Moi prehistoryczni przodkowie żyją we mnie wyjątkowo wygodnie. Bez trudu mogę sobie wyobrazić ich trwogę i przerażenie, gdy stawali oko w oko z dzikimi zwierzętami. Mogę sobie wyobrazić ich bezradność, ich poczucie bezsiły. Nie mieli żadnych szans w takich spotkaniach. Nie byli do nich przygotowani. Nie mieli ani kłów ani pazurów, ani siły ani szybkości. Nie przypadała im rola zwycięzców, lecz ofiar. Byli przeznaczeni na pożarcie. Pamiętam o tym i dlatego śmierć dzikich zwierząt nie robi na mnie żadnego wrażenia. Przeciwnie, odczuwam coś w rodzaju satysfakcji, słodki smak zemsty, zemsty za tysiące lat strachu naszych przodków. Okrutne? Może, ale dzisiaj, jeżeli jak idiota nie włażę do klatki z tygrysem, nie muszę się go bać. Pomyślmy jednak sytuację w której coś się zmienia i znów stajemy naprzeciwko siebie, w zrujnowanym mieście czy na sawannie …