Spotkanie

Siedem godzin wcześniej, siedem godzin zanim wydarzy się to wszystko, zanim dotrzesz  pod dom, zanim wszechświat wybiegnie ci na spotkanie, wyszedłem z biura, aby coś zjeść. Właściwie nie byłem głodny tamtego dnia, rozważałem nawet, czy nie pozostać w biurze, ale wyszedłem, choć wbrew samemu sobie i bez żadnego konceptu, gdzie właściwie pojść i po co. Po opuszczeniu budynku skierowałem się jednak nie na lewo, w stronę Ronda, jak to zwykle czyniłem, ale na prawo, wędrując wzdłuż ulicy Południowej aż do skrzyżowania przy Barbakanie. Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, wielokrotnie stawiałem sobie pytanie, dlaczego tego dnia zmieniłem moje rutyny i wciąż nie znajduję odpowiedzi. Przy Barbakanie skręciłem w ulicę Długą i kiedy doszedłem do jej końca, kiedy zatrzymałem się rozważając w którą strone teraz podążyć, po jej drugiej stronie, tam, gdzie zaczyna się dawny Targ Rybny, a teraz jest niewielki skwerek z placem zabaw dla dzieci i kioskiem z lodami, spostrzegłem mężczyznę, który stał przy krawężniku i patrzył na mnie. Do dziś jestem przekonany, że patrzył na mnie. Staliśmy naprzeciw siebie, w odległości nie większej niż dziesięć, dwanaście metrów i przyglądaliśmy się sobie, zapewne oboje zastanawiając się, jak to jest możliwe, jak to na boga jest możliwe … Mężczyzna po drugiej stronie, jeśli nie był moim lustrzanym odbiciem, moim sobowtórem, to przynajmniej kimś niemal łudząco podobnym. Staliśmy tak przez chwilę, patrząc na siebie, a potem ja zawróciłem, nieco zbyt pośpiesznie, a nawet trwożnie, a on, niemal równocześnie, skierował się w stronę ulicy Pawiej i zniknął za jej narożnikowym budynkiem, tym szarym domem  z apteką na parterze.

Do dzisiaj żałuję, że nie przeszedłem na drugą stronę. Coś pozwoliło nam spotkać się, ale żaden z nas nie podjął tego wyzwania, żaden z nas nie odważył się pochwycić tej szansy. Jedna z gier Przypadku, jeden z jego kaprysów, być może równie ważny dla niego jak i dla mnie, wymknął się nam z rąk. Nie wzięliśmy w nim udziału. Ja tego nie uczyniłem. I żałuję tego. Zawsze zarzucałaś mi, że tyle we mnie metafizyki co siarki w główce od zapałki, i wciąż jest tak samo, to jedno nie zmieniło się, ale w jakiś niedorzeczny sposób wierzę, że tamto zdarzenie, tego dnia, gdy wszechświat wybiegł ci na spotkanie, mogło wszystko odmienić i nasze losy, twój i mój, potoczyłyby się inaczej. I moja wiara w to nie słabnie z upływem lat, przeciwnie, jestem o tym coraz bardziej przekonany … Potem wielokrotnie powracałem w to miejsce, całe godziny spędzałem na skwerku, wystawałem na narożniku ulicy, mieszkańcy tamtych domów zaczynali mnie już rozpoznawać, niektórzy uśmiechali się przechodząc jak do starego znajomego, stałem się prawie częścią tamtego pejzażu … i nigdy już nie spotkałem tamtego mężczyzny. Nie pojawił się po raz drugi. Pewnie śmiałabyś się teraz słysząc mnie, moja piękna, ale ja wierzę, że tamto zdarzenie było kluczem – tylko nie wiem do jakich drzwi …