Czas jest tylko ruchomym obrazem nieruchomej wieczności, zdarzenia powracają, ludzie marzą, a w skończonej przestrzeni w nieskończoność powtarzających się cykli zawsze jest poranek, gdy spada rzęsisty deszcz małych pstrągów, i następny, gdy Miasto otrząsa się z łusek, skrapia się obficie tanimi perfumami i Bran znajduje mapę. Kto wie? Fakty śmieją się i bawią.
W powietrzu unosiła się tajemnicza mgiełka, mistyczna nić babiego lata, i był już strach przed dniem namiotów na Forum i senatorowie już wtedy nie rządzili, lecz czekali na barbarzyńców – epoka dobiegała końca. Upadały imperia, wędrujące granice naśladowały morza, rodziły się marzenia o wyspach szczęśliwych, pojawiały się nowe słowa i nowe choroby, i odzywały się stare wulkany, ale Miasto – niczym kamień rzucony na wygładzoną taflę czasu – rozrastało się jedynie kolejnymi kręgami murów, a zgiełk i szaleństwo świata rzadko pokonywały ich wysokość. Historia przechadzała się po odległych parkach, tak odległych, że najdonośniejsze echa jej kroków nie mogły zmącić jego dziejowej sjesty. Miasto śniło swój darowany sen budząc się niechętnie i na krótko i nawet wtedy nie otwierało oczu.
Uniwersytet, stara księga in folio w gotyckiej oprawie, zapomniany wśród bujnej zieleni Dzielnicy Ogrodów, żył swoim własnym życiem, ale i jego pulsu nie zakłócała gwałtowność nagłych czy nieoczekiwanych wzruszeń. Zegar na frontonie głównego budynku dawno wstrzymał oddech, wskazując tę samą godzinę, a czas przesypywał się monotonnie w klepsydrze codziennych rytuałów, wykładów i zajęć. Jedyną cezurę stanowiły piątkowe popołudnia, gdy z zapałem uprawialiśmy orgiastyczny kult księżycowej boginki, wielkotyłej Pazyfae z archeologii, celebrowany w magazynie z freskami z Faras przy milczącym, choć wyraźnym zgorszeniu ciemnolicych biskupów. I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że nic nie zburzy naszych snów, nagle spadł deszcz małych pstrągów, a następnego dnia Bran odkrył mapę.
Dwuznaczną przyjaźń tych zdarzeń cechowała analogia dymu i ognia. Pierwsze z nich zasługiwało co wyżej na miano drobnego, choć interesującego fenomenu, ale pęczniało pychą proroctw i symboli, wzbudzając lęk i grozę, podczas gdy drugie przemknęło pod jego osłoną zupełnie niezauważone, ale już wkrótce miało objawić iście wilczy apetyt i żelazną wolę.
Nigdy nie udało się ustalić pochodzenia mapy. Nie figurowała w żadnych sygnaturach i katalogach, ale jej starożytność nie wymagała metryk i dowodów. Rozsypywała się w rękach jak list wydobyty z zaduchu omszałej butli, zbyt długo kołysanej w wilgotnych ramionach oceanów. Sól czasu przeżarła jej twarz, uwalniając od dokuczliwej ostrości rysów, godząc odwieczne animozje lądów i mórz, pretensje fal i ostentacyjną samotność wysp. Jeziora znikły zarastając bielmem, a rumieńce egzotycznych roślin, kręte żyłki rzek i łańcuchy gór zapadły się bez śladu w porowatej szarości zmęczonej skóry. Niewiele fragmentów ocalało. Na ruinach dumnych świątyń Pasargady przetrwała Manticora, famm fatal średniowiecznych komiksów o pustej twarzy modelki i odwłoku skorpiona, a niżej, między grupą roztańczonych skiapodów, zręcznie ślizgających się po niewidzialnych falach, przemykały trzy pękate okręty z wydętymi policzkami żagli. Za rufą jednego z nich czaił się jeszcze cień olbrzymiego niegdyś wężosmoka. Eol, umieszczony w prawym, górnym rogu mapy wytrwale grał na aulosie wichrów, lecz teraz jego zimny oddech zdawał się ścinać barwy i kształty, przywracając im pierwotną harmonię nieistnienia. W lewym, dolnym rogu widniała szesnastoramienna ośmiornica róży wiatrów, a ponad nią, na najdalszych krańcach Zachodniego Oceanu, znajdował się ledwo widoczny punkt, opatrzony nad podziw dobrze zachowanym napisem. Napis ten brzmiał: Tir na mBan.
Bran, którego wzrok od dawna błądził po mitycznych pastwiskach sławy, nie mógł tego przeoczyć. Mówiono, że odziedziczył tę słabość po ojcu, profesorze Alisterze, którego portret – zajmując sześćdziesiąte trzecie miejsce w galerii uniwersyteckich tyranów – obciążał zmuruszałe ściany uczelni. Ta myśl i mnie nie była obca, bowiem w cieniu rektorskiego biretu dostrzegałem twarz trackiego konkwistadora, przedhelleńskiego króla, odważnie wkraczającego do alkowy królowej wysp Elizejskich. Alisterowi jednak los nigdy nie ofiarował takiej szansy – jego epokę męczył nawet niedzielny spacer za miasto. Profesor Alister, szukając ujścia dla nadmiarów rozpierającej go, dionizyjskiej energii, musiał prowadzić podwójne życie doktora Jekylla i mr. Hyde’a, a z biegiem lat obie te natury zrosły się i połączyły w jedną. Dzień był domeną rektora Alistera, a noc należała do nijakiego Halysa. Gdy zapadał zmrok zapuszczał się w labirynt krętych, ciemnych uliczek dzielnicy portowej, gdzie można było spotkać egipskich komiwojażerów (perfumy „Izyda”, kremy na potencję „Bededkaw”), czeskich terrorystów, błękitnookie skandynawskie prostytutki, syryjskich rajfurów, usłużnych austrvegrańskich szpiegów, germańskich gasterbaiterów i bez mała całą śmietankę szwajcarskich złodziei. Znano go tam dobrze, widywano go z wędrownymi druidami wróżącymi z lotu ptaka, w gronie zawsze pijanych baru, nadwiślańskich wieszczków ze snów i fusów, a także w towarzystwie bogatych turystek z Macedonii, jak on sam niesytych podniecających wrażeń i seksu. O żonie, znanej poetce epickiej, zapomniał już w parę miesięcy po ślubie, a dźwięk jej imienia unosił jego azjatyckie brwi w niemym zdumieniu. Nie brakowało więc i takich, którzy utrzymywali, że nie on, lecz profesor Musegetos jest prawdziwym ojcem Brana. Musegetos, dandys uniwersyteckich kręgów, wykładowca poezji starogreckiej, miał podobno dzielić z matką Brana nie tylko poetyckie zainteresowania, ale była to zapewne zwyczajna plotka, bowiem Bran do złudzenia przypominał Alistera.
Jakkolwiek by nie było, Bran nie zmarnował szansy. Z głębokiej przeszłości lub z równie odległej przyszłości ponownie wynurzyły się cienie Jadeitowej Komnaty – cesarz znów pochylił się z uwagą, a taoistyczny mnich rozpoczął opowieść od początku. Oboje patrzyli na zachód, ku Tir na mBan, wyspie wspartej na czterech złotych filarach? fallusach? ku Isle of Maidens, położonej na końcu dnia, Ocolurze, poszukiwanej przez marynarzy Magellana, ku Insula Bimini Juana Ponce de Leon, gdzie wciąż jeszcze żyją sny kapitana Loegairi, Mael-Duina i załogi Mary Celeste, gdzie nieuchwytny ziemski raj, umykająca ziemia obiecana.
Tamtego dnia, nie wiedząc o tym, zostałem mianowany kronikarzem wyprawy, która trwa nieprzerwanie od chwili, gdy nauczyliśmy się zapisywać znak sien. Wiele nosiłem imion. Wiele razy umierałem. Jestem już zmęczony.
Bran zamknął się w swoim gabinecie i nie opuszczał go przez dwadzieścia jeden dni i nocy. Zatonął w spróchniałych tomach „Navigatio Santi Brendani”, portugalskich mapach, pamiętnikach Vasco da Gama i Columba, dziennikach pokładowych kastylijskich żeglarzy, wśród sekstansów i atlasów, a jego skupienie, ignorując czas i przestrzeń, skradało się ku kształtom doskonałej nieobecności. Zdawał się tracić kontury, jego cielesność rozpływała się niczym grafit poddany działaniu oczyszczających kwasów, a jego dusza usiłowała przeniknąć do krainy czystej idei, bytu w sobie, gdzie umiejętność odczytywania przyszłych zdarzeń lub cudzych myśli jest darem równie pospolitym jak świetny wzrok lub dobry słuch. Bran zmierzał ku regionom orfickiej łaski przekonany, że w jej promieniach nawet przypadek, demiurg bezlitosny i ślepy, pocznie łasić się u jego stóp.
Po trzech tygodniach opuścił samotnię i tego samego dnia przedłożył Radzie wniosek projektu wyprawy.
Zamiar był tak niedorzeczny i szalony, że nikt nie potraktował go poważnie. Poza Itone Gortys, bo tak w istocie nazywała się nasza Pazyfae. Tylko ona nie podzielała ogólnej beztroski i otwarcie wyrażała swoją nienawiść do Brana. W swojej złości gotowa była przypisać mu rzeź w Antiochii, krucjatę dziecięcą i zburzenie Wetyngii. Zapewniała, że na sam jego widok rosną jej szybciej zęby i paznokcie.
My natomiast żyliśmy bez odrobiny lęku o przyszłość, jak dawniej uprawiając kurz, wyprzedając pokątnie starofenickie amulety i stawiając pasjanse, których koncentryczne kręgi, pokrywające podłogę niczym pompejańska mozaika, obiecywały nieodmiennie, że spodziewany koniec świata skończy się tylko wymianą gromowładnego, entropia odzyska utracone okopy, a nasza świątynia w Faras zadrży zroszona gęstym śmiechem Pazyfae, radośnie panującej na stolcu drewnianej jałówki. Przez kilka dni, zanim zebrała się Rada, nadzieja łopotała szeroko rozpostartymi skrzydłami, a ciało Itone, pulsując tęsknotą, wydzielało przy najdrobniejszym geście atraktanty seksualne o stężeniu tak silnym, że nawet najstarsi korybanci, od dawna już pogrążeni w somnambulicznym odrętwieniu, wynurzali się z lepkich głębin letargu i węsząc niespokojnie podążali za nią paradnym krokiem lipicanów.
Nie dowiemy się nigdy jakich bogów przywołał Bran na pomoc, jakimi zaklęciami pokonał Wielki Areopag, ale uzyskał zgodę na wyprawę. Veni, vidi, vici – pojedynek był podobno krótki, a zwycięstwo pełne. Absurd, pokrzepiony jednomyślnością tej decyzji, wyzywająco przechadzał się po dziedzińcach uczelni. Uniwersytet drżał. Zwapniałe szczęki jego murów zaciskały się w tłumionym i bezsilnym gniewie, a w powietrzu, nasyconym subtelnym, lecz niepokojącym sfumato, unosiły się strzępy iście sybiliańskich przepowiedni. Rozpacz naszej Itone mogła zakłócić miarową pracę kwarcowych zegarów.
Pocieszaliśmy się myślą, że droga od decyzji do wyprawy jest długa i szczęśliwie przebiega z dala od złotodajnych terenów. Pozornie mieliśmy rację. Skarbiec Rady, chociaż bogato inkrustowany hieroglifami błogosławieństw, świecił pustką, jak komora grobowa Tutanchamona po złodziejskiej wizycie Cartera. Ale i te rachuby miały zawieść w oślepiającym słońcu passy Brana. Jego ba znało tajemną drogę, która wiedzie do drzwi, sejfy otwierały się przed nim pokornie, przymiotnik „niemożliwe” podzielił więc smutny los zapomnianych zmarłych.
Najbliższe tygodnie zmyły resztki naszych złudzeń, a pożegnalna orgia u Pazyfae, przygotowana nakładem bajecznych środków, mimo asysty ponętnych kapłanek – gotowych zgłębić każdą z zakazanych tajemnic ogrodu wonności – przemieniła się rychło w bachiczną stypę. Jej uczestnicy, porwani niepojętym szałem dorównania urojonemu nieboszczykowi, prześcigali się w znieczulaniu zmysłów do poziomu idealnej martwoty. Ciężkie, rzeźbione rytony, których objętność domaga się znajomości starożytnych zasad rozcieńczania, nie wysychały ani na chwilę, pieniąc się winem na podobieństwo rajskich fontann obfitości. Szczodrość tych ofiar i tempo toastów nie uszły uwadze Lyajosa, pana tyrsu, który krążył tej nocy w łodzi księżyca w nowiu. Scenariusz święta, opleciony pnączem winnej latorośli, znikał równie nieodwołalnie jak królik połykany przez wygłodzonego węża. Napięcie narastało z minuty na minutę. Dramat zwlekał jednak z kulminacją wyczekując momentu, gdy bóstwo, pokryte minojskim makijażem, objawi się u szczytu operetkowo ukwiecionych schodów. Zgodność akcji, miejsca i czasu dała efekt błyskotliwej operacji militarnej. Oczom Pazyfae, zamiast spodziewanego lasu włóczni adorujących jej przybycie, ukazało się pobojowisko powalonych niemocą białych byków, poddanych groteskowym zabiegom kilkunastu zrozpaczonych kapłanek, które usiłowały przywrócić ich członkom znamiona pożądanej strzelistości. Spektakularność tego przedstawienia z całą pewnością nie miała sobie równych, natomiast rezultaty, mimo gorliwych prac, wzbogaconych praktycznymi zaleceniami czcigodnego Watsjajany, dały wyniki bardziej niż żałosne – wyczerpane danaidy padały bez czucia jedna po drugiej. Klęska nadciągała nieuchronnie. Wówczas z gardła Pazyfae wypłynął przeciągły krzyk, a posępność tej siguiryi, której moc pozbawiała pobliskie platany nadmiaru upierzenia, zdołała wprawdzie wstrząsnąć stygnącymi już ciałami wojowników i na krótko pobudzić ich do życia, ale nie mogła już odmienić biegu wypadków. Skromne rozmiary tego spóźnionego i krótkotrwałego triumfu nawet w części nie pokryły poniesionych strat. Przeciwnie, heroiczny zryw powiększył listę ofiar – finalne requiem miało miejsce o świcie, w murach miejskiego szpitala, przy współudziale całego zastępu ofiarnych asklepiosów.
Pewien szary poranek w jakiś czas potem zastał nas, dwudziestu siedmiu wybrańców, na pokładzie wysłużonego Skidbladnira, którego miniaturowość – zdolna przerazić najodważniejsze trolle – szczęśliwie nie pozostawała w żadnym związku z jego prawdziwą pojemnością. Mógł on być zarówno zabawką jak i dumną nartą obiegającą przylądek, bez trudu unosząc swarliwy ród Asów i ich konie. Lecz nie jego zagadkowość intrygowała nas podczas tej podróży, ani tajemniczy uśmiech Brana, czule pochylonego nad niewidzialną nitką śladów, ale rzeczywistość, która doświadczała nas spadzistością morza i czasu. Wydawać by się mogło, że poruszamy się nie po falach, lecz po fałdach mobiusowej wstęgi, której lubieżna zmysłowość, pełna zagięć i uskoków, spycha nas niepostrzeżenie ku trzewiom innego wymiaru. To, co początkowo braliśmy za przewidzenie, wywołane kołysaniem i chorobą, stopniowo przeszło w pewność – płynęliśmy głowami w dół. Prastare zmarszczki fal przyglądały się kokieteryjnie w zmatowiałym lustrze wieczornego nieba, a okręt w zamyśleniu rozczesywał bujne, mokre włosy żagli.
Dnie mijały. Nad rozległymi wodami unosiły się mgły i miasta Gandharwów, morskie diabły gasiły odległe latarnie i przesuwały dekoracje.
Pamiętam port w którym zadziwiały olbrzymie katedry, nie rzucające cienia, i kraj, gdzie sen był tylko drobną monetą.
Pamiętam miasto, przybierające kształt zależnie od tego, kto je ogląda. Jeżeli nie myli mnie pamięć nazywało się Zemruda i wszyscy widzieli je inaczej, a Italo Calvino twierdził, że tylko on postrzega je takim, jakim ono jest …