Peryfraza i metonimia wydają się być ulubionymi figurami stylistycznymi naszej przewrotnej współczesności. Moda zapoczątkowana przez prasę, złotego cielca tego wieku, weszła w powszechne użycie i zgodnie z nią kanibal rzadko obecnie bywa nazywany ludożercą (podkreśla się jedynie jego odmienne obyczaje kulinarne), pedofilia jest tylko kwestią preferencji seksualnych, alkoholizm uznaje się za jednostkę chorobową i powinien wzbudzać nasze współczucie na równi z przypadkami raka, terrorysta nie jest pospolitym mordercą, lecz nieszczęśliwym bojownikiem o tę czy inną (zwykle przemilcza się, jak bardzo brudną) sprawę, a pospolity morderca jest ofiarą społecznych lub genetycznych uwarunkowań.
Do złudzenia przypomina to z jednej strony pantang, tabu językowe, przekonanie, że słowo jest ciałem i należy obchodzić się z nim równie ostrożnie jak z buteleczką nitrogliceryny – zwłaszcza jeżeli dotyczy podobnie wybuchowych desygnatów – a z drugiej strony, i to wydaje się bardziej prawdopodobne, zwykłą ucieczkę od zawsze trudnych i zawsze ryzykownych „oznakowań” moralnych, bowiem w konsekwencji takiej postawy zmuszeni bylibyśmy zamanifestować określone przekonania, dokonać wyboru i przyjąć odpowiedzialność za ten wybór.
„Widzę wszystko – nie oceniam niczego”, dewiza prasy brukowej, posłużyła za matrycę dla współczesnej pseudomoralności. Tak jest wygodniej, tak jest łatwiej, ale przede wszystkim tak jest bezpieczniej. Jak zwykle najszybciej przyswoiła ją sobie masa, ale prasa od dawna już jest nie tylko jej jedyną rozrywką, lecz i sumieniem. Myślę, że gdyby w psychice przeciętnego osobnika można było dokonać jakichkolwiek spustoszeń, gdyby to w ogóle było możliwe, to należałoby uznać to za już dokonane.