Urbs

Brana widuje się teraz w towarzystwie Eurydyki. Mówią, że była posągiem, który stał w pobliskim parku, ale ujrzawszy go zeskoczyła z cokołu i od tego czasu nie rozstają się ani na moment. Ja w to nie wierzę, ale i nie dochodzę prawdy. Tutaj w dobrym tonie są legendy, a prawda uchodzi za wulgaryzm.

Widziałem też Erosa. Podobno kiedyś pojawiał się bardzo rzadko i uśmiechał się tylko do wybranych. Teraz dość często przynoszą go na Bazar. Jest nie większy niż opakowanie na środki antykoncepcyjne, tak żałośnie słaby, że nie może nawet unieść łuku i uśmiecha się do wszystkich, którzy uśmiechają się do niego. Nadal cieszy się jednak ogromną sympatią i popularnością i każdy pragnie go dotknąć. We mnie wzbudził jedynie litość – podobnie jak Don Juan, który jest barmanem w barze dla lesbijek, daje się upakarzać Safonie, trenuje z zapałem tenisa i lubieżnie spogląda w stronę wysportowanych efebów.

Za Bazarem, w dzielnicy Marzeń, znajduje się pracownia Pigmaliona. Pigmalion jest niski, gburowaty i złośliwy jak gnom. Zaglądam do niego od czasu do czasu. Ostatnio pokazał mi prototyp najnowszej Galatei. Jest piękna, długonoga i świetnie zbudowana, a jednak w oczach Pigmaliona czają się niepewność i zmęczenie. Poprzednia Galatea ani nie drgnęła mimo jego zaklęć i błagań, ale przebudziła się natychmiast, gdy do pracowni weszła pewna znajoma Pigmaliona. Nie otrząsnął się jeszcze po tym ciosie, nie chce o tym rozmawiać i krążą pogłoski, że skończył się i nie ożywi już nawet zwykłej śmiertelnicy.

Bibijilny Raj, z tresowanymi zwierzętami i starannie wyselekcjonowaną roślinnością, odwiedzam głównie ze względu na znakomitą klimatyzację. Adam i Ewa leżą obok siebie na zanieczyszczonej plaży, piasek jest szary, gdzieniegdzie brunatne plamy ropy, puszki coca-coli, niedopałki papierosów, telefon komórkowy. Za nimi rośnie jabłoń z gatunku niskopiennych. Ugina się pod ciężarem owoców, ale są małe i gorzkie i nikt ich nie zrywa. Nigdzie ani śladu Boga, Węża czy komarów. Powiadają, że kiedyś było inaczej i można to jeszcze zobaczyć na wyblakłych fotografiach w Muzeum Starych Dobrych Czasów, gdzie obok Wiary, podobnej do pasa cnoty, leżą pozory cieńki jak nasit przetykany złotem, obok Nadziei, ślepej, lecz oszałamiająco pięknej, spoczywają złudzenia misterne jak flamandzie koronki, i tylko Miłość przedstawiona jest, nie wiedzieć czemu, w postaci swojej chemicznej Trójcy: jako Dopamina, Endorfina i Oksytocyna.

Z Diotymą umówiłem się na tarasie wytwornej kawiarenki w Mantylei. Przyszła w białej, długiej sukni. Opalone udo, zalotnie ciemniejące w wysokim rozcięciu, ożywiało senne twarze żigolaków, drzemiących w cieniu kolorowych parasoli. Gdy wspomniałem o Sokratesie, roześmiała się swobodnie:

 

                                              Na Baala! Nie, o metafizyce nie było nawet mowy,

                                                A przy tym sposób w jaki patrzył na jej biust:

                                            Po prostu miał na nią ochotę. A Plato zwykły łgarz,

                                               Ale czytała; pewnie chwyci. Zapaliła papierosa.

                                                   Był ranek, rześki wiatr, jeszcze dość pusto –

                                                 Jak zwykle o tej porze. Tylko przy coctailach

                                                   Kilka rozleniwionych dam i dusze boga Re –

                                                      Czaple brodzące w lazurowej wodzie …

(URBS, fragment powieści)