Wyobraźmy sobie, że można zdobyć szczyt bez wspinaczki. Wyobraźmy sobie, że nie musimy w trudzie i wysiłku pokonywać niebezpiecznych ścian, że nie musimy walczyć ze zmęczeniem, wyczerpaniem, słabością, że nie narażamy się na mordercze zimno, odmrożenia, niewygody, że przenosimy się na szczyt tak, jak przenosimy się na ostatnie piętro jakiegoś wieżowca – rodzajem szybkiej i wygodnej windy. Czy wówczas alpinizm miałby jakiś sens? Nie, bowiem w alpinizmie w gruncie rzeczy nie szczyt jest ważny, lecz sama wspinaczka. I podobnie jest z naszym życiem. Nie wiadomo dlaczego uważamy wciąż, że wartość życia jest transcendentna w stosunku do samego życia i poszukując jego sensu czy uzasadnienia sięgamy zawsze do spraw znajdujących się poza nim. Gdyby sens życia leżał poza samym życiem, nie warto byłoby żyć. Traktujemy życie jako narzędzie do osiągnięcia … właśnie, do osiągnięcia czego? Szczytu? Śmierci? Prawdziwym celem każdej wspinaczki jest sama wspinaczka. Prawdziwym celem każdego życia jest sam akt życia; ze wszystkim, co to oznacza. Narzucono nam kiedyś błędne przekonanie, że życie jest godne szacunku tylko służąc czemuś innemu, ale życie służy tylko życiu i chyba miał rację Goethe, gdy podsumowując swoje życie powiedział: ”Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej widzę, że życie jest tylko po to, aby je przeżywać”.