W drodze do absurdu

W starych, zabawnych czasach, gdy obowiązywała jeszcze zasada panton chrematon metron anthropos, czyli człowiek był miarą wszechrzeczy, nawet zwierzęta miały ściśle ustalone miejsca w powszechnym porządku. Henry Moore uważał jeszcze w roku 1653, że bydło domowe zostało obdarowane życiem przede wszystkim po to, by ich mięso było świeże, „dopóki nie zechcemy go zjeść”. Nawet wszy i gzy spełniały ważną funkcję – według wielebnego Williama Kirby te pierwsze były wręcz niezastąpioną zachętą do utrzymywania czystości, zaś te drugie stworzone zostały po to, by człowiek rozwijał swoją przemyślność starając się przed nimi ochronić.  Naturalnie, zwierzęta podlegały również, jak wszystkie stworzenia żywe, ogólnej jurysdykcji i za „huligańskie” czy „zbrodnicze” czyny bywały surowo karane. Jeden z pierwszych znanych procesów tego typu miał miejsce we Francji w roku 1266.

Na ławie oskarżonych zasiadła … stara maciora, podejrzana o zabójstwo i pożarcie prosiaka-niemowlęcia, powierzonego jej do wykarmienia. Fakt ujawniono, sprawa została skierowana do sądu w Chevreuse, maciorę  doprowadzono na przesłuchanie. Niestety, głupie zwierzę zamiast bronić się milczało uparcie i niedorzecznie, co zostało uznane za przyznanie się do winy. Sędziowie tamtych czasów byli jednak skrupulatni i absolutnie nie zamierzali skazywać maciory tylko i wyłącznie na podstawie poszlak, jak to ma często miejsce obecnie. Konieczne było przyznanie się oskarżonej. Zadanie to otrzymał oficer śledczy tamtej epoki, czyli kat, i z zapisków wiemy, że uczynił to w sposób wielce profesjonalny. Najpierw zademonstrował oskarżonej swoje narzędzia pracy, a kiedy i to nie zrobiło na niej większego wrażenia zmuszony był pokazać ich praktyczne zastosowanie – nastąpiło więc przypalanie, miażdżenie kości i rozciąganie. Maciora z początku znosiła to dzielnie i dopiero, gdy przyszła pora na właściwe tortury zaczęła rozpaczliwie kwiczeć. Uznano to za formalne przyznanie się do winy, zapadł wyrok i została powieszona na szubienicy. Średniowieczny wymiar sprawiedliwości nie bawił się w dzielenie włosa na czworo – oko za oko, śmierć za śmierć. Okoliczności łagodzące nie istniały i nikt nie był nimi  szczególnie zainteresowany. Chodziło jedynie o ustalenie winy. Trzeba w tym miejscu oddać sprawiedliwość tamtej jurysdykcji – te same prawa dotyczyły zarówno zwierząt jak i ludzi.

Proces maciory-zbrodniarki nie był, zresztą, odosobionym przypadkiem. Było ich sporo. Atrakcją małej szwajcarskiej miejscowości Ugine jest do dziś murowana szubienica, przeznaczona do wieszania dużych zwierząt, takich jak byki czy konie. Ma to związek z tragicznymi wypadkami z roku 1480, kiedy to ogromny buhaj, zraniony strzałą przez nudzących się pasterzy, dostał szału i zaatakował ludzi. Dwie osoby zginęły, kilka odniosło ciężkie obrażenia. Buhajowi wytoczono proces o zabójstwo,a że świadków było sporo, winę uznano za udowodnioną i wydano wyrok – powieszenie.  Na widowisko przybyły tłumy ludzi. Niestety, pech chciał, że drewniany pomost szubiennicy załamał się pod ciężarem skazańca, który – uwolniwszy się – najpierw wziął na rogi pomocnika kata, a potem rzucił się na publiczność tego rockowego koncertu. W chwilę potem kilkanaście osób leżało już na ziemi, tratowane kopytami rozjuszonego buhaja. Rozegrało się tam coś na podobieństwo encierros z Pampeluny, któremu kres położyli dopiero łucznicy i kusznicy, strzałami powalając szalejące zwierzę. Po tym traumatycznym przeżyciu radni Ugine, by uniknąć na przyszłość podobnych przykrych niespodzianek, uchwalili wzniesienie solidnej, murowanej szubiennicy, która stoi tam do dziś.

Obecnie Szwajcarzy nie wieszają już byków. Przeciwnie, ucywilizowali się tak dalece, że ich prawa ochrony zwierząt uchodzą za najbardziej restrykcyjne prawa tego typu na świecie. Nawet rybki akwariowej nie można tam pozbyć się dyskretnie przez spuszczenie wody w toalecie – należy ją najpierw uśpić najłagodniejszą z możliwych i dostępnych metod. Chomiki, stworzenia wybitnie socjalne, mogą skarżyć swoich właścicieli, jeżeli pozostawiane są nazbyt często same sobie, a w  kantonie Zurichu odbył się niedawno proces wędkarza oskarżonego o zamordowanie szczupaka. W tym kantonie zwierzęta mają prawo do adwokata już od roku 1992 i tego samego, ale w skali całego kraju domagała się  przed kilkoma tygodniami Schweizer Tierschutz (STS), paramilitarne towarzystwo obrońców zwierząt. By przeprowadzić powszechne wybory w królestwie bezpośredniej demokracji, czyli w Szwajcarii, wymagane jest minimum sto tysięcy podpisów. STS uzyskało niezbędne minimum i według wstępnych prognoz za przyjęciem takiej ustawy miało głosować dwie trzecie wyborców. Niestety, ryby, koty, psy i inne krzywdzone i prześladowane lub niewystarczająco kochane stworzenia, pechowo zamieszkałe poza kantonem Zurichu, nie dostaną pomocy adwokata – dwie trzecie wyborców, a dokładnie 72% głosowało przeciwko. Szwajcarscy adwokaci też podobno odetchnęli z ulgą – bardzo ciężko dogadać się z rybami, a wyegzekwować płatności od chomików i kotów trudniej niż od mafii.