The Rolling Stones

Znajduję dzisiaj bardzo entuzjastyczną recenzję z lipcowego koncert The Rolling Stones w Polsce. I mam smutne skojarzenia. Może dlatego, że jestem stary i mam inną pamięć. Monkey Jagger najwyraźniej wciąż ma się dobrze, zarabia świetnie, podryguje na scenie z gracją zreumatyzowanej małpy i – dokładnie jak przed laty – skrzypi niczym odrzwia starej bramy. I co lepsze nie musi martwić się o wysokość swojej emerytury. A przecież i on i cała pozostała banda tych „świętych rocka” to przestępcy. Gdy ich koledzy ginęli w Wietnamie, oni swoimi pacyfistycznymi utworami przygotowywali im niechlubny powrót. I to oni ponoszą odpowiedzialność za to, że ich koledzy, ci, którzy zdołali przeżyć wietnamskie piekło, wróciwszy do domu, spotkali się z obojętnością, szyderstwem i pogardą. Kiedy celtycki Cuchulain wracał z wojny, w uroczystościach brała udział cała społeczność. Podziw i uznanie wypierały niedawną nienawiść i okrucieństwo, przywracały wojownika do normalnego życia. Lennony i Jaggery odebrali chłopcom z Wietnamu taką szansę, uniemożliwili im prosty rytuał, który mógł ich ponownie włączyć do życia. Przywieziono ich do kraju po cichu, pozostawiono samych, a Lennony i Jaggery chicholiwie wytykały ich palcami. Teraz Lennon jest pierwszym świętym Rocka, a sir Jagger zapewne także zostanie beatyfikowany. Może jeszcze za życia.