… gdy oddalałem się od wybrzeża, szło ono za mną i dopiero gdy o nim zapomniałem, pozostało w tyle. Wtedy ujrzałem miasto.
Jego postać i uśmiech umykają pułapkom najzręczniejszej metafory. Jest Zemrudą tysięcy marzeń i zmienia się jak one, ale nikogo to nie dziwi i nikt tu nie błądzi. Miasto jest wszędzie, a wędrówka po nim jest jak opowieść. Prawda i kłamstwo siedzą przy jednym stole grając w kości, ludzie i bogowie spacerują tymi samymi ulicami, razem polują na piękne aktorki, potem zamieniają je w kwiaty lub strumienie i dzień ma tutaj zawsze tylko jedną nazwę. W sypialniach rosną jurajskie paprocie i tygrysy mruczą do snu nocą.
Najczęściej przesiaduję na Bazarze, w pobliżu fontanny szumiącej winem, gdzie cesarzowa Mei Si śpiewa codziennie przy akompaniamencie rozdzieranego jedwabiu. Na straganach suszą się naręcza kolorowych gołębi, dookoła nich uwijają się hamadriady pachnące świeżo ściętą wierzbą i zgrabne nimfy wodne, których dotyk przypomina kojący okład, a na jednym z krużganków oczekuje Myrra, gotowa za drobną pieszczotę przemieniać się w drzewo.
W podcieniach mieści się sklepik sprzedawcy uczuć. Asortyment jest bogaty, można tu znaleźć najsubtelniejsze odcienie, najrzadsze barwy, najciekawsze formy. Już wiem, że nocą najlepsze są te, które zapalają się nieśmiało, ale potem płoną silnym, namiętnym ogniem i nie gasną przed świtem. Służebne z pałacu królowej kochają uczucia, które świecą jak pyrophorus noctilucus lub te, które przypominają im sztuczne ognie. Nie są one trwałe, lecz bardzo intensywne i jeżeli stosować je umiejętnie, rzadko wyrządzają szkody, mimo ich miłosnej gwałtowności. Większość z nich nosi się na czole jak diademy lub zawiesza się na szyi niczym sznur korali. Zmienia się je często, bowiem szybko tracą siłę i barwy. Nie lubię, gdy zamierają, ale jeżeli nie zrzuci się ich w porę, wżerają się w ciało, przypiekają do żywego i pozostawiają blizny. Te natomiast, których używa się jako prezentów, jednorazowe, gasną w ciągu kilku godzin.
Najbardziej lubię obserwować sztukmistrza, który płonie z miłości niczym żywa pochodnia, spala się w proch i odradza się z popiołów niczym Feniks. Ilokroć prosiłem, aby mnie tego nauczył, uśmiechał się życzliwie, lecz bezradnie rozkładał ramiona. Spróbowałem sam, sztuczka jest prosta, ale moim płomieniom daleko jeszcze do artyzmu i fantazji jego płomieni. To, co umiem, ledwo wystarczy, by uwieść szerokobiodre apsary. Chichoczą z zadowolenia, klaszczą w dłonie, ich łagodne, krowie oczy wyrażają zachwyt, a potem rzeczowo zrzucają spódnice. Niedawno próbowałem spalić się na oczach pewnej damy, która przypominała mi kogoś, choć nie pamiętam kogo, ale kąciki jej warg opadły w wyrazie niesmaku, gdy tylko ogarnęły mnie płomienie. Odeszła, nie oczekując nawet, aż spopieleję i teraz mnie unika.
(Frag. powieści „URBS”)