Zwyczajne życie

Mieli po dwadzieścia lat, gdy spotkali się po raz pierwszy. Była to dekada z rewolucją goździków w Portugalii i kryzysem naftowym, czas, gdy czytano „Jesień patriarchy” Marqueza, w kinie leciała „Mechaniczna pomarańcza” Kubricka, do Watykanu wprowadził się polski kardynał Wojtyła, a prasa niestrudzenie i natrętnie alarmowała o globalnym ochłodzeniu, prorokując rychłą katastrofę, całkiem jak dzisiaj, gdy straszy nas skutkami globalnego ocieplenia. Dżins właśnie zaczynał podbijać świat, dziewczyny nosiły tunikowe bluzki z fantazyjnymi wzorami i zmyślnymi aplikacjami oraz – wciąż jeszcze – mini spódniczki.

On bardzo chciał zostać pilotem, ale prawem społecznej entropii kontynuował zawód swego ojca – został architektem. Był rzetelnym, solidnym architektem. Budynki, które zaprojektował były równie solidne jak on sam. Jego skryte architektoniczne fantazje i marzenia, od początku internowane w szufladach przepaścistego, antycznego biurka, nigdy nie zdołały wydostać się stamtąd i, oblepione kurzem, powoli zmarły na pylicę.

Jej pragnieniem było wedrzeć się w tajemne życie genów, podróżować, poznawać świat. Studiowała biologię, a na ostatnim roku studiów, by sfinansować ich wspólną wyprawę do Nepalu, zatrudniła się w szkole. Pozostała w niej aż do emerytury. Przypadkowe wybory często stają się naszym losem.

Nie mieli dzieci i podobno nie było im z tego powodu przykro. Czuli się dobrze tylko we dwoje, bez dzieci, psów, kotów, bez żółwi czy chomików, bez żałosnych kanarków czy bełkoczących papug. Ona hodowała kilka kwiatów, nic wymyślnego, zwyczajny aloes, anturium, begonie. Ich mieszkanie wypełniały książki i obrazy, wygodne kanapy i fotele. Podróżowali często, tak często, jak pozwalało im na to ich życie i o wiele, wiele rzadziej niż pragnęli. Czas podróży był czasem sacrum, stawali się wtedy beztroscy i lekkomyślni, gotowi na każde szaleństwo, nigdy niesyci nowych miejsc i nowych doświadczeń. I tak przeżyli razem ponad czterdzieści lat.

Pewnego jesiennego popołudnia, gdy niebo wisiało nisko i siąpił drobny deszcz, on wyszedł na krótki spacer nad morze. Ona została w domu, owinięta ciepłym pledem, siedząc w fotelu, jak zwykle czytając. Gdy wrócił, nadal siedziała w fotelu, prawie w tej samej pozycji, tylko z lekko odchyloną głową, ale książka leżała u jej stóp. Była martwa. Nie wiemy, co czuł w tamtej chwili, nie wiemy, czy coś wykrzyczał czy coś powiedział, czy przytulił ją, nie wiemy, czy płakał. Zgodnie z jej życzeniem skremował jej ciało, a urnę z prochami zabrał do domu.

Kilka tygodni później zamówił podróż i poleciał na wyspę, gdzie byli wiele razy i gdzie zawsze czuli się szczęśliwi. Nie zostawił w domu żadnego testamentu, nikomu niczego nie wyjaśniał, nie porządkował żadnych spraw, nie żegnał się z nikim – pozostawił wszystko tak, jakby wyjeżdżał na kilka dni. Klucze do mieszkania, jak zawsze, pozostawił u sąsiadów. Na wyspie zatrzymał się w hotelu, który odkryli w czasie ich ostatniej podróży. To stamtąd wysłał krótki list do swego przyjaciela. Wspomniał w nim tylko, że pogoda jest wspaniała, że zabrał ze sobą jej prochy, że w ten symboliczny sposób są razem, że życie jest dobre. I nic ponadto, żadnych „żegnaj”, żadnych wyznań, żadnych próśb czy słów ostatnich. Tylko podpis, tylko jego imię.

Wiadomo, że następnego dnia, po nieśpiesznym śniadaniu, wybrał się pieszo do Zatoki Mew. W plecaku miał urnę i butelkę szampana. Tam uwolnił prochy swojej żony, wypił jedną lampkę szampana, a potem skoczył w przepaść – prawie dwieście metrów, u dołu ostre, najeżone jak bagnety skały i hucząca kipiel.

Zwyczajne życie. W zwyczajnym życiu nie ma ani dramatów, ani rozpaczy, ani smutku, ani zbytecznych przymiotników, ani radości, i jednocześnie jest w nim to wszystko i nieskończenie, nieskończenie więcej i możemy zbliżyć się do tego tylko w jeden jedyny sposób – żyjąc. Natomiast każda opowieść o życiu, także o zwyczajnym życiu, jest tylko nieporadnym kłamstwem.