tak, ten sam Springer, z dobrymi koneksjami w nazistowskich kręgach. Axel Springer SE wydaje też w Polsce „Fakt”, „Newsweek Polska”, „Forbes”, „Przegląd Sportowy”, „Komputer Świat” czy „Auto Świat”, między innymi. Żaden z tych portali nie jest polski. W tej sytuacji jasny staje się ich profil. Jeżeli reprezentują one jakieś interesy, to można powiedzieć z całą pewnością, że nie są to polskie interesy. Media z kapitałem zagranicznym służą zagranicznym interesom. Jak wszędzie, jak zawsze. Media nie uprawiają działalności charytatywnej. Zastanawiam się jedynie, jak to było możliwe, by odsprzedać Niemcom możliwość kształtowania polskiej opinii publicznej i kto – oraz dlaczego – „zapomniał” jak ważną opiniotwórczą rolę spełniają media. Czy nie był to przypadkiem złoty okres Platformy Obywatelskiej pod absolutystycznymi rządami Donalda Tuska? Pozostaje tylko zauważyć, że jeżeli nie była to naiwność (a w takich kwestiach nigdy nie jest to naiwność), to było to poważne przestępstwo.

Pejraikos

Być może Pietro Longhi starożytności nazywał się Pejraikos. Uznaniem starożytnych cieszyła się nie tylko napuszona megalographia, obrazy o tematyce historycznej i mitologicznej, ale i rhypographia, malarskie scenki rodzajowe, przedstawiające rzeczy pospolite i zwykłe, często przesycone humorem, niekiedy frywolne. Pejraikos malował codzienność, golarnie i warsztaty szewskie, osły, jarzyny i owoce, portyki i krajobrazy, gaje, fontanny i sadzawki, ludzi w trakcie ich zwykłych zajęć, w czasie przechadzek lub połowu ryb i czynił to podobno z wielkim mistrzostwem. Doskonała iluzja była stałym celem malarzy antycznych. Istnieją dziesiątki legend o malarzach greckich, którzy umieli tak wiernie oddawać naturalny wygląd rzeczy, że obrazy ich zwodziły nie tylko ludzi, ale również ptaki i zwierzęta. Pliniusz zapewnia, że Pejraikos nie miał w tym sobie równych.

Socjal w Bizancjum

W Bizancjum wyróżniano 2 kategorie biedaków: tak zwani penetef, czyli ludzie, którzy nie posiadali żadnego majątku nieruchomego, żadnych ubocznych dochodów, którzy musieli zarobkować na swoje utrzymanie, przeważnie pracą fizyczną, choć nie tylko. Pod względem ekonomicznym i społecznym różnili się bardzo. Znajdowali się wśród nich rzemieślnicy, pracownicy sezonowi, osoby bez żadnego zawodu, ale nie brakowało też profesorów, nauczycieli czy filozofów. Ich imiona wpisywano do specjalnych rejestrów, co w razie potrzeby uprawniało ich do pomocy ze strony władz miejskich. Drugą grupę stanowili tzw. ptechef, czyli niepożądany margines społeczny składający się z ludzi, którzy bądź nie mogli bądź nie chcieli pracować, a nie posiadali żadnych środków utrzymania. Zaliczano do niej inwalidów, ludzi z najrozmaitszymi schorzeniami, żebraków, włóczęgów, osoby żyjące z jałmużny. Tej grupie nie przysługiwała żadna forma wsparcia.

Zabawne jest uświadomić sobie, że pomoc socjalna nie jest naszym, czyli współczesnym „wynalazkiem”, że posiadała swoje zinstytucjonalizowane i nawet sprawnie działające struktury już przed setkami, a nawet tysiącami lat, a jedyna nasza „zasługa” w tej kwestii to nadanie temu zjawisku wymiarów tak monstrualnych, jak nigdy dotąd w naszych dziejach.

 

Kilka uwag anty-ekologicznych

Ruchy ekologiczne to odmiana współczesnego flagelantyzmu. Zachęcają do wyrzeczeń oraz pokuty, do samobiczowania się w imię przetrwania. Nie pojmują, że nie chodzi o to, by przetrwać, lecz o to, by żyć. Jest zdecydowana różnica między przetrwać, a żyć. Dla nas, jako gatunku, kwestia przetrwać jest nieinteresująca. Należy zajmować się jedynie pytaniem, co uczynić, by trwać. Życia nie można wymodlić ani zapewnić sobie pokutą. Życie można tylko zdobyć.

Ekologia ma pewne propozycje odnośnie przeszłości, ale absolutnie żadnych godnych uwagi odnośnie przyszłości. Jedyne, co proponuje, to powrót do jaskiń. Tymczasem dobrze wiemy, że nie ma powrotów. Żadne powroty nie są możliwe. Nie można iść do przodu, cofając się. Kiedyś, dawno temu, gdy byliśmy jeszcze odważni, zbuntowaliśmy się przeciwko Naturze i jej ślepej wszechwładzy. Wiele razy udowodniliśmy, że można ją pokonać. Pokazaliśmy, że może i jesteśmy jedną z jej kreacji, ale jesteśmy też i jedyną, która ma szansę sama zdecydować o swoim losie.

Jeżeli chcemy trwać jako gatunek, musimy uczynić Naturę bezużyteczną. Powinno to być naszą główną i jedyną ideą. Dopóki uważamy, że Natura jest użyteczna, uzależniamy się od niej, od jej łask i kaprysów, a Natura to kaprys permanentny. Dopiero, gdy uczynimy Naturę bezużyteczną, uzyskamy moc stanowienia o naszym istnieniu i trwaniu.

Totalnym nieporozumieniem są nawoływania, by ratować Naturę. Natura nie potrzebuje i nie może być uratowana. Natura jest skazana na zagładę. Chodzi tylko o to, by wziąć z Natury i sensownie wykorzystać to wszystko, co pozwoli nam uratować nas samych. Natura nas nie uratuje. Tylko my sami możemy się uratować. Wbrew Naturze. Dokładnie jak na początku naszej drogi.

Te niedorzeczne oskarżenia, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Jak możemy by dobrzy, skoro Natura nie jest dobra? Natura jest bezwzględnym terminatorem, zabójcą bezdusznym i nieubłaganym. Zdołaliśmy częściowo odseparować się od niej wznosząc domy i miasta, ale ona i tak usiłuje je zniszczyć. Jeżeli nie atakuje nas wybuchami wulkanów, trzęsieniami ziemi, tsunami, to próbuje to uczynić przez inwazje wirusów. Obecnie nie przychodzi jej to tak łatwo jak niegdyś, ale to nie znaczy, że pewnego dnia nie znajdzie jakiegoś sposobu, by unicestwić nas ostatecznie i nieodwołalnie. To powinno nam wiele podpowiedzieć.

Ekologia jest zamaskowaną religią. Nosi wszystkie cechy religii. Nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego. By uprawiać ekologię, wystarczy wiara. Ekologia jest religią atrakcyjną, bo jeszcze bardziej prymitywną niż islam. Islam ma pięć zasad. Ekologia tylko jedną.

Nasze myślenie o Naturze i rozumienie jej jest przestarzałe i fałszywe. Jest to doskonały przykładem naszego lenistwa umysłowego. Fakty o prawdziwej naturze Natury mamy tuż przed naszym nosem, ale heroicznie staramy się tego nie postrzegać. Natura jest przewrotna, nieodpowiedzialna, niestabilna, zdradziecka, bezwzględna, mordercza i podstępna. Wiemy od setek tysięcy lat, że w Naturze nie da się żyć. W Naturze nie da się trwać. Można co wyżej przez pewien czas przetrwać. Jeżeli nasz gatunek chce trwać, musi przestać myśleć o Naturze sentymentalnie, bukolicznie i sielankowo. Natura nas nie zbawi i nie ochroni. Naszej fizycznej rzeczywistości nie da się owinąć Naturą jak puchowym śpiworem. Czas już, abyśmy rozpoczęli myśleć o Naturze w diametralnie inny sposób. Powinniśmy zacząć traktować ją przedmiotowo, jako naszą szansę, by oderwać się od niej, aby już nigdy jej nie potrzebować i nie być zdanymi na jej łaskę.

Dwa trendy

Dwa współczesne trendy, które nie napawają optymizmem. Pierwszym jest przesycona lękiem ekologia, rozumiana głównie jako dążenie do zachowania naszego pierwotnego, archaicznego środowiska za wszelką cenę. I jest to, niestety, marzenie kijanki o wiecznej kałuży. Drugą propozycją jest nauka, ale traktowana marginalnie, jako doraźna pomoc w ułatwianiu nam życia i czynieniu go wygodniejszym tudzież produkcji coraz bardziej wymyślnych gadżetów i zabawek, zamiast być bezkompromisowym narzędziem, którego głównym celem winno być uniezależnienie nas od Natury.

Fajstiada

Myślę, że tym, co stanowi o wielkości naszej kultury, jej wyjątkowości są nie tylko jej wybitne osiągnięcia i dzieła, Partenon i penicylina, David Michała Anioła czy symfonie Beethovena, lecz także – a może głównie – i to, że potrafiła z czułością i pietyzmem przechować rzeczy zdawałoby się tak pozbawione znaczenia, tak drobne i mało ważne jak imię matki Arystotelesa. Fajstiada.

Fiskardo

Fiskardo na Kefalonii, zaciszne i trochę senne. Spowite w sinawej mgle królestwo Odysa, Itaka, blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Tak je pamiętam. Dawna nazwa Viscardo, na cześć normandzkiego rozbójnika Roberta Guiscarda, którego imię powtarza się niczym złowieszczy sen przez większość stron „Aleksjady” Anny Komneny. Ten pyszałkowaty, próżny i pozbawiony skrupułów potomek zromanizowanych wikingów uważał się za pretendenta do tronu w Konstantynopolu i na pieczęciach chętnie przedstawiał się w stroju imperatora. Umarł w Fiskardo, prawdopodobnie z powodu zarazy, w roku 1085, w trakcie ostatecznych przygotowań do podboju Bizancjum. Słowo guiscard (fr.) lub  viscard (norm.) bywa interpretowane jako: rozważny, chytry, przebiegły, zręczny. Nomen omen, temu konkwistadorowi XI wieku rzeczywiście nie brakowało ani chytrości ani przebiegłości.