Mieszkańcy kraju, który widzę za oknem, mieszkańcy Ultima Thule, panicznie boją się miłości. Miłość jest niebezpieczna. Miłość zagraża bezpieczeństwu i integralności ich ego. Dowiedzieli się kiedyś, że człowiek, którego kochamy zawsze wpływa na nas w ten czy inny sposób i tym samym zawsze nas zmienia. W Ultima Thule ego ma status świętej krowy – jest nietykalne.
To niewiarygodne, do jakich rozmiarów urosło tutaj to małe, najczęściej żałośnie ubogie ego i jak zwyrodniała i jak krucha musi być ta roślina, jeżeli trzeba ją ochraniać nawet przed miłością. „Kochaj mnie, ale nie wpływaj na mnie „ – daj mi siebie tak, by nie wzbogaciło mnie to w niczym, daj mi coś, niczego nie dając, ubierz mnie w suknię w której nadal będę naga, a i ty otrzymasz ode mnie to samo. Cóż warte jest takie ego, które drży ze strachu przed próbą pokonania swoich ograniczeń i słabości – i czy naprawdę warto o nie zabiegać? Miłość jest aktem tworzenia. W miłości każde z nas jest po części dziełem tego drugiego. Tak, to czasem bardzo boli, ale bez tego doświadczenia jesteśmy tylko ćwierć-ludźmi, wędrującymi przez życie jak blade cienie z Ultima-Thule.