Trzy razy ja

Wola. Mam niekiedy wrażenie, że posiadam dwa rodzaje woli: wolę właściwą, jeżeli ją tak nazwać, i wolę okazjonalną, która aktywizuje się w sytuacjach, gdy jestem zobligowany do działania, gdy wydarzenia czy okoliczności przymuszają mnie do tego. Pierwsza z nich jest stała i endogenna, druga nietrwała i obca. Uruchomiając tę pierwszą jestem w stanie coś osiągnąć, druga rozsypuje się jak domek z kart, gdy tylko znikają czynniki przymusu.

                                                                         ***

Nic, co zdobywa się w trudzie, nie wydaje mi się być warte zachodu i nigdy nie zapadłem na ten rodzaj pospolitej dzisiaj choroby, która – podrażniając ambicję – powoduje, że oddajemy się działaniom, które budzą w nas jedynie niechęć, sprzeciw czy wręcz odrazę. Rezultaty takich czynów, nawet jeśli przynoszą ewidentne korzyści, nie sprawiają mi żadnej radości. Zawsze w takich sytuacjach mam wrażenie, że stałem się ofiarą ohydnej i nienawistnej mi pazerności, że oszukałem sam siebie. Trud, mordęga, wysiłek ponad siły drenują mnie z wszelkiej zdolności do odczuwania przyjemności z osiągniętego celu. Najradośniejsze i najprzyjemniejsze jest moim zdaniem to, co osiąga się bez mozołu, jakby przypadkiem, jakby od niechcenia, i tylko wtedy potrafię cieszyć się z tego szczerze i prawdziwie.

                                                                         ***

Jestem już świadom tego, że mam skłonność do częstego posługiwania się intuicją, może częstszego niż to konieczne czy bezpieczne, i – co gorsza – potrafię zasłaniać się nią, gdy czegoś nie chcę robić. Niestety, w takich razach bywam przekonywujący nawet dla siebie samego.