Odysjada 7

Penelopa i zalotnicy. Ten moment w Odysei wydawał mi się zawsze najmniej oczywisty. Gdy pojawiają się zalotnicy, w siedemnastym roku nieobecności Odysa, Penelopa jest już kobietą w średnim wieku, ma około czterdziestu lat. Nie jest jeszcze stara, ale nie jest już i młoda. Wkroczyła zapewne w okres przekwitania albo niebawem weń wkroczy i z całą pewnością nie jest już pięknością – nawet jeżeli założyć, że kiedyś nią była. Prawdopodobnie nie. Była być może ładna, ale w żadnym razie nie mogła mierzyć się z Piękną Heleną, jej kuzynką. Nigdzie w Odysei nie ma jakichś szczególnych zachwytów nad jej urodą. Atuty Penelopy, sławione i podziwiane, są inne. Nie jest więc ona ani młoda ani piękna, a mimo tego ponad stu książąt, w większości niewiele starszych od jej syna, Telemacha, zaleca się do niej przez trzy lata, okupując jej pałac czy dwór i pragnąć pojąć ją za żonę. Cóż aż tak niesłychanie cennego posiada ta starzejąca się kobieta? Dlaczego właśnie ona jest obiektem ich marzeń? I czy na pewno ona? Kilka tysięcy lat później, 22 października 1968 roku, także w Grecji, Aristotelis Onasis poślubił Jacqueline Bouvier-Kennedy, wdowę po prezydencie Johnie F. Kennedym. Była First Lady USA, najpotężniejszego współczesnego imperium świata, miała wówczas 39 lat, jak Penelopa, za sobą kilka porodów, dwoje dzieci i przeciętną, niczym nie wyróżniającą się urodę skromnej, protestanckiej mieszczki o dobrych manierach i guście. Dlaczego Onasis, tak bajecznie bogaty, że mógł kupić najpiękniejsze kobiety naszego globu, walczy o to, by zdobyć i pojąć za żonę wdowę po Johnie Kennedym? Czy na pewno chodziło tu o Jacqueline Bouvier-Kennedy? Czy nie jest bardziej prawdopodobne, że Onasis pragnął poślubić mit Kennedego, że poślubiając jego żonę chciał „poślubić” jego sławę, potęgę jego imienia? Onasis dopiął tego i szybko zrozumiał, że nie można poślubić mitu. Ale cel osiągnął. Kto dziś jeszcze pamiętałby o nim, gdyby nie małżeństwo z wdową po Kennedym? Samo bogactwo wcale nie zapewnia „nieśmiertelności”. Może więc zalotnicy Penelopy także tylko pozornie zabiegają o jej rękę? Może celem jest Odys? Jego sława, jego mit? Stać się Odysem, stać się legendą, bohaterem, zyskać „nieśmiertelność”, ludzką co prawda, ale nieśmiertelność, mogą tylko w ten sposób, per procura, poślubiając jego żonę. Nie przypadkiem pojawiają się dopiero w siedemnastym roku nieobecności Odysa, dopiero wtedy, gdy mit o jego przygodach żyje już na wszystkich wyspach i lądach śródmorza, gdy aojdowie, przy akompaniamencie formingi, śpiewają o nim pieśni, sławiąc jego odwagę, spryt i niezłomność. Zalotnicy Penelopy są w istocie zalotnikami Odysa. Pragną stać się nim, pragną skraść jego życie. Odys to rozumie. Dlatego żadnemu nie okaże łaski. Homerycki nakaz oszczędzania przeciwnika, który korzy się i prosi o łaskę, w obliczu zbrodni tak wielkiej, nie ma zastosowania – Eurymach i Leodes też muszą umrzeć.

Wu-wei

Chińska zasada wu-wei, zasada niedziałania, zawsze wydawała mi się jakimś rozwiązaniem. Z biegiem lat nabrałem pewności, że nie-postępować byłoby – zakładając, że taka opcja jest w ogóle możliwa w praktyce czyli w życiu – jedyną prawdziwie słuszną metodą postępowania, albowiem wszystko, co czynimy, absolutnie wszystko obraca się zawsze przeciwko nam. Za wszystko zmuszeni jesteśmy zapłacić, prędzej czy później, w ten czy inny sposób, świadomi tego albo nie. Nie da się żyć i działać nie ponosząc za nasze działanie, niezależnie od tego, czy będą to czyny poważne i znaczące czy bagatelne, żadnych konsekwencji. Niekiedy płacimy natychmiast, czasem zabiera to wiele, wiele lat, ale wraca do nas wszystko, czemu nadaliśmy jakąkolwiek formę istnienia, co wprawiliśmy w ruch, co powołaliśmy do życia – rozmyślnie, nieświadomie czy choćby przypadkiem. Intencje czy skala naszych działań są bez znaczenia – każdy akt działania, niczym wyrzucony przez nas bumerang, szybuje w życie i choć znika gdzieś poza naszym horyzontem widzenia, docierając do celu lub też mijając się z nim, powodując takie czy inne skutki, zawsze zatacza łuk i powraca do nas, w tej czy innej formie. Jego lot, jego podróż może trwać długo, czasem dłużej niż trwa nasze życie i tylko wtedy udaje nam się uniknąć ponownego spotkania i związanych z tym konsekwencji. Jednak każdy czyn, jak kamienny prostopadłościan domina, raz popchnięty, oddziaływuje na inne, tworząc nowe i nieprzewidywalne konstelacje, a te powracają, lądując u naszych stóp jak wezwanie do zapłaty. Paradoksem, sprzecznym z większością życiowych teorematów, jest jednak to, że płacimy nie tylko za czyny złe, ale i za dobre, bo nigdy nie wiadomo, jaki kształt przybierze ostatecznie to, co zainicjowaliśmy działaniem. Fraktale, które tworzy życie, nie noszą żadnych moralnych etykietek. Pojęcia dobro-zło, moralne-niemoralne, właściwe-niewłaściwe to społeczne miary i instrumenty. Życie nie ocenia. Życie staje się i toczy. Albo go nie ma.

Chińczycy przeczuwali naszą daremność. Przeciwieństwem wu wei jest yu wei – działanie. Znak yu utworzony jest z dwóch znaków: ręki i księżyca, co znakomicie podkreśla bezcelowość każdego działania. Yu oznacza bowiem chwytanie księżyca, tak jakby możliwe było księżyc schwytać i przywłaszczyć. Wu wei jest więc czymś więcej niż tylko nie-chwytaniem, nie-działaniem, bo pozytywną akceptacją nieuchwytności i zmienności nad którymi nigdy nie będziemy panować.