Niekiedy chciałbyś przeżyć coś estetycznego. Ubrać się elegancko, udać się do eleganckiej restauracji, zjeść coś wykwintnego, być dyskretnie i sprawnie obsłużonym, znaleźć się wśród ludzi, którzy przyszli tu z takim samym zamiarem jak ty, powodowani tym samym pragnieniem. I nagle przy stoliku obok ciebie zasiada jakiś typowy smrodnik, śmierdzący piwniczną wilgocią, w rozdeptanych, brudnych, sportowych butach, tłustych od brudu dżinsach i cuchnącej, flanelowej koszuli, rozchełstanej na piersiach po pępek. Po chwili smrodnik wydobywa z kieszeni telefon komórkowy i rechotliwym, bełkoczącym głosem zaczyna podawać swoje współrzędne geograficzne jakiemuś innemu smrodnikowi. I już wiesz, że nie przeżyjesz niczego estetycznego. I wiesz też, co gorsza, że nie ma takiego miejsca, takiego klubu czy restauracji, które mogłyby zakazać smrodnikowi wstępu lub odważyłaby się go wyprosić. I wiesz też, że on także o tym wie.