Zaburzenia typu reality testing, dotyczące testowania rzeczywistości, jak to uczenie nazywa się w psychologii. Bodaj najpopularniejszą jest agnozja, przejawiająca się trudnością w kojarzeniu przedmiotów i osób, pomimo prawidłowego postrzegania ich cech fizycznych. Osobnik dotknięty agnozją dwóch kół połączonych ramą nie jest w stanie rozpoznać jako roweru czy motocykla, człowieka z białą laską jako niewidomego, a leżącego na ulicy człowieka jako osoby, która potrzebuje pomocy. Agnozja przejawia się więc, innymi słowy, totalnym zanikiem umiejętności wnioskowania albo – jak to mawiało się w czasach przednaukowych – złożenia do kupy, że dwa i dwa równa się cztery. Osobiście jestem jednak przekonany, że zaburzeniem występującym dzisiaj najczęściej jest egzosomestazja. Polega ona, najprościej mówiąc, na nadmiernym rozszerzeniu obrazu własnego ciała. Mózg, dotknięty tą zdawałoby się niewinną przypadłością, nie rozpoznaje granicy między ciałem, a światem zewnętrznym. W sferze psychiki występuje to w formie koszmarnie spęczniałego ego. Najłatwiej zaobserwować to na ulicy i z całą pewnością każdy z nas doświadczył tego na własnej skórze. Egzosomestazjaci traktują cię niczym cień, przez który można przejść, a nawet go podeptać, czasem nie bez grzecznego zdziwienia, że napotykają jakiś opór, ale zwykle z pretensjami. Nie postrzegają twoich konturów i jeśli w czas nie zdołasz uskoczyć na bok, zostaniesz niechybnie stratowany. Co ciekawe, osoby te często czują się zaatakowane przez przedmioty lub innych ludzi, jeśli te znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od nich. Paramnezja reduplikacyjna natomiast powoduje, że człowiek nią dotknięty jest przekonany, że miejsca w których aktualnie przebywa mają swoje, gdzieś istniejące kopie, co moim zdaniem może być wynikiem tego, że nigdy nikomu i niczemu nie poświęcili ani odrobiny uwagi. Coraz częściej słyszy się też o symptomie Capgrasa, kiedyś niezmiernie rzadkim. Osoby z tym symptomem są przekonane, że znane im osoby nie są autentyczne, nie są prawdziwe, że zastępują je dublerzy. Jestem skłonny przypuszczać, że liczba osób z symptomem Capgrasa będzie lawinowo wzrastać – tak mało dziś prawdziwych, autentycznych ludzi, że podejrzenia takie mogą mieć całkiem racjonalne podstawy.
Dzień: 2020-12-17
Podróże
Nic nie jest tak znakomitym przykładem awansu mas w naszych czasach jak podróże. Dobra materialne, w takim czy innym zakresie, zawsze były dostępne także i masom. Ale nie podróże. Masy były „przypisane do ziemi”, osadzone w tym samym krajobrazie od narodzin do śmierci z bardzo wielu powodów. Podróż była wyłącznym przywilejem wyższych warstw, ale podróżowanie wiązało się nie tylko ze znajomością języków, kontaktami, obyciem, orientacją w świecie i wiedzą, lecz i ogromnymi kosztami; nie miały nic wspólnego z eksponowaniem nagich ciał w słońcu południowych plażach. Każdy, kto miał ambicje pretendowania do miana człowieka kulturalnego, musiał odbyć podróż. Oprócz Włoch i Francji, uchodzących za turystyczne centra od dawna, krajem, który koniecznie należało odwiedzić była również Anglia. W drugiej połowie XVIII w. podróże do tego kraju były w dobrym tonie. Jeżdżono tam, żeby poznać najlepszy na świecie ustrój, by zasmakować kulturalnej i towarzyskiej atmosfery Londynu, przyjrzeć się angielskiej prowincji i zaznać jej osławionego uroku. Były to peregrinationes domesticae, podróże po krajach, w których czujemy się zadomowieni, których historia, kultura i tradycja, zwłaszcza klasyczna, są domem, który „nosimy na plecach jak żółwie i ślimaki”, gdzie, jak to doskonale wyraził w jednym ze swoich felietonów Stempowski „każdy przedmiot miał swą nazwę grecką i łacińską, zanim znalazł się w słownikach języków nowożytnych”. Podróżowano, by zapoznać się z architekturą i sztuką, by badać obyczaje, zbierać kurioza, podziwiać krajobrazy, zawierać znajomości. Podróże stanowiły obowiązkową część kulturowego garnituru Europejczyka i nie były tym, w co, niestety, przekształciły się w naszych czasach.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.