Telefon do żony

Ma pospolite imię, sześćdziesiąt osiem lat i twarz na której nie dzieje się nic. Nie zmienia jej ani uśmiech ani złość. Na oddziale uzależnień jest już po raz kolejny, ale nie jest pacjentem ani kłopotliwym ani wymagającym – poza porą posiłków, na które stawia się zwykle pierwszy, siedzi w milczeniu przed telewizorem albo śpi. Rozmowa z nim jest niemożliwa, choć na pytania odpowiada adekwatnie, zwłaszcza, jeżeli nie wymagają nic więcej niż zwykłe tak lub nie. Każdego dnia po południu prosi o telefon wyjaśniając, że chce zadzwonić do żony. Wykręca właściwy numer, cierpliwie i prawie radośnie wsłuchuje się w powtarzający się sygnał, a kiedy ten w końcu wygasa odkłada słuchawkę bardzo powoli, prawie ostrożnie, i próżno by szukać na jego twarzy jakichś oznak rozczarowania czy zawodu. Najczęściej wyjaśnia, że żona jest pewnie na zakupach, na partyjce brydża u przyjaciółki albo że wyszła na długi spacer i wróci później, więc on nie będzie już jej przeszkadzał i zadzwoni jutro. I następnego dnia znów dzwoni do żony i żony znów – z tych samych powodów – nie ma w domu. I tak tydzień po tygodniu. Któregoś dnia ktoś z nas zdecydował się, by odbyć z nim rozmowę i powiedzieć wreszcie, że jego żona nie żyje, że zmarła osiem miesięcy temu, że jego telefony do niej są bez sensu, bo ona nie może odpowiedzieć. Spodziewaliśmy się jakiejś mniej czy bardziej dramatycznej reakcji, ale nic podobnego nie nastąpiło. Przyjął to bardzo spokojnie, z właściwym mu, nieobecnym uśmiechem na twarzy. I nie zmieniło się właściwie nic. Wciąż przychodzi do nas po południu, między piątą a szóstą, i prosi o telefon, tyle, że teraz chce dzwonić do swojej … zmarłej żony. Tak mówi, chciałbym zadzwonić do mojej zmarłej żony, a my podajemy mu telefon i razem z nim czekamy aż sygnał wygaśnie.