Pàl Teleki

Pàl Teleki. Wspaniała postać z węgierskiej historii, w Polsce prawie zapomniana, choć dla nas, ze względu na jego wyjątkowe gesty wobec naszego kraju, powinna być szczególnie ważna. W początkach lipca 1920 rząd Węgier, którego Teleki był wówczas premierem, udzielił nam pomocy militarnej, przekazując nieodpłatnie i dostarczając w krytycznym momencie wojny polsko-bolszewickiej na własny koszt, drogą przez Rumunię, zaopatrzenie wojskowe w postaci: 48 mln naboi karabinowych do Mausera, 13 mln naboi do Mannlichera, amunicję artyleryjską, 30 tysięcy karabinów Mauser i kilka milionów części zapasowych, 440 kuchni polowych, 80 pieców polowych. 12 sierpnia 1920 do Skierniewic dotarł transport m.in. 22 mln naboi do Mausera z fabryki Manfréda Weissa na wyspie Czepel. Węgrzy, w przeciwieństwie do naszych znakomitych „sojuszników zachodnich” nie zawiodły.

Tuż przed atakiem na Polskę w 1939 roku, na zapytanie strony niemieckiej o możliwość dokonania inwazji z terytorium Węgier (mieliśmy wtedy wspólną granicę) Teleki odparł: Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę. Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce. Możemy sobie z satysfakcją wyobrazić wściekłość paranoicznego wodza „wielkiego narodu” niemieckiego na taką odpowiedź. Na tym jednak nie koniec. Po polskiej klęsce wrześniowej węgierski rząd podjął decyzję o otwarciu granic dla polskich uchodźców oraz zapewnił im wszelką możliwą pomoc – na Węgrzech, aż do momentu wkroczenia na Węgry Niemców w 1944 roku, działały polskie szkoły i organizacje społeczne.

Nie chcąc się ugiąć przed żądaniami Niemiec dotyczącymi ataku na Jugosławię (z którą Węgry były sprzymierzone), 3 kwietnia 1941 r. – na wieść o wkroczeniu wojsk niemieckich na terytorium Węgier w drodze do Jugosławii – Teleki, biorąc za to winę na siebie, popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu. Zostawił list pożegnalny, w którym napisał: Naród czuje, że straciliśmy nasz honor. Sprzymierzyliśmy się z draniami. Staniemy się narodem śmieci.

W piątym tomie Dziennika Sándora Màrai jest apendyks do losów jego syna, Gèzy, który w 1949 roku zdołał wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Był wykładowcą na Uniwersytecie Wirginii, a następnie profesorem geologii na George Washington University. W styczniu 1983 roku Gèza, chory na raka, świadom, że zostało mu niewiele czasu, a pełen obaw o przyszły los swojej niedołężnej, cierpiącej na Parkinsona żony, zastrzelił najpierw ją, a potem samego siebie. Możemy sobie wyobrazić, że strzałem z rewolweru kończymy nasze życie, ale czy można wyobrazić sobie, że strzałem z rewolweru odbieramy życie kogoś, o kogo troszczymy się i kogo kochamy? Màrai także nosił się z tą myślą, na pewno nie była mu obca, rozważał ją wielokrotnie, zakupił rewolwer, ale L. – szczęśliwie dla niego – odeszła przed nim. Mógł więc zamknąć tylko swoje własne istnienie. I uczynił to, także strzałem z pistoletu, 21 lutego 1989 roku. Ostatnia notatka w jego Dziennika pochodzi z 15 stycznia i brzmi: Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora.

Moja epoka

Nie interesuje mnie epoka w której żyję. Wszystkie epoki są takie same. Różnica jest tylko taka, że ta, w której egzystujemy, jest dla nas mniej czytelna i transparentna, mimo iż wydaje nam się, że doskonale wyczuwamy i rozumiemy wszystkie jej subtelności i niuanse, bo przecież to my musimy być specjalistami od czasu w którym żyjemy. Nic bardziej złudnego. Nikt z nas nie jest w swoim życiu narratorem. Jesteśmy protagonistami, tymi, którzy działają, a działać znaczy opowiadać się za pewnym point of view, znaczy dokonywać wyboru, a każdy wybór jest już sam w sobie ograniczeniem. Jesteśmy protagonistami, nie konstatujemy czasu w którym trwamy, przeżywamy go jedynie, mniej czy bardziej pośpiesznie, bezmyślnie i gorączkowo. O naszej epoce najtrafniej opowiedzą ci, którzy przyjdą po nas, jakiś przyszły Tukidydes czy Polibiusz, bo dopiero oni będą mogli pochylić się nad naszym czasem jak biolog pochyla się nad jurajską muchówką zatopioną w bursztynie. My, sami o sobie, możemy opowiedzieć dopiero wówczas, gdy umrzemy, zgodnie z wieszczym przeczuciem Borgesa, że prawdziwie nasze jest tylko to, co tracimy.