Salome

Poznaliśmy się w jakiejś innej wieczności. L. była „świeżą” emigrantką, piękną i młodą dziewczyną, tęskniła za Polską i językiem, dużo czytała, i pewnego dnia w tutejszej bibliotece wpadła jej w ręce moja powieść. Zorientowała się szybko, że żyjemy nie tylko w tym samym kraju, ale i w tym samym mieście. Znalazła mój telefon. Potem, po krótkim wahaniu, zadzwoniła. Wciąż pamiętam nasze pierwsze spotkanie, jej żarliwą opowieść o prawosławiu, życiu na wschodzie Polski, o jej wierszach, o pustce Skandynawii, o jej pracy magisterskiej o Salome.

Byłem niedawno w bibliotece, tej samej funkcjonalnej, jasnej i nowoczesnej bibliotece, którą tak często odwiedzała kiedyś L. Znalazłem też na polskiej półce egzemplarz mojej powieści. Jest „zaczytana” na śmierć, niektóre strony niemal rozsypują się pod palcami, wysuszone i kruche niczym wiekowy pergamin. Pomyślałem o setkach rąk, które w ciągu minionych lat musiały gładzić strony tej powieści, dotykać ich, traktować z czułością lub zniecierpliwieniem. Pomyślałem też natychmiast o L. Tylko ona jedna okazała ciekawość i zainteresowanie. Tylko ona. Nikt więcej. Przez piętnaście lat. W ciągu tych lat L. stała się z ładnej dziewczyny bardzo atrakcyjną kobietą, wciąż pisze wiersze i „kolekcjonuje” mosty (a może ten sam most w jego niezliczonych formach i wcieleniach?), moja książka chwiejnie, ale stoi wciąż jeszcze na półce, a ja coraz częściej myślę o Salome.