… ale Bosan nie byłby sobą, gdyby miał zrezygnować z wygłoszenia kwestii do końca. Ignorując słowa Gustla powiedział:
– Czy nigdy nie zastanawiał się pan nad tym, jak wspaniale zorganizowany, jak precyzyjny, jak zegarmistrzowsko dokładny bywa przypadek? Czy nigdy nie uderzyła pana jego logika, jego straszliwa perfekcja? Nie czuje pan w tym mroźnego oddechu boskości? Przypadek, twórca genialny, łączy rzeczy najbardziej przeciwstawne, wybiera warianty najbardziej nieoczekiwane i zawsze spina je złotą fibulą doskonałości. Czy unikniemy czegoś, czy spotkamy to, zawsze będzie to sytuacja zawierająca ciąg przerażająco logicznych ogniw. Cóż to jest przypadek? Determinizm, żeby nie szukać zbyt daleko, definiował go jako „zbieg indywidualnych konieczności” i trzeba przyznać, że sformuowanie to nadzwyczaj łatwo i chętnie przykleja się do myśli, ale problem polega na tym, że determinizm zgrał się do suchej nitki i już nie bierze udziału w tej partyjce pokera. Dzisiaj wiemy, że elektrony atomu wcale nie poruszają się z topornością kul bilardowych. Wiemy, że przeskakują z orbity na orbitę niczym rozbawione, kapryśne dzieci i w gruncie rzeczy nigdy nie wiadomo, gdzie skoczą i dlaczego. Współczesna fizyka bezradnie rozkłada ramiona i nie znajduje wyjaśnienia na pytanie o przypadkowość. Czysty wytwór chaosu więc? A może przeciwnie – okruch ładu? Dla przykładu posłużmy się jakąś banalną sytuacją. Wyobraźmy sobie, że przechadzam się po ulicy i na głowę spada mi dachówka. Nic nadzwyczajnego, ale ileż to rzeczy musi złożyć się na to zdarzenie, jaka mistrzowska zgodność miejsca, czasu i akcji! Tego dnia obudzę się o ściśle określonej porze, spacerując znajdę się dokładnie w tej, a nie w innej części miasta, właśnie na tej ulicy, obok tego domu i co do milimetra w tym miejscu, w które celuje spadająca dachówka, która wcześniej uwolniła się z uścisku cementu i wapna, poluzowała, oderwała się we właściwym momencie i staczając się po pochyłości dachu zachowuje tor, który uplasuje ją ostatecznie właśnie na mojej głowie. Czyż to nie wystarczy? Gdybym tego dnia przebudził się chwilę później, zamiast wybrać się na spacer sięgnął po książkę czy też w czasie spaceru wybrał inny kierunek, gdybym zatrzymał się kilka sekund dłużej przed witryną księgarni, zwolnił kroku oglądając się za piękną kobietą, przystanął, by zapalić papierosa … Ale nie, tego dnia każdy mój gest, każdy krok, każda minuta były dokładnie wyliczone i zaplanowane. Wszystkie rozproszone elementy konsekwentnie zdążały na spotkanie, ku tej jednej, jedynej chwili, gdy znieruchomieją w zdumiewającym porządku. Czy powinno nas dziwić, że ludzie mówią o przeznaczeniu, że nie wierzą, by można było uciec przed losem? Myślę niekiedy, że życie jest możliwe nie dlatego, że pewne rzeczy zdarzają się, lecz dlatego, że miliony innych nie zdarzają się nigdy. Nie dlatego więc, że jest porządkiem, lecz właśnie dlatego, że nim nie jest. Przypadek – chaos czy może raczej ład? Monstrualny ład, gdzie wszystko układa się według swoich przeznaczeń, gdzie nic nie egzystuje osobno, nic niczego nie szuka, nic z niczym nie mija się, gdzie nie ma wyprzedzeń i spóźnień, pełnia, w której każda Ewa spotka swego Adama, zastygła, straszliwa doskonałość? Może przypadek jest miniaturową kopią takiego stanu? Nie, nie proponuję i nie propaguję dysteleologii i chciałem jedynie podkreślić, że w przypadku objawia się ten rodzaj harmonii, która przywołuje na myśl bezruch, nieistnienie. Kiedy pomyślę, czym byłoby życie, gdyby wszystko łączyło się w tak doskonały sposób, gdyby wszystko odnajdowało się tak precyzyjnie i nieodwołalnie, ze strachu wolałbym nie żyć. Na nasze szczęście życie jest chaosem, morzem, które jeszcze nie zamarzło i choć czasem rozbijamy się o pływające w nim bryły lodu, dachówki spadające nam na głowy, czyli przypadki, to przecież potwierdza to jedynie domniemanie, że życie jest chaosem prawdziwym, to znaczy niewybiórczym, i to już jest jakaś pociecha. Czy przekonuję pana mówiąc, że przypadki są górami lodowymi morza chaosu? Proszę zauważyć, że życie zamiera, gdy osiąga ostateczny ład i nie na próżno doskonałość zawsze kojarzono z martwotą. Systemy społeczne w których organizacja życia obejmuje każdą z jego dziedzin, wytracają energię, zastygają w bezruchu, gasną. I to samo dzieje się z nami, z każdym z nas z osobna; życie żąda od nas nie tyle ładu, co intensywności, nie tyle porządku, co różnorodności. Tylko wtedy jest bogate. Nawiasem mówiąc, te nieuczesane spekulacje podsuwają mi myśl o daremności naszych wysiłków zmierzających do wyjaśnienia i uporządkowania życia. Jesteśmy pogrążeni w życiu, pływamy w nim jak w morzu chaosu i tak długo nie będziemy w stanie powiedzieć nic pewnego o jego Ładzie, jak długo ów chaos nie zakrzepnie. Przypadek objawia się w chaosie, ale chaosem nie jest. Jeśli już jakoś trzeba go nazwać, to nazwijmy go emisariuszem nieistnienia, przebłyskiem stanu martwej doskonałości, mikroskopijną cząsteczką Ładu i Porządku, które być może były na początku i być może będą na końcu. W tym sensie nie jest on i nie może być produktem chaosu. Jest jego zaprzeczeniem, ostrzeżeniem przed Ładem, czymś, co nie należy do naszego świata i całe szczęście, że nie należy … Ale widzę, że zaniedbuję moje obowiązki gospodarza. Pozwoli pan, że napełnię pański kieliszek słonecznością tego wybornego trunku?
(Frag. powieści „URBS”)