Zdarzenie

Miasteczko leży gdzieś na Jurze, ale na jawie byłem tam tylko jeden jedyny raz, bardzo dawno temu, w ciepły, jesienny dzień, podczas gdy w moich snach powracało do mnie tak często i uparcie, że z wolna zatraciło cechy realności, stając się tylko niewyraźnym wspomnieniem z odległych lektur, krajobrazem na pół mitycznym, na pół urojonym. Nie pamiętam jego nazwy, mój umysł nie podsuwa mi żadnych skojarzeń. 

Wąska, kamienista dróżka wijąca się między wapiennymi skałami. U jej wylotu dość rozległa dolina zamknięta od północy i wschodu wapiennym kołnierzem niskich, poszczerbionych wzniesień. I dokładnie w środku tej doliny, na lekkim podwyższeniu, jak na wypukłym prosceniu, miasteczko. Z daleka przypominało dobrze zachowane resztki starej warowni, zbudowanej na planie prostokąta. Wokoło ziemia kamienista i nieurodzajna, małe poletka o fantastycznych kształtach z trudem wyrwane skałom. Jesień, więc ścierniska, kurz trzepotał się w powietrzu. Pamiętam nasze zaskoczenie, gdy podchodząc bliżej odkryliśmy, że to, co z daleka braliśmy za mur warowni jest w istocie tylnymi ścianami kilku ciasno przywierających do siebie domów u stóp których kuliły się małe ogródki, otoczone niskimi, byle jak skleconymi płotami. Domy stały równo, niemal w wojskowym szyku, tworząc rodzaj dumnego impedimenta ze starożytnego agmen quadratum Germanika. Nie wyróżniały się nawet wysokością. Złudzenie muru jakiejś warowni było tym silniejsze, że wszystkie domy odwrócone były „plecami” do świata – ich fasady patrzyły do wnętrza miasteczka. W tylnych ścianach, tych widocznych z drogi, znajdowały się tylko małe, prawie obronne okienka, zapewne od spiżarni czy toalet. Miasteczko patrzyło do środka, jakby zupełnie nieciekawe świata.

Na kilkanaście metrów przed pierwszymi domami wyboista droga zataczała głęboki łuk, celując w północno-wschodni narożnik tego impedimenta. Tutaj znajdowała się wąska uliczka, kocie łby, i po następnych kilkunastu metrach wychodziło się prosto w serce tej fatamorgany, na Rynek. Był idealnie kwadratowy, otoczonymi jedno lub dwupiętrowymi kamienicami (znacznie więc niższymi niż te leżące na zewnątrz), ale przez to, że stały niemal na czubku tego proscenium, nie odstawały wzrostem, tworząc z tamtymi jakby jeden wspólny dach. Rynek obramowany był biegnącą dookoła uliczką, a jego środek zajmował rodzaj trawnika z kilkunastoma rachitycznymi drzewkami i dwoma rzędami ławek w intensywnie pomarańczowym kolorze. Na ścianie wschodniej wyróżniała się okazała, przysadzista kamienica z dużą witryną na parterze, gdzie straszył szyld z gotyckimi literami: Fryzjer. Dwa domy dalej restauracja, a przed jej wejściem smutnie zwisająca z muru, sporych rozmiarów kotwica. Pamiętam jeszcze jakiś sklep z damską bielizną, po przeciwnej stronie aptekę, białą jak szpitalny fartuch, a obok niej piekarnię. Narożniki Rynku wypełniały uliczki, wąskie, spadziste kanały o brzegach postrzępionych przez spływającą tam wodę. Sprawdziliśmy wszystkie. Kończyły się na ostatnim domu, nie biegły dalej. Tutaj urywały się, przechodząc najpierw w pożłobiony deszczami, gliniasty pas ziemi, a nieco dalej zamieniały się w łąkę. Nie prowadziły donikąd. Jedyna droga do miasteczka mieściła się w narożniku północno-wschodnim, czyli tam, skąd przyszliśmy. Innej nie było.

Spędziliśmy w tym miasteczku bez nazwy kilka godzin. Restauracja okazała się wielką, niską izbą z drewnianym stropem. Barman i kelner w jednej osobie był mocnym, nieco kulejącym, łysym jegomościem około piędziesiątki, przepasanym nieskazitelnie czystym obrusem prawie zakrywającym mu stopy. Herbata miała zapach suszonych kwiatów. Nie pamiętam, by poza nami był tam ktoś jeszcze. Pamiętam natomiast, że gdy wyszliśmy stamtąd zaskoczył nas widok kilku starców, siedzących pod murami domu na krzesłach o szalenie wysokich oparciach. Wyglądali jak achajscy królowie oczekujący na hołd. Nie widziałem ani jednego dziecka. Ani jednej kobiety. Ani jednego psa. Tylko na witrynie u fryzjera leżał duży, czarny kot. Panowała głęboka, spokojna cisza i Z. powiedział, że chciałby tu zamieszkać, gdy cały wrzask i zgiełk świata zacznie mu ranić uszy do krwi. Dokładnie tak. Takimi słowami. Nie podzielałem wtedy jego zdania. Nie ufam miejscom bez kobiet, miastom bez kobiet, powieściom i filmom bez kobiet; nigdy nie ufałem, choć wtedy nie umiałem jeszcze tego wyjaśnić. Ale ja również nie czułem tam ani niepokoju ani lęku i w taki sam sposób miasteczko powraca do mnie w moich snach: jak moment ciszy, jak chwila wetchnienia. 

Opuściliśmy je kilka godzin później, kiedy w oknach patrzących na opustoszały Rynek odbijały się czerwienią promienie schodzącego słońca. Opuściliśmy je tą samą drogą, którą przyszliśmy. Nie odprowadzały nas ani psy ani dzieci, ani spojrzenia zza firanek. Próbowaliśmy wypatrzeć czyjeś oczy, ślad czyjejś obecności – nadaremnie. Teraz pewnie wzbudziłoby to moje podejrzenia, ale młodość dziwi się rzadko. Po drodze oglądałem się kilkakrotnie, sprawdzając, czy miasteczko nie znikło. Nie, było, rzeczywiste, choć tak nierealne. Po wielu latach, bogatszy – lub uboższy – o tysiące nowych krajobrazów, miast i miasteczek oglądanych, zasłyszanych, wyczytanych, po wszystkich spotkaniach z tym miasteczkiem w moich snach, bo powraca uparcie wyraźne i żywe, nie jestem już pewien jego istnienia i niekiedy myślę, że może M. miała rację mówiąc, że wyśniłem je którejś nocy, jak tyle innych rzeczy, tyle innych twarzy i miast. Może wyśniłem je, ale jeśli tak, to był to nasz wspólny sen, sen Z. i mój. Pewnego innego jesiennego dnia wiele lat potem spotkałem Z. po raz ostatni i wówczas, jakby szukając usprawiedliwienia lub szukając metafory, która mogłaby opisać mi jego stan, zapytał mnie nagle, czy pamiętam tamto miasteczko, czy pamiętam jego życzenie. Miałem zrozumieć, że w ciągu tych minionych lat świat poranił go do krwi. Zrozumiałem, nie mogłem nie zrozumieć, choć najbardziej byłem zaskoczony tym, że Z. także zna to miasteczko. 

Szkoda, przyjacielu, że nie zawędrujemy już po raz drugi do tego dziwnego miasteczka. Nie mogę dziś oprzeć się myśli, że miejsce w którym spędziliśmy tamto popołudnie nie było wcale miasteczkiem, lecz zdarzeniem.