Drogi Gwyddionie,
Twoja przesyłka z cudownym listem zaskoczyła mnie w ogrodzie, w poranek mglisty, lecz ciepły, gdy ubrudzona ziemią klęczałam właśnie między fioletowym dywanem dzwonków dalmatyńskich, a żagwinem. Można więc powiedzieć, że i tym razem tradycji stało się zadość – Twoje pomysły zawsze „rzucały mnie na kolana”, niekiedy prawie dosłownie. Dostarczył mi ją młody listonosz, który wydaje mi się być jak stworzony do tej funkcji. Mimo iż obsługuje naszą dzielnicę już od roku, mimo iż widujemy się kilka razy w tygodniu, w żaden sposób nie potrafię zapamiętać jego twarzy i nawet teraz, choć był tu zaledwie kilka godzin temu, nie umiałabym ani jej opisać ani rozpoznać. Ale czyż w gruncie rzeczy nie powinno tak być? Czyż ci, którzy roznoszą okruchy zagubionego czasu, nie powinni być równie nierozpoznawalni i bezimienni jak sam czas?
Wiem, pomyślałeś teraz, że na starość całkiem rozsypała się moja i tak zawsze wątła pamięć. Nie zaprzeczaj, nie mam o to żalu, masz prawo tak myśleć. Chcę jednak, abyś wiedział, że ja także pamiętam tamten dzień, ten nieszczęsny dzień, gdy pomyliłam perony i wsiadłam do innego pociągu, przekonana, że przecież tak umówiliśmy się, pewna, że zaraz mnie znajdziesz, i nie czułam niepokoju nawet wówczas, gdy odjeżdżał, spokojnie oczekując chwili, gdy otworzą się drzwi przedziału i ukażesz się w nich, z bukietem róż, z czekoladkami Beringera w karmazynowej bombonierze w kształcie serca, z maską Arlekina na twarzy, z jakąś niespodzianką, jak zwykle. Nigdy nie uwierzyłeś, że wszystko odbyło się tak banalnie prosto, ale i nigdy nie pozwoliłeś mi o tym opowiedzieć, nie dałeś mi żadnej szansy, nie chciałeś słyszeć ani słowa, a ja czułam się winna i pokornie milczałam. To prawo już nie obowiązuje, Gwyddionie, i teraz – czy tego chcesz czy nie – będziesz zmuszony wysłuchać moich sentymentalnych zwierzeń do końca … Mijały minuty i nie pojawiałeś się, ale przyznaję, że i wtedy jeszcze daleka byłam od niepokoju. Dlaczego zresztą miałabym czuć niepokój? Graliśmy tyle ról i tyle gier, rzeczywistość była świętem, teatrem i szachownicą, pomyślałam, że to jeszcze jedna gra, że właśnie o to ci chodzi, że siedzisz zapewne w sąsiednim przedziale i jesteś pewien, że przestraszę się i zacznę cię szukać. Och, byłam prawie dumna, że przejrzałam Twój podstęp i podobała mi się ta gra, i chciałam ją wygrać, przygotowałam nawet końcową scenę, obojętna mina, celna replika, podziw w Twoich oczach. Ale w jakimś momencie, nagle, ziarenko zwątpienia, które błyskawicznie spęczniało i eksplodowało we mnie niczym granat. Jak Ci opisać, Gwyddionie, jak Ci opisać moje przerażenie, gdy odkryłam, że Ciebie nie ma w tej grze, że gram z widmami mojej własnej wyobraźni?
To przerażenie nie opuściło mnie już nigdy. Setki razy powracało w snach i setki razy odjeżdżałam w nich tym samym pociągiem, przeżywając od nowa każdą chwilę, szukając Cię, półprzytomna ze strachu, biegnąc przez wagony, by dotrzeć do ostatniego i obudzić się z krzykiem w nocy, spocona i drżąca, i oczekiwać potem poranka w fotelu pod oknem, w towarzystwie zdradliwych przyjaciół, mocnej kawy i papierosów. M. twierdziła, że to zwyczajna histeria, że moje przeżycia, w porównaniu z przeżyciami innych ludzi, byłyby jak maleńki kamyk u stóp góry, a mimo tego nie przeszkadza im to spać i nie boją się zasypiać. Nie zrozum mnie źle, nie chcę bronić moich demonów, ale czy istnieje wspólna miara odczuwania, metrum dla wszystkich, czy kamyk nie może być równie przytłaczający jak góra? Jeszcze i dzisiaj zdarza się, że odjeżdżam w snach tym pociągiem, ale już nie zrywam się z krzykiem, pozwalam mu uwozić się w moje życie, takie, jakm było, i tylko rano jestem trochę smutniejsza, nic takiego.
Tamto przerażenie odcisnęło ślad także i na mojej jawie. Jestem teraz idealnym pasażerem, Gwyddionie, pokornym i zdyscyplinowanym. Stawiam się na dworcach o dwie godziny za wcześnie, wiele razy upewniam się, czy wsiadam do właściwego pociągu, i do końca podróży nie mogę pozbyć się niepokoju, czy dotrę do celu i kiedy już jestem na miejscu, nie mogę w to uwierzyć.
Od tamtego czasu nie lubię róż i maski Arlekina. Róże pachną goryczą, a rysy Arlekina są złowrogie. Nie lubię także peronów, pociągów i podróży. Wiem, że to śmieszne, te fobie po latach, ale czyż starość nie składa się z tego, co nas kiedyś sparzyło i z tego, co nam teraz szkodzi? Nie, Gwyddionie, ja wciąż nie mam nic na swoją obronę i nadal nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że tak drobne i banalne zdarzenie mogło przeważyć szalę naszych losów i znaczyć znacznie więcej niż wszystko, co nas łączyło. Być może wszystko byłoby inaczej, gdybyśmy nie byli tacy młodzi, ale byliśmy, świat miał tylko dwa kolory, miłość i nienawiść, i wyraźne kontury, ostre jak stłuczone szkło. W życiu każdego z nas, nawet jeśli nie przyznajemy się do tego, jest taka chwila, którą chciałoby się cofnąć i takie miejsce, do którego chciałoby się powrócić. Ja chciałabym cofnąć się do tamtego dnia, chciałabym odnaleźć Cię, czekającego na mnie daremnie na innym peronie, i znów być młoda, Gwyddionie, i iść u Twego boku jedną z tych ulic, które dawno już nie istnieją, trzymać Cię za rękę, czuć swoje ciało, odzyskać zdolność zachwycania się marzeniami i słuchać Cię, słuchać bez końca, że podbijesz świat, że rzucisz mi go do stóp, że zbudujesz najpiękniejsze domy, i że zawsze będziesz mnie kochał …
Kto mi może zwrócić tamtą chwilę? Kto mi raz jeszcze ją podaruje, Gwyddionie? Wierz mi, przyjęłabym ją zarówno z rąk Boga jak Szatana, płacąc każdą cenę, bez wahania i z radością. Jednak nie Boga o to proszę. Bogowie spełniają tylko to, co możliwe, co spełnić się może. To, co niemożliwe, co łamie reguły naszej egzystencji, ofiarowuje nam jedynie Szatan. Czy to nie ironiczne, że on jest naszą ostatnią nadzieją?
Moja pamięć nie zawodzi mnie, Gwyddionie, już nie. Nie pamiętam twarzy listonosza, ale to zapewne z tej prostej przyczyny, że i nie ma czego pamiętać. Zapamiętuję jednak dziesiątki innych twarzy, z biegiem lat zapamiętuję je coraz łatwiej i coraz łatwiej znajduję w nich to, czego kiedyś na pewno nie potrafiłabym dojrzeć. Pamiętam także Twoją twarz, pamiętam wiele Twoich twarzy i teraz wszystkie są jednakowo prawdziwe i nie powiedziałabym już, jak kiedyś, że próbujesz ukryć swoją twarz, że zakładasz maski, że kłamiesz. Kłamiemy słowami, kłamiemy czynami, nigdy twarzą.
Nie pytaj mnie o moje życie. Każdy dzień mógłby mieć tę samą nazwę, trochę pracy w ogrodzie, książki, stary nawyk, choć zapału starcza już zaledwie na kilka stron, resztę znam lub mogę odgadnąć, wizyty u lekarza zastąpiły wizyty w teatrze, a nekrologi czytam jak kronikę towarzyską. Jak dobrze wiesz, miasteczko jest małe, uniwersytet nadawał i wciąż nadaje mu ton, kilka razy w miesiącu spotkania w gronie nobliwych profesorów, pań z towarzystwa i duchownych, nie dyskutuje się już literatury, ale za to wirują okrągłe stoliczki i fantazja, i zmarli kreślą swoje imiona na tabliczkach ouija. Profesor Radesz (może jeszcze pamiętasz jego obrazoburcze artykuły z „Głosu Wieków”?) pisuje teraz rozprawy o duchach i poluje na nie z zapałem w nawiedzanych zamkach, a ksiądz Summers wydał właśnie szósty tom księgi o czarach, czarownicach i wilkołakach. Nikogo już nie zajmują architektura, poezja czy uczucia. Mistycyzm króluje wszechwładnie, szaleństwo jest pełne, i nawet wzorowe matki i żony piszą wieczorami, dla odprężenia, okrutne i mroczne opowiadanka, a Piotr Haining wydaje je potem w setkach tysięcy egzemplarzy i radośnie zaciera ręce. Czasem mam wrażenie, że wszyscy na coś czekamy i nikt nie wie na co. Sam wiesz, wspominałeś o Mgle, kończy się epoka, rozum zasypia, budzą się upiory.
Zdumiewa mnie jednak, że Ty narzekasz na samotność, chociaż w Twoim liście tyle imion i miejsc, spotkań i zdarzeń, tyle ruchu i życia. Czy to nie kokieteria, Gwyddionie, ale może chciałeś mnie w ten sposób pocieszyć? Piszesz o Juliuszu (pozdrawiaj go ode mnie), a Adrianie (portret znakomity, choć czuję, że nie całkiem bezstronny) i o Branie. Czy to nie dziwne, że Twój przyjaciel nosi właśnie to imię? Wydaje mi się to tak nieprawdopodobne, że gotowa byłabym uwierzyć, iż wymyśliłeś go. Czy on już wie o tym? Czy powiedziałeś mu?
Dziękuję Ci za projekt naszego domu. W jakiś irracjonalny sposób zawsze wierzyłam, że otrzymam go i nigdy nie przestałam w to wierzyć. Byłam pewna, że kiedyś go wyśnisz. I nie mniej mi za złe, że nie tyle zależało mi na tym, abyś go zbudował, co właśnie, żebyś go wyśnił. Jest piękny i realny, bo teraz już nigdy nie będzie podlegał ograniczeniom ścian i sufitów, nie będę ścierać w nim kurzy, jego przestrzeń nie zakrzepnie i nie będzie nas więzić. Będę mogła spacerować po nim z zamkniętymi oczyma, każdego dnia zmieniać meble i kolory, i przyjmować w nim tylko tych, których sama zaproszę. Nikt do niego nie wejdzie bez naszej zgody, Gwyddionie, i nikt nie zakłóci jego ciszy. Wbrew temu, co napisałeś, że posyłasz mi „kreski na papierze, zamiast cegły i kamienia”, jest to prawdziwy Dom, bo Dom nie jest czymś w czym mieszkamy. Dom jest czymś, co nosimy w naszym sercu. Twoja C.
(Fragment powieści „Urbs”)