Opowiem, skoro pani nalega, ale obawiam się, że rozczaruje panią historia mojej wielkiej miłości. Moja wybranka miała sześć lat, była szczuplutka, drobna i eteryczna, i miała szekspirowskie imię Julia. Nasi rodzice nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów, unikając się starannie, pozdrawiając się z daleka i bezosobowo, choć posesje leżały tuż obok siebie, dzieliła je odległość nie większa niż pięć, osiem metrów i niski żywopłot. Ojciec Julii, kostyczny, wysoki mężczyzna o stężałej twarzy bez uśmiechu, zabrał się nawet kiedyś za postawienie płotu, ale zdołał wznieść jedynie betonowe słupki, a potem, z powodów, których już nie pamiętam albo których nigdy nie poznałem, poniechał tego i pozostały tylko te betonowe cokoły, które kruszały i rozsypywały się z biegiem lat, ale z naszej strony podwórka były prawie niewidoczne, bo mój ojciec zawsze przystrzygał żywopłot powyżej ich wysokości. Rodzice unikali więc kontaktów, ale my, Julia i ja, byliśmy nierozłączni. Jedyną zasługą naszych rodziców, w istocie może wcale nie taką małą, było to, że nie powielali marnych postaw Montekich i Kapulettich. Sami, z im tylko wiadomych powodów, zachowywali dystans, lecz nam nie przeszkadzali spotykać się i przebywać ze sobą. Przynajmniej moi rodzice, bo dziś myślę, że rodzice Julii próbowali z początku nałożyć jakieś sankcje, choć wobec jej oporu i zdecydowania poddali się w końcu i zrezygnowali – Julia była posłuszna we wszystkim, co dotyczyło innych spraw, ale gdy chodziło o nasze spotkania, nic i nigdy nie zdołało jej powstrzymać czy przeszkodzić. W tym drobnym, sześcioletnim ciele mieszkała dusza prawdziwej, wielkiej kobiety. Spotykaliśmy się więc bezustannie, zimą nieco rzadziej, ale latem każdego dnia, spędzając razem czas od rana do wieczora. Mieszkaliśmy przy ulicy Kasztanowej, prawie na skraju miasta, nad rzeką, za którą rozciągał się las. To tam było nasze prywatne królestwo, nasz las Broceliande, zaczarowany las, w którym czas i przestrzeń rządziły się własnymi prawami. Nie robiliśmy nic specjalnego, spacerowaliśmy całymi godzinami trzymając się za ręce, zrywaliśmy kwiaty, podglądaliśmy ptaki, często opowiadałem jej o rycerzach Okrągłego Stołu i przygodach Tomka Sayera, moje ówczesne lektury, uwielbiała tego słuchać, albo po prostu leżeliśmy w wysokich trawach nad rzeką, w milczeniu, godzinami, zawsze trzymając się za ręce. Julia czasem zasypiała i wtedy przytulała się do mnie, ciasno do mnie przyklejony mały embrionik, z głową na moim ramieniu, kurczowo obejmując mnie ręką w pasie. Nie ruszałem się, choć czasem unieruchomione ramię drętwiało i przestawałem je czuć. Nie ruszałem się, bowiem kiedyś zostawiłem ją śpiącą, odszedłem kilka metrów dalej, nad rzekę, a ona obudziła się beze mnie i potem długo nic nie mogło powstrzymać jej łez, a ja czułem się jak przestępca. Od tego czasu nie opuszczałem jej nigdy, gdy spała. To wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nigdy nie będę taki, jak inni chłopcy z naszej ulicy, którzy trochę bali się i trochę nienawidzili dziewczyn, traktując je z wyższością i wzgardą, najpospolitsze formy lęku z dzieci, że nigdy nie będę dzielił ich zainteresowań czy pasji i nigdy nie znajdę z nimi prawdziwego porozumienia. Nudzili mnie niewymownie, a ich prymitywne żarty i zaciekłe boje o przewodnictwo w stadzie odstręczały. I do dzisiaj nudzą mnie mężczyzni, a ich prymitywne żarty i boje o przewodnictwo odstręczają dokładnie tak samo. Moim całym światem była Julia, eteryczna, prerafaelicka, delikatna jak orchidea i jednocześnie tak silna wewnętrznie, tak odważna, że gdyby było trzeba przeszłaby bez lęku przez ogień i lawę, przez pole cierni i pustynię. Gdybym tylko szedł razem z nią albo gdyby wiedziała, że jestem po drugiej stronie i tam na nią czekam. Jestem pewien, że nic nie zdołałoby jej powstrzymać …