Królu Branie, siedzę przy biurku ustawionym wzdłuż okna otwartego na południe, niebo jest wściekle niebieskie i na horyzoncie zlewa się z groźnym granatem posępnych chmur. Słyszę odległe krzyki, czyjś śmiech, astmatyczny oddech Miasta, ale dźwięki docierają do mnie wytłumione i łagodne, jakby przedwieczorne trwanie spowijało je w welurową tkaninę ciszy. Zawsze będę pisać do ciebie pod oknem, w świetle nieba, i nie do ciebie chyba też, choć wiem, że to nieprawda, bo odtąd już wszystko będzie dla i do ciebie.
Poprowadzę cię teraz po poziomie pobliskich dachów, królu Branie, pozamykam drzwi, te od moich obaw i zbyt ostrych definicji, skieruję cię do mego pokoju, posadzę w tym szarym fotelu naprzeciwko i powiem ”miły” i pierwsza sylaba będzie zbliżaniem się do ciebie i wstrzymywaniem oddechu, a druga miękkim spadaniem w twoje ramiona. Już kolejny wieczór przed snem prześladuje mnie takie wyobrażenie i tuż przed, a może na granicy rozstania się ze świadomością, przeciągam się mrucząc ”weź mnie”, i to samo, gdy budzę się w środku nocy. Nie, nie jestem rozpustna i niczego nie żądam. Teraz już nie żądam niczego … Tak, masz rację, znów kłamię. Cybernetyka zakłada, że człowiek jest dość przypadkową składanką, bez istotnych diachronicznych powiązań, co podpowiada mi, że razem moglibyśmy być wspaniali, ale już wiem, że to beznadziejne. Nawet jeśli odzyskam cię, królu Branie, to i tak cię stracę i chcę cię odzyskać, choćbym miała cię stracić. Czy jest w tym jakiś sens? Sentymentalizm, którym tak bardzo pogardzałam, panuje teraz nade mną niepodzielnie i cała jestem oblepiona czułością i tęsknotą.
To dziwne, bo minęły już wieki, choć nie minął jeszcze tydzień … Czas jest najbardziej abstrakcyjnym ze wszystkich naszych pojęć. Od kiedy roztopiłeś się w Fanarze trwam w takiej samej pustce, bez możliwości, ale i bez chęci zmiany pozycji. Jedyne, co zmienia się, nasilając z każdym dniem, to moja nienawiść do księżyca, wieczorów i zakochanych, których nie powinno być, gdy świat się kończy, a którzy wciąż są, jakby mieli go przeżyć i pochować. Zastygam jak moje gesty, Bran, zastygam jak samo oczekiwanie, czytam książki bez ludzi, robię nam wieczorną herbatę, której nie wypijasz, potem odbywam dalekie podróże, czasem wtulona w poduszkę bezgłośnie płaczę. Miasto szybko teraz pogrąża się w ciemności, samotność wślizguje się jak wąż. Mówiłeś kiedyś, że jesteśmy kochankami Miasta, lecz teraz, gdy dogorywa ona w bólu i skowycie myślę, że myliłeś się, miły, a Miasto jest tylko naszym bezlitosnym i okrutnym władcą i zabierze nas ze sobą do grobu, razem z jego zbroją, bronią i końmi. Umierające miasta domagają się hekatomby proporcjonalnej do ich wielkości i sławy, a nasze Miasto rozciąga się na przestrzeni tysięcy lat i dusi się od sławy. Nic nie będzie tak daremnie wystawne jak jego pogrzeb.
Jestem senna i zmęczona. Włóczyłam się dzisiaj twoimi ulicami, przemierzałam nasz pierwszy szlak, czytałam wyblakłe afisze, stare repertuary zamkniętych teatrów i kin, oglądałam puste witryny, spotkałam Gwyddiona, który zgarbił się jeszcze bardziej i pali trzy razy więcej, a z jego twarzy pozostały już tylko wielkie, błyszczące i umęczone oczy. Kiedy zapytałam o ciebie uczynił taki gest, jakby chciał uciec, ale nie zrobił tego, patrzył w niebo i przecząco kręcił głową. Wtedy skłamałam. Powiedziałam, że podobno widziano ciebie i dlatego właśnie pytam, że może już jutro … Wiem, skłamałam okropnie, ja często kłamię, ale on na pewno mi nie uwierzył, bo odszedł tak szybko, i teraz myślę, że chciał coś ukryć.
Gdybym tylko mogła wysłać ten list, Bran, list pełen piasku i traw, mego smutku i nadziei, i tylu innych rzeczy o których boję się myśleć, bo powracają potem w snach jak strzały i jak noże.
Całuję cię w linii do której dosięgają moje usta. Stoję boso, na palcach. Adriana.
(Frag. powieści „URBS”)