Eufemizacja

Nie wiem, czy kiedykolwiek w naszych dziejach zachwycaliśmy się życiem tak często i tak bezrozumnie jak obecnie. Zachwycamy się życiem na widok pierwszego lepszego kwiatka, gdy słyszymy przeraźliwie piszczącego bachora, gdy jakieś inne beztalencie maltretuje nasze uszy, gdy jakiś analfabeta skleci kilka zdań i gdy inny analfabeta wyda je w formie jakiejś książki, zachwycamy się każdym transwestytą, gdy tylko pojawi się publicznie w rajstopach i wypchanym biustonoszu, każdym homo, które ogłosi, że zakochało się w innym homo, każdym kopiącym piłkę, gdy uda mu się wkopać ją w to miejsce, które nazywa bramką, a które rozmiarami przypomina wjazd do zajezdni tramwajowej, zachłystujemy się z zachwytu, gdy ktoś gotuje, sadzi kwiatki, maluje bohomazy, celnie pluje lub koszmarnie oszpeci się tatuażem …

Mamy zażyły i bardzo intymny kontakt ze światem, sensualny i seksualny, wypełniony chorymi pieszczotami wszystkiego, co rozgrywa się wokół nas – obmacujemy świat, ślinimy się nad światem, gładzimy go, pieścimy, eufemizujemy w jakimś obłędnym przekonaniu, że tak jest lepiej i dla nas i dla świata. Uczymy się pieścić świat coraz doskonalej, intensywniej i skuteczniej. Zapieszczamy go do niepoznania, na śmierć.